logo
FA 6/2025 życie akademickie

Marek Misiak

Dobre pytanie

Dobre pytanie 1

Rys. Sławomir Makal

Aby nie odpowiadać na pytania, które sam zadaję (i nie rozmawiać głównie z samym sobą), zebrałem w tym tekście zagadnienia regularnie poruszane przez badaczy w rozmowach lub korespondencji, których jeszcze nie poruszałem.

Zdaniem niektórych współczesnych myślicieli jedną z przyczyn laicyzacji w wielu krajach rozwiniętych można by ująć następująco: instytucjonalna religia w oczach coraz większej grupy ludzi udziela odpowiedzi na pytania, których w ogóle nie zadawali, nie odpowiada zaś (lub odpowiada w niesatysfakcjonujący sposób) na pytania, które faktycznie wiele osób sobie stawia. Aby zatem nie odpowiadać na pytania, które sam zadaję (i nie rozmawiać głównie z samym sobą – oznaczałoby to jakąś formę solipsyzmu), zebrałem w tym tekście zagadnienia regularnie poruszane przez badaczy w rozmowach lub korespondencji, których jeszcze nie poruszałem, a o których (z uwagi na ograniczenia moich kompetencji) nie jestem w stanie napisać osobnego artykułu. Pytania nie zawsze były formułowane dokładnie w poniższy sposób, starałem się uchwycić generalną ideę.

Czy redakcja językowa ma w ogóle sens – czy nie wystarczy, że artykuł jest zrozumiały?

W tak postawionym pytaniu ukryte jest założenie, że praca redaktora polega wyłącznie na polerowaniu językowym (w takim rozumieniu chyba głównie stylistycznym) tekstu, który zrozumiały był już na wejściu. Z tego zaś wynika założenie drugie, że o zrozumiałość artykułu czy całej książki zadbają autorzy i recenzenci. Oba te założenia są jednak błędne. W moje ręce trafiają często materiały, w których napotykam na fragmenty niejasne na poziomie czysto merytorycznym. Zadaniem recenzentów jest wskazanie niedociągnięć, ale rzadko kiedy – zwłaszcza przy dłuższych tekstach – zwracają oni uwagę na każdy akapit, każde zdanie; koncentrują się raczej na spójności kohezyjnej, tj. całościowej. Artykuł niezrozumiały jako całość nie przeszedłby przez recenzję, a przynajmniej nie powinien przejść w profesjonalnie prowadzonym czasopiśmie naukowym. Natomiast redaktorzy regularnie napotykają urwane zdania, a czasem całe akapity napisane w taki sposób, że nie wiadomo, co autor miał na myśli i na jakiej zasadzie poszczególne zdania wynikają jedno z drugiego. W niektórych przypadkach wydaje się to być wynikiem niedostatecznej znajomości danego języka, w innych rezultatem korzystania z tłumaczenia maszynowego; bywa też, że takie passusy biorą się z przeróbek tekstu (czy to jeszcze w trakcie pisania go, czy podczas uwzględniania uwag recenzentów), po których nie nastąpiła kontrola, czy nadal wszystko jest spójne. Niezależnie jednak od przyczyn w takich sytuacjach nie chodzi o styl, ale o zrozumiałość i interwencja redaktora jest wówczas konieczna.

Nie mogę niestety oprzeć się wrażeniu, że także niektórym autorom nie zależy na pełnej zrozumiałości ich publikacji, chcą po prostu jak najszybciej ją „wypchnąć”, nie ma natomiast znaczenia, czy ktoś ją przeczyta. Ponieważ przy wyszukiwaniu prac do zacytowania przy tworzeniu kolejnych artykułów naukowcy coraz rzadziej zapoznają się z całymi artykułami (co przy braku czasu jest w pełni zrozumiałe), a nierzadko wspomagają się różnymi elektronicznymi pomocami, coraz bardziej prawdopodobne jest, że takiego niejasnego fragmentu po publikacji nikt już nie wychwyci. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze może się zdarzyć, iż to właśnie dany fragment okaże się dla kogoś szczególnie istotny albo że sztuczna inteligencja zbierająca dane z różnych artykułów też nie będzie w stanie „zrozumieć” danej części tekstu i pominie pracę w tworzonej przez siebie liście.

Warto też zdać sobie sprawę, że poprawność języka i zrozumiałość nie są zbiorami rozłącznymi. Do pewnego momentu można w takim lub innym języku pisać lub mówić koszmