Werner Ulrich

Rys. Sławomir Makal
Po 25 latach pracy na wydziale biologii polskiego uniwersytetu uznałem, że przyszedł czas na osobiste podsumowanie. Co zmieniło się od czasu transformacji i wejścia Polski do Unii Europejskiej? W jakim miejscu jest dziś polska nauka i jak uczelnie chcą przygotować się na przyszłość? Od razu zaznaczam – piszę o uniwersytetach, a nie o politechnikach czy uczelniach medycznych, które funkcjonują w nieco odmiennych realiach, chociaż niektóre z moich wniosków zapewne można uogólnić.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wciąż brak długofalowej strategii dla szkolnictwa wyższego. Polityka akademicka w Polsce zmienia się wraz z kolejnymi kadencjami parlamentu, przechylając się raz w jedną, raz w drugą stronę. Każdy nowy minister powtarza, że zmiany będą „ewolucyjne, a nie rewolucyjne”. W praktyce oznacza to: spokojnie, nic się nie zmieni. Niestety, w biologii ewolucja wcale nie przebiega tak łagodnie. Słyszeli Państwo o punctuated equilibrium?
Dziś głównym celem ministra wydaje się utrzymywanie spokoju w środowisku akademickim, by nie zrazić ostatnich wyborców. Wielu wykładowców to zresztą cieszy – akademicy, ale także studenci, zawsze byli konserwatywni w sprawach strukturalnych (choć niekoniecznie w kwestiach wartości). Każda zmiana statusu spotyka się z odrzuceniem. Gdy mówiłem moim studentom, że w czasach studiów w Getyndze co roku przynajmniej raz strajkowaliśmy o jakość kształcenia, patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Polscy studenci są tacy grzeczni.
Nauki przyrodnicze i ścisłe (Sciences, Technical Sciences i Life Sciences) z jednej strony, a humanistyka i nauki społeczne (Social Sciences i Humanities) z drugiej, mają zupełnie różne interesy. Nauka ścisła i przyrodnicza jest jedna i zawsze międzynarodowa, dlatego to właśnie biolodzy, fizycy czy chemicy byli w ostatnich 30 latach liderami internacjonalizacji, publikacji w topowych czasopismach i trzymania się światowych standardów. Niestety, ostatnio wahadło znów przechyla się ku prowincjonalizmowi, co wbrew pozorom humanistyce wcale nie pomaga.
W międzynarodowym świecie naukowym obowiązuje zasada Red Queen: kto się zatrzymuje, przegrywa w wyścigu ewolucyjnym. W Polsce humaniści i socjolodzy gremialnie nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Nauka najwyższej klasy (cutting edge science) opiera się na dwóch filarach: konkurencji i ambicji. A to dziś na polskich uczelniach słowa niemal zakazane. Pojawiła się karykaturalnie rozumiana inkluzywność: „wszyscy mają się dobrze czuć”. Kto wymaga wyników, ten „zakłóca spokój”. Mają w tym swój udział związki zawodowe, ich celem jest ochrona etatów, a nie rozwój nauki. Dla działacza najważniejsze pytanie brzmi: jakie są minimalne wymagania? Dla naukowca: jakie są ambicje i jak silna jest wola konkurencji? Te światy są rozłączne. Rosnący wpływ związków zawodowych budzi niepokój, podobnie jak komisje sejmowe. Obecnie w sejmowej komisji edukacji i nauki z 36 członków tylko 6 (w szerokim pojęciu) ma cokolwiek wspólnego z naukami ścisłymi lub przyrodniczymi. Dominują pedagodzy i historycy, słabo osadzeni w międzynarodowej nauce.
Kolejna sprawa: w Polsce mamy za dużo uczelni, więcej niż w Niemczech, choć studentów jest o połowę mniej. I wszyscy są zadowoleni. Wykładowcy mają pracę, studenci łatwe dyplomy, a minister może się chwalić wysokim odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. Idealna sytuacja „win–win–win”. Tylko jakość kształcenia schodzi na dalszy plan, a Polska Komisja Akredytacyjna często przymyka oko na różnego rodzaju niedomagania. Wbrew popularnej narracji, polscy studenci mają pieniądze, łatwiej więc „kupić” dyplom prywatnej lokalnej uczelni, niż trudzić się darmowymi studiami na uniwersytecie. Żaden minister nie odważył się tego procederu ukrócić (patrz: spokój musi być). I nie zrobi tego, dopóki w wielu instytucjach dyplom będzie ważniejszy od wiedzy i umiejętności.
Kolejnym problemem, widocznym dla osób znających temat, jest wysoki poziom ukrytego bezrobocia w środowisku akademickim. Liczba studentów w ostatniej dekadzie znacznie spadła, liczba wykładowców wzrosła: mówię o liczbie nauczycieli, niekoniecznie naukowców. Uczelnie radzą sobie z tym, tworząc pomniejszone grupy, podwójnie licząc godziny dydaktyczne na zajęciach angielskojęzycznych, mnożąc komisje i raporty, przesuwanie etatów itd. Krótko mówiąc, administracja zajmuje się sama sobą. Na badania, a nawet na dydaktykę, zostaje coraz mniej środków, bo większość pieniędzy pochłania wypłata wynagrodzeń. A materiały dydaktyczne konieczne do prowadzenia zajęć często kupuje się ze środków naukowych, co nie zawsze jest legalne. Dla kierunków humanistycznych to nie problem, bo nie ma konieczności utrzymywania laboratoriów.
Polityka kadrowa polskich uczelni wciąż jest archaiczna. Do tej pory żaden minister nie odważył się tego zmienić. W końcu – ma być spokój. Pracownicy są praktycznie nieusuwalni. Cała kariera od doktoratu do emerytury przebiega zwykle w tej samej uczelni. Mobilności brak, konkursy są często fasadowe. Obsadzanie nowych etatów i sukcesja odbywa się w patriarchalny (a przy rosnącej feminizacji polskich uczelni coraz częściej matriarchalny) sposób, często bez uczciwej konkurencji, rywalizacji (patrz: słowo zakazane) i mobilności. Kto raz „wsiądzie na etat”, zostaje do końca, często nie jako naukowiec, lecz „urzędnik naukowy”. Coraz więcej stałych etatów zajmują osoby (patrz: ruch I’m Hanna), które nie należą do czołówki badawczej, ale skutecznie blokują młodych i ambitnych. Uniwersytety, które powinny być przestrzenią młodości, starzeją się.
Niestety, uczelnie prawie nie mają możliwości prowadzenia sensownej polityki kadrowej czy planowania rozwoju. Awans naukowy (habilitacja, profesura) odbywa się praktycznie poza uczelnią, czasem bez wiedzy władz wydziałów. Interesy instytucji i rynku pracy nie mają znaczenia. Rolą uczelni jest tylko wypłata wyższego wynagrodzenia. Ponieważ uzyskanie tytułu profesora jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek, wkrótce profesorów tytularnych będzie więcej niż adiunktów, o asystentach już nie wspominając. O racjonalnym planowaniu czy autonomii akademickiej w takich warunkach trudno mówić. W każdej innej branży gospodarki byłoby to nie do pomyślenia. Wolność nauki, prawo akademickie i prawo pracy tworzą tu zgubny sojusz. A przecież istnieją sprawdzone międzynarodowe sposoby, by dać uczelniom autonomię kadrową i bezpieczeństwo planowania.
Nie będę narzekał na studentów, ci już wcześniej padli ofiarą akademickiej pedagogiki. Sam system boloński jest przykładem, jak utrzymuje się dysfunkcyjny mechanizm tylko dlatego, że jego likwidacja byłaby prawnie trudna. Prawo o szkolnictwie wyższym, ramy kwalifikacji i „Bolonia” zakładają gorset, który uniemożliwia szybkie reagowanie na zmieniające się potrzeby studentów, rynku pracy i technologii. Prywatne uczelnie radzą sobie lepiej, bo mogą elastycznie zmieniać kadry.
Studenci nie są w większości zainteresowani nauką: 90% chce dobrego przygotowania zawodowego, 10% ogólnej wiedzy. Tak było zawsze. Ale uniwersytety wciąż oferują głównie akademicką edukację w formie studiów magisterskich, które dziś są gatunkiem zagrożonym. Na bardziej praktyczne programy trudno przejść, trzeba by zmienić kadrę. A to niemożliwe. Dlatego w konkurencji edukacyjnej przegrywają.
