Marek Misiak

Źródło: Freepik
Michał Głowiński wspominał, jak kiedyś chciał załatwić jakaś sprawę w jednym z warszawskich klasztorów, jednak niezbyt uprzejmy zakonnik poinformował go, że przecież danego dnia jest święto jednego z patronów tej konkretnej placówki i kancelaria parafialna jest nieczynna. Słynnego uczonego zdziwiło nie tyle to, że niepotrzebnie się fatygował – był człowiekiem ujmująco i autentycznie skromnym – ale fakt, że jego rozmówca zakładał, że znajomość daty tego konkretnego święta powinna być oczywista dla każdego (podczas gdy chodziło o postać mało znaną nawet praktykującym katolikom i istotną chyba tylko dla członków danego zgromadzenia). Takie zachowanie bywa zresztą formą rozmyślnego upokarzania adwersarza („Jakim cudem pan tego nie wie?”) i bywa niestety spotykana także wśród badaczy. Częściej jednak w świecie nauki dochodzi do swego rodzaje zderzenia kultur, gdy nikt nie wykazuje złej woli, jednak spotkanie dwóch podejść (a każda ze stron właśnie swoją perspektywę postrzega jako oczywistą) skutkuje spięciem, przynajmniej początkowo. Bywa tak również przy współpracy autorów z redaktorami czasopism naukowych.
Doświadczenie podpowiada mi dwa powody takich iskrzeń. Po pierwsze, wiele reguł panujących w publikowaniu naukowym (i w nauce w ogóle) bazuje na tradycji, utartych zwyczajach, doświadczeniu pokoleń, a nie na stanowionym prawie, a takie niepisane zasady są postrzegane jako (by zacytować klasyka) „oczywista oczywistość” nawet częściej niż przepisy prawa, nawet długo już obowiązującego i powszechnie stosowanego. Po drugie, naprawdę uniwersalnych zasad we współpracy badaczy z czasopismami naukowymi jest niewiele, takich, które byłyby uznawane za niekwestionowane w każdym kręgu kulturowym, każdym dużym wydawnictwie i każdym obszarze wiedzy. Ponieważ znaczna część norm i zwyczajów wspólnoty uczonych zrodziła się w Europie Zachodniej lub USA, naturalne jest, że w innych częściach globu (np. na Bliskim czy Dalekim Wschodzie) niektóre zasady mogą nie być tak rozpowszechnione lub mogą być nieco inaczej rozumiane (co nie czyni tamtejszych środowisk naukowych w jakimkolwiek sensie gorszymi, mówimy tu o różnicach bez wartościowania ich). Jednak każde czasopismo naukowe jest gdzieś wydawane i redaktorzy nigdy nie będą postępować według jedynie jakiejś krótkiej listy „uniwersalnych zasad”, uznawanych wszędzie. Nikt zresztą nigdy takiej listy nie stworzył, a biorąc pod uwagę zarówno złożoność globalnego świata nauki, jak i wciąż rosnącą liczbę wydawnictw i czasopism naukowych, nie sądzę, by było to możliwe. Nie ma „widoku znikąd”, każdy patrzy skądś i jest (przynajmniej do pewnego stopnia) uwarunkowany normami swojego środowiska.
Zacznę od zasady, która mnie samemu przez pierwszych kilka lat pracy w redakcji czasopisma naukowego wydawała się oczywista: periodyki nie płacą recenzentom (peer reviewers) za ich pracę, gdyż jej wykonywanie uważane jest za kluczowy element etosu naukowca. Jednak na pewnym etapie zacząłem napotykać badaczy – przede wszystkim z południa Europy – którzy nie tylko nie recenzowali za darmo, ale mieli konkretne, jawne cenniki. Gdy wskazywałem, że nie jesteśmy zainteresowani ani też nie mamy środków na płacenie recenzentom, z ich odpowiedzi przebijało zdziwienie, jakby było oczywiste, że peer reviewers są wynagradzani. Nie wiem, na ile jest to rozpowszechniona praktyka, na pewno jednak nie jest egzotyczna, skoro moi rozmówcy są w stanie dorabiać w ten sposób od lat. Z punktu widzenia redaktora czy wydawcy na przeszkodzie wdrożeniu modelu płatnej peer review stoją dwie kwestie. Biorąc pod uwagę liczbę wykonywanych rocznie recenzji dla jednego tylko tytułu, płacenie za nie wymagałoby wydatkowania ogromnych sum; zaś płacenie jedynie wybranym (np. bardziej doświadczonym) recenzentom stanowiłoby jaskrawy przykład nierównego traktowania w i tak już głęboko podzielonym świecie nauki (nie wspomnę tu nawet o pomysłach niejawnego opłacania niektórych recenzentów, byłaby to zwykła nieuczciwość, nic ponadto).
Częstym polem nieporozumień, a nawet konfliktów, a także zarzutów ze strony autorów, jest podział obowiązków między autorami a redakcją: co mają obowiązek zrobić autorzy (przed zgłoszeniem artykułu lub w trakcie prac redakcyjnych), a co powinni wykonać za nich redaktorzy? Dotyczy to rzecz jasna kwestii bardziej formalnych, dobrym przykładem jest sposób przygotowania odnośników do piśmiennictwa. Czasopisma naukowe z reguły wymagają zrobienia tego w konkretnym systemie (najczęściej oksfordzkim lub harwardzkim). Jeśli w nadesłanej zrobiono to inaczej niż wskazano w instrukcji, redaktorzy mogą albo odrzucić pracę z powodów formalnych (choć zdarza się to już chyba tylko w najbardziej obleganych periodykach), albo poprosić o dostosowanie manuskryptu do wymogów. Zdarza się jednak, że autorzy oczekują, iż redaktor dokona takiej konwersji za nich. Wychodzą oni z założenia, że tego rodzaju przeróbki to usługi świadczone przez redakcję. Zapewne istnieją czasopisma, w których albo nie przykłada się do tej i podobnych kwestii większej wagi i w jednym tytule można znaleźć artykuły z piśmiennictwem przygotowanym w różny sposób, albo redakcja dokonuje konwersji za autorów. Być może różnice kulturowe powodują też, że w niektórych kręgach redaktor jest z punktu widzenia autora kimś w rodzaju tymczasowego podwładnego i po prostu ma obowiązek wykonywać dla niego takie usługi. Są dwa powody, dla których większość redakcji takiej konwersji jednak nie dokonuje: czas i wysokie prawdopodobieństwo pomyłki. Istnieje możliwość automatyzowania takiej zmiany, ale wymaga to bardzo specyficznego przygotowania pliku i niewielu badaczy wie, jak to zrobić (a i wielu redaktorów zapewne nie). Konwersja ręczna jest czasochłonna, a ryzyko popełnienia błędu znaczne. Tak naprawdę jedynie autor jest w stanie zrobić to, mając pewność, że wie, co robi. Przy materiale licznie cytującym inne prace konwersja mogłaby potrwać cały dzień roboczy. Warto mieć świadomość, że wiele redakcji po prostu nie ma takich zasobów ludzkich. Nigdy nie dość przypominania, że autorzy mają co najwyżej kilka artykułów, a redaktor – często w krótkim czasie – musi ich zredagować znacznie więcej i nie ma po prostu czasu na – ujmijmy to wprost – kompensowanie nieuważności, braku motywacji czy wręcz lekceważenia reguł danego czasopisma przez autorów. Nie ma oczywiście jednego, uniwersalnego sposobu podawania odniesień do cytowanych pozycji, ale właśnie dlatego należy sprawdzić, jakie są w tym zakresie wytyczne wybranego czasopisma. Tego rodzaju różnice mogą utrudniać wysyłanie artykułu do kolejnych czasopism, jeśli nie został zaakceptowany w jednym lub z niego wycofany, ale nic nie wskazuje na to, by takie konwencje zostały w najbliższym czasie ujednolicone, a ostatnim, co mogłoby być w tym kontekście oczywiste, jest przerzucanie pracy na innych.
Zdarza się, że w odniesieniu do niektórych zwyczajowych reguł autorzy oczekują granic wyrażonych liczbami: do którego momentu coś jest jeszcze dopuszczalne? Ja sam staram się wychodzić naprzeciw takim oczekiwaniom, ale warto pamiętać, że takie ustalenia są albo uznaniowe, albo opierają się na tradycji, która nie jest nawet powszechnie znana. Dobrym przykładem jest dopuszczalny odsetek autocytowań w piśmiennictwie. Niektóre periodyki przyjmują konkretną granicę (np. 10%), inne wspominają jedynie w instrukcjach dla autorów o „nadmiernym autocytowaniu” (excessive self-citation), ale nie definiują go tak precyzyjnie. Progi liczbowe są dobrym przykładem tego, co po angielsku nazywane jest rule of thumb – reguły poręcznej, ale arbitralnej. Bywają wreszcie czasopisma, gdzie w ogóle nie zwraca się na to uwagi. Dotykamy tu przy okazji ważnej kwestii związanej z etosem naukowca: do jakiego stopnia badacz ma idealistycznie dążyć do rozwoju ludzkiej wiedzy, a do jakiego do budowania własnej pozycji? Jak łączyć te dwa cele? Zdarzyło się już kilkakrotnie, że na moje biurko trafiały prace, w których nawet połowę, a przynajmniej jedną trzecią listy piśmiennictwa stanowiły inne publikacje ich autorów. Próg procentowy nigdy nie może być traktowany jako przykazanie o religijnym wręcz charakterze, gdyż zdarzają się artykuły na tematy tak wąskie lub niszowe, że zajmujący się nimi badacze zmieściliby się w jednym samochodzie i autorzy mogą nie mieć wyboru, jak tylko cytować samych siebie. Jednak bywają naukowcy, którzy wydają się traktować niektóre swoje publikacje jako sposób przede wszystkim na zwiększenie indeksu Hirscha, mimo że manuskrypt traktuje o problemie zgłębianym od dawna przez tysiące ludzi, autor powołuje się przede wszystkim na siebie. Spotkałem też – co niepokojące – naukowców, którzy (przynajmniej na poziomie deklaracji) nie widzieli w takiej praktyce żadnego problemu. Gdy jednak dowiadywali się, że praca o takiej strukturze piśmiennictwa nie może być dalej procedowana, nagle okazywało się, że nie ma problemu z podmienieniem np. dwudziestu pozycji na publikacje innych autorów na taki sam temat.
Dla niektórych autorów oczywiste jest też, że od razu po akceptacji do druku można wskazać, kiedy artykuł zostanie opublikowany. Często pojawiającym się w ich pytaniach zwrotem jest estimated timeline. I w tym przypadku do pewnego stopnia mają oni rację, akceptacja oznacza przydzielenie do konkretnego zeszytu czasopisma, zatem planowana data ukazania się danego zeszytu (a taki harmonogram jest konieczny przy zarządzaniu redakcją) jest jednocześnie ostatecznym terminem ukazania się danego artykułu. Jednak liczne periodyki publikują gotowe już artykuły wcześniej. Taki tryb określany jest jako ahead of print lub early access (warto podkreślić, że chodzi tu o publikację, tyle że poza zeszytem, a nie o jakąś formę udostępnienia materiału czytelnikom przed publikacją, co też jest czasem praktykowane). W takim przypadku określenie dokładnego terminu opublikowania artykułu, gdy redakcja językowa i skład dopiero się rozpoczęły, może być trudne – nie da się odgórnie zaplanować, ile potrwa ten proces. Zależy to m.in. od jakości językowej i technicznej (tabele, ryciny) materiału, a także od autorów. Spotykam niestety badaczy, którzy tygodniami nie odsyłają korekt autorskich, a gdy już to robią, ignorują część uwag redaktorów, a jednocześnie to właśnie tych ostatnich obarczają odpowiedzialnością, że prace nad manuskryptem idą tak wolno. Podawanie w takiej sytuacji przez redaktora jakiejś „orientacyjnej daty” dla uspokojenia autorów może się skończyć w najlepszym razie rozczarowaniem, w najgorszym uzasadnionymi pretensjami, że redaktor wprowadził autora w błąd lub nie dotrzymał słowa.
Jest wreszcie kwestia, o której wcześniej na tych łamach nie wspominałem, a która ma więcej wspólnego z trybem życia niż stricte regułami publikowania naukowego. Wbrew wyobrażeniom niektórych autorów redaktor nie jest agentem AI i czasem też miewa wolne. Ja sam nie jestem badaczem, mój status przypomina raczej pracownika uczelnianej administracji średniego szczebla (pracuję w czasopiśmie wydawanym przez uczelnię). Wiele periodyków naukowych jest redagowanych głównie przez aktywnych zawodowo naukowców, do redakcji językowej wynajmuje się zaś wolnych strzelców lub zewnętrzne firmy, a zarówno w nauce, jak i przy pracy na własny rachunek godziny są raczej nienormowane. Wciąż jednak zdarzają się czasopisma, gdzie niektórzy redaktorzy to nienaukowcy na etacie i wówczas praca odbywa się w godzinach pracy, np. od 8:00 do 16:00. Bywa jednak, że autorzy kontaktują się ze mną, gdy jestem na urlopie czy w weekendy i są zdziwieni, że nie jestem w stanie udzielić im żądanych informacji. Po pierwsze, nie wszyscy pracują w nienormowanych godzinach. Po drugie, work-life balance to wciąż niedoceniany w wielu kulturach (w tym naszej) aspekt życia. Po trzecie, założenie, że wszystko można załatwić za pomocą urządzeń mobilnych, jest błędne – do wielu zadań potrzebuję komputera. Jeśli jestem poza domem, nie mogę pomóc, nawet gdybym chciał, a nie będę przecież brał ze sobą laptopa, gdy idę w sobotę z dzieckiem na plac zabaw.
Wymogi umieszczane w publicznie udostępnianych przez redakcje czasopism naukowych instrukcjach dla autorów nie są w żadnym sensie oczywiste. Stanowią część wdrożonej przez dane wydawnictwo czy pojedynczy tytuł konwencji edytorskiej. Konwencji, a zatem są to reguły przyjęte na danym etapie, być może nawet rozpowszechnione w branży, ale w mniejszym lub większym stopniu umowne. Nie oznacza to jednak, że na tej podstawie autor może oczekiwać dla siebie wyjątków, jeśli nie potrafi lub nie chce ich spełnić. Tylko jednakowe dla wszystkich zasady – niezależnie od utytułowania czy kraju pochodzenia – oznaczają, że chociaż próbujemy dążyć do równości szans w dostępie do publikacji w danym tytule. Reguły nie są uniwersalne, ale są jednakowe dla wszystkich w zasięgu oddziaływania danego podmiotu (pojedynczego periodyku lub ich grupy). Nie jest więc żadnym argumentem, że w innych tytułach jest inaczej. W obszarze, którym sam się zajmuję (medycyna i nauki pokrewne), zdarzają się znane czasopisma, których redakcje odpuściły sobie wiele reguł, ale nie oznacz to, że inni powinni iść w ich ślady.
Wróć