Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Wielką robotę wykonał Arystoteles. W świetle jego Analityk prawdą w ścisłym tego słowa znaczeniu jest jedynie „wiedza demonstratywna” (dedukcyjna), tj. taka, która wychodzi z prawdziwych przesłanek i dochodzi do prawdziwych wniosków. Częściami składowymi tego dochodzenia są: definiowanie używanych pojęć tak, by nie pozostawały już żadne wątpliwości, co do ich znaczenia, wypisanie wszystkich sposób przechodzenia od przesłanek do wniosków, które mogą być z powodzeniem stosowanie oraz ich zastosowanie w dowodzeniu. Podstawowym kryterium powodzenia tego procesu jest unikniecie wewnętrznej sprzeczności. „Spośród nauk teoretycznych powstają w ten sposób nauki matematyczne, tudzież wszelka wiedza wytwórcza”, tj. taka, w której to postępowanie może i powinno być stosowane. Arystoteles zaliczył do niej m.in. swoją teoretyczną fizykę i był przekonany, że odniósł w niej sukces. To przekonanie podzielało praktycznie wielu fizyków aż do czasów Izaaka Newtona. Uczony ten nie zrezygnował jednak z wiary w uroki matematyki. Przeciwnie, dopisał do niej wielki „rozdział”, jakim są do dzisiaj jego Matematyczne zasady filozofii naturalnej. Wprowadził natomiast korekty, do których skłoniły go nie tylko matematyczne wyliczenia, ale także obserwacje, w tym tak pospolite jak legendarne jabłko spadające mu na głowę. Wyraził je formułując zasadę grawitacji.
Sporym wstrząsem dla tej wiary było odkrycie w 1930 roku przez matematyka Kurta Gödla, że w bogatych w twierdzenia naukach dedukcyjnych, jaką jest fizyka teoretyczna Newtona, muszą znajdować się również nierozstrzygalne na gruncie przyjętych w nich aksjomatów. Co gorsza, nie da się za pomocą stosowanych w nich sposobów dowodzenia wykazać, że są wewnętrznie niesprzeczne. W odpowiedzi na pytanie: co w tej sytuacji mają zrobić wierzący w uroki nauk dedukcyjnych? Ludwik Wittgenstein stwierdził, że „można o tym mówić, ale jednocześnie można ignorować te odkrycia”. Tak może mówić filozof. Jednak w poważnych dziedzinach, jakimi są nauki dedukcyjne, trzeba zrobić coś więcej. Dla samych matematyków oznaczało to konieczność szukania nowych lub chociażby lepiej „przypudrowanych” piękności. Za taką może uchodzić m.in. ciesząca się dzisiaj sporym wzięciem matematyka dyskretna, operująca takimi pojęciami jak: „grupy skończone” „optymalizacja liniowa w liczbach całkowitych” czy „dyskretne prawdopodobieństwo”.
Pomocy można również szukać u sztucznej inteligencji, która póki co nie jest doskonała, jednak potrafi wytropić i zlokalizować niejedną sprzeczność. Wielu ze współczesnych fizyków teoretycznych postawiło jednak nie tylko na swoje matematyczne wyliczenia, ale także na wyobraźnię, która skłania do przypuszczenia, że wszechświat nie ma czasowych granic, że istniał „w skorupce orzecha”, że wprawdzie występują w nim tzw. czarne dziury, ale w gruncie rzeczy „nie są one takie czarne”, jak jeszcze niedawno sądzono. Przywołuję tutaj jedynie to, co wyobraźnia podpowiadała Stephenowi Hawkingowi. Są jednak fizycy teoretyczni, którzy z nim polemizują i twierdzą, że wszechświat jest matematycznie nieobliczalny. Przykładem może być współpracownik Hawkinga i konkurent do naukowej sławy Roger Penrose (w 2020 roku otrzymał wspólnie z Hawkingiem Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki).
Jest wciąż kwestią dyskusyjną, co podpada pod określenie „nauki empiryczne”. Jeśli jednak również w tym przypadku odwołać się do Arystotelesa, to są to nauki o faktach. Stagiryta odróżnia je od nauk o przyczynach. Zajmują się nimi nauki dedukcyjne. Te drugie mogą być konkluzywnie pewne, natomiast te pierwsze nie mogą, bowiem „przesłanki dowodu muszą ustalać związki konieczne”, a nie jest to możliwe w naukach o faktach. Podanym przez Arystotelesa przykładem jest „dowód, że księżyc jest kulisty, na podstawie jego przyrostu (…), ale gdy się termin średni i większy przestawi, dowód dotyczy przyczyny”, a co za tym idzie, będzie to dowodzenie dedukcyjne. Jest to wprawdzie nieco logicznie zawikłane, jednak jasno z niego wynika, że argumentacja Arystotelesa zmierza do wykazania, że pewne jest jedynie to, co pozwala ustalić pierwotne przyczyny i z nich wyprowadzać różne wnioski. We współczesnej filozofii nauki określenie „nauki empiryczne” łączone jest ze sposobami sprawdzania prawdziwości ustalanych faktów (weryfikacją formułowanych twierdzeń) lub ich falsyfikacją (próbami wykazania fałszywości tych twierdzeń). W XX wieku miała miejsce wielka polemika miedzy zwolennikami różnych odmian pozytywizmu z ich przeciwnikami. Do tych drugich należał Karl R. Popper. W opublikowanej w 1959 roku rozprawie pt. Logika odkrycia naukowego stwierdził, że teorię poznania można nazwać „«empiryczną», gdy można z niej wydedukować zdania jednostkowe. Nie będzie to jednak próba udana, gdyż aby wydedukować z teorii zdania jednostkowe zawsze trzeba innych zdań jednostkowych – warunków początkowych, określających podstawienia za zmienne teorii”. Ten i inne jeszcze argumenty mają stanowić uzasadnienia dla twierdzenia, że tzw. nagie fakty, tj. takie, które nie są uwikłane w żadne wstępne definicje, hipotezy i teorie, w nauce nie istnieją; „nawet o niektórych zdaniach jednostkowych powiemy, iż są hipotetyczne z uwagi na możliwość wyprowadzenia z nich (za pomocą systemu teoretycznego), takich wniosków, których falsyfikacja sfalsyfikować może owe zdania jednostkowe”.
Nieco łatwiej jest odpowiedzieć na pytanie, które dyscypliny zaliczane są do nauk empirycznych. Jednak tylko nieco, bowiem problemy są nadal z ich naukowością. Dotyczy to m.in. medycy. Ma ona wprawdzie długie tradycje, bowiem sięgające żyjącego na przełomie V i IV w. p.n.e. Hipokratesa z Chios, jednak była to medycyna, która w większym stopniu łączyła się z ludową mądrością niż z naukową wiedzą (a ta ludowa mądrość kierowała się zasadą: albo się uda, albo się nie uda i chory albo będzie żył, albo pożegna się z tym światem). Przypomnę tylko, że przywołany tutaj medyk ludzkie choroby łączył „z humorami” ziemi, wody, powietrza i ognia. Na plus można mu jednak zapisać to, że nie łączył ich z humorami bogów. W XVI stuleciu znaczące karty w historii tej dyscypliny zapisał Paracelsus. Był pierwszym medykiem, który odkrył właściwości lecznicze opium i stosował go w swojej medycznej praktyce. Jednak wierzył również, że kosmos jest przepełniony tajemniczymi fluidami, z których jedne są korzystne, a inne niekorzystne dla ludzkiego zdrowia. Dzisiejsza medycyna wprawdzie uznaje go za swojego patrona, ale raczej nie podąża za jego astrologicznymi wskazaniami. Te, które stosuje, mają jednak różną skuteczność w leczeniu.
Jeśli miałbym podzielić się swoimi doświadczeniami, to powiedziałbym, że stosunkowo najlepiej wychodzi medycynie pomoc stosowana na SOR-ach, jednak pod warunkiem, że posiadają one nie tylko łóżka i kroplówki, ale także chociażby tomograf komputerowy. Gorzej, gdy pacjent wymaga specjalistycznego leczenia szpitalnego i lekarski kwalifikacji, które wprawdzie są do opanowania, ale póki co przede wszystkim przez medyków zachodnich i to w dobrze wyposażonych jednostkach leczniczych. Rzecz jasna, nie twierdzę, że nasi medycy w leczeniu kierują się zasadą: albo się uda, albo się nie uda. Twierdzę jednak, że dla wielu z nich „lekcja” ze specjalizacji jest jeszcze do odrobienia. Oczywiście jeśli ich pacjentom nie starcza cierpliwości, to mogą przecież podjąć próbę leczenie w którymś kraju zachodnim, pod warunkiem, że ich na to finansowo stać, a takich jest stosunkowo niewielu.
Nauki te wyodrębniły się dosyć późno, bowiem dopiero w końcu XIX i na początku XX wieku. Wcześniej ich problematyka stanowiła część filozofii. Tak było m.in. z psychologią, która najpierw usadowiła się w filozofii, a później w teologii. W końcu jednak to otoczenie jej się „znudziło” i na fali XIX-wiecznego scjentyzmu postanowiła wybić się na naukową samodzielność. Stały przed nią dwie istotnie różniące się drogi. Pierwszą z nich wyznaczał ówczesny ewolucjonistyczny naturalizm. Wybrał ją niemiecki fizjolog Wilhelm Wundt. Natomiast drugą stanowiła psychologia głębi i związana z nią psychologiczna analiza. Wybrał ją austriacki psycholog i psychiatra Zygmunt Freud. Powiem parę słów o jego osiągnięciach, bowiem stosunkowo najbardziej kojarzą mi się one z nagą prawdą. W świetle jego poglądów istnieje ludzkie libido, które zawiera zseksualizowane zasoby energii i generuje erotyczne więzi oraz emocje. Ich analiza pozwala wyjaśnić m.in. uczucie miłości dziecka do matki i nienawiści do ojca oraz nerwice. Według Freuda libido zawiera również dziecięce pragnienie spełnienia kazirodczego stosunku z rodzicem. Działania marketingowe Freuda i zwolenników jego teorii (m.in. Carl G. Jung), a także atmosfera swoistej sensacji towarzyszące mówieniu o tym, co zwykle jest skrywane w głębokich pokładach podświadomości (i wstydu), sprawiły, że psychoanaliza stała się szeroko znana najpierw w środowiskach akademickich w Stanach Zjednoczonych, a później również w Europie (w 1938 Freud otrzymał doktorat honorowy na Uniwersytecie Oksfordzkim). Pojawili się jednak także jej krytycy. W świetle opublikowanej w 1984 roku książki Adolfa Grunbauma pt. Podstawy psychoanalizy jest ona jedynie „egzegetycznym mitem «mylnego scjentycznego samorozumienia»”. Natomiast w książce Malcolma Macmillana pt. Freud oceniony czytamy, że „metoda Freuda nie jest w stanie dostarczyć obiektywnych danych dotyczących procesów psychicznych, ani też nie ma potencjalnej wartości dla tych, którzy chcieliby przekształcić psychoanalizę w możliwą do przyjęcia dyscyplinę historyczną lub humanistyczną”.
Do nauk społecznych zaliczana jest też socjologia. Jako samodzielna dyscyplina naukowa ma ona również krótką historię. Swoje usamodzielnienie zawdzięcza żyjącym na przełomie XIX i XX wieku Émile’owi Durkheimowi oraz Maxowi Weberowi. Wcześniej „pomieszkiwała” jako nauka o cnotach w etyce Arystotelesa oraz w katechetycznych przesłaniach różnych chrześcijańskich Kościołów. W tych ostatnich odnalazł ją Weber i nakreśli jej naukowy wizerunek najpierw w Etyce protestanckiej i duchu kapitalizmu, później w Etykach gospodarczych światowych religii, a na końcu w Gospodarce i społeczeństwie. To monumentalne dzieło zawiera wskazania wszystkich kategorii i wszystkich metod, którymi w przekonaniu Webera powinna posługiwać się „socjologia rozumiejąca” procesy społecznych zmian. W związku z rocznicą jego śmierci opublikowana została monografia zbiorowa pt. Max Weber at 100. Legacies and Prospects. Jej redaktorzy naukowi we wprowadzeniu przypominają, że „rok 2020 był setną rocznicą śmierci Maxa Webera, szanowanego niemieckiego socjologa, ekonomisty politycznego, historyka i badacza religii świata. W ciągu ostatniego stulecia byliśmy świadkami jego transformacji w fundamentalną postać współczesnej nauki, myśliciela, którego nie można zignorować. (…) Jego terminy artystyczne, takie jak «etyka protestancka», «żelazna klatka», «charyzma» i «rozczarowanie światem», znalazły dom w naszym języku potocznym. W ciągu ostatniego stulecia jego myśl zaczęła rezonować na skalę prawdziwie globalną, ponieważ czytelnicy na całym świecie szukali inspiracji w jego nauce”. Autorzy poszczególnych artykułów dostarczają poważnych argumentów za tym, aby uznać Webera za postać pomnikową. Pewnym dysonansem w tym pochwalnym „chórze” jest wypowiedzieć socjologa religii Hansa Joasa. Wprawdzie przyznaje on, że Weber „ma świetną reputację w kwestii jasności pojęciowej”, jednak „cała narracja odczarowania opiera się na konkretnej niejednoznaczności tego pojęcia. Narracja ta upada, gdy rozróżnimy jej różne znaczenia. Możemy wówczas zobaczyć, że istnieją różne procesy, które nawet idą w różnych kierunkach”. Nie jest to jedyna naga prawda o tej „socjologii rozumiejącej”. Podobne zastrzeżenia można mieć do znaczenia nadawanego przez Webera pojęciom racjonalizm i racjonalizacja, a one przecież oznaczają motyw przewodni jego naukowych analiz.
Można na koniec zapytać: a co z filozofią? A nawet: czy to w ogóle jest nauka? Na to fundamentalne z punktu widzenia obecności filozofii w gronie poważnych nauka pytanie nie można niestety udzielić przekonującej odpowiedzi. Jeśli miałbym przedstawić swoją najogólniejszą sugestię, to powiedziałbym, że zmieniło się miejsce filozofii w hierarchii różnych nauk. W czasach starożytnych skutecznie pretendowała do miana „królowej”, wobec której inne nauki są jedynie „na przyczepkę”. To „królowanie” przetrwało – z większymi lub mniejszymi korektami – praktycznie do XIX stulecia. Mająca wówczas miejsce swoista „rewolucja” naukowa sprawiła, że najpierw rola filozofii była ograniczona do filozofii nauki, a później do wynajdywania różnych niedoskonałości u różnych uczonych i filozofów.
Wróć