O ramach kwalifikacji i numerologii w programach studiów dotyczących wiedzy, umiejętności i kompetencji powiedziano już wiele dowcipów, ale osiągnięto tu jedno: marginalizację wiedzy i socjologizację nauk ścisłych i przyrodniczych. Najważniejsze są teraz kompetencje społeczne, także dla fizyka czy matematyka. Może jestem staroświecki, ale celem studiów powinno być zdobywanie wiedzy.
Polska nie ma zbyt małego budżetu na naukę. Pieniędzy wystarczyłoby, by prowadzić badania na dobrym, międzynarodowym poziomie. Problem w tym, że zbyt dużo środków pochłaniają pensje i biurokracja. Także Narodowe Centrum Nauki powinno poważnie zrewidować swoją politykę grantową. W dodatku w Polsce nadal panuje obsesja open access, przez co regularne publikowanie w najlepszych czasopismach jest praktycznie niemożliwe. W mojej katedrze publikujemy rocznie ponad 30 prac, prawie wszystkie w Q1, wiele w top 10 rankingów JCR i SCOPUS. Koszty open access przekroczyłyby 300 tys. zł rocznie, a NCN w jednym grancie finansuje dwie publikacje w ciągu czterech lat. To absurd. Dlatego albo kombinujemy, albo nawet publikujemy niżej, niż moglibyśmy. Koniecznie jest potrzebny odpowiedni krajowy program finansowania publikacji w najlepszych czasopismach. Na szczęście coraz więcej uczonych z krajów zachodnich bojkotuje ten open access nonsense. Naukowcy z mniej rozwiniętych krajów (Global South) zawsze byli przeciw open access.
Zbliża się moja szósta ewaluacja i coraz mniej rozumiem, po co ona właściwie jest. Biurokracja rośnie, a wyniki są te same: ci, co mieli dostać kategorię „A”, i tak ją dostaną. Polska teologia pozostaje absolutną światową potęgą, reszta jest „powyżej średniej”. QS i Times Higher muszą się mocno mylić, skoro uporczywie klasyfikują polskie uczelnie i poszczególne dyscypliny naukowe na poziomie 1000+.
Teraz ma dojść czwarte kryterium – aktywność popularyzatorska. Brzmi rozsądnie, ale w praktyce to kolejny krok ku „uspołecznianiu” nauk ścisłych i przyrodniczych. Jakość naukowa staje się tylko jednym z czterech kryteriów, w dodatku kryterium, które przy „spłaszczonej” ocenie traci swoje decydujące znaczenie. Komunikacja ważniejsza od badań. Więc powstanie kolejna biurokracja do liczenia, mierzenia i sterowania popularyzacją. Ale kto w Polsce odpowiada za popularyzację? Przecież od tego jest dziennikarstwo naukowe.
Polskie uniwersytety przetrwały 20 lat od wejścia do Unii Europejskiej i przetrwają drugie tyle, nawet bez reform. Ale ich znaczenie powoli maleje: w Polsce wobec innych instytucji szkolnictwa wyższego, a na arenie międzynarodowej w porównaniu z Azją, a nawet Afryką (patrz zasada Red Queen). Polskie uniwersytety dla zagranicznych studentów są w większości nieatrakcyjne, co w sumie nawet odpowiada politykom. Ale wkrótce też w Polsce może zabraknąć wysoko wykwalifikowanych ekspertów. Oby humaniści i ministrowie czytali rankingi międzynarodowe.
Każda zmiana musi się zacząć od polityki kadrowej, która stawia interesy uczelni na pierwszym miejscu. Wszystko inne to kosmetyka. Problem „kupowania dyplomów” da się łatwo rozwiązać. Parafrazując Willy’ego Brandta: trzeba odważyć się na więcej konkurencji i nierówności.
Prof. dr. hab. Werner Ulrich pracuje w Katedrze Ekologii i Biogeografii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Studia skończył i doktorat uzyskał na uniwersytecie Georga Augusta w Getyndze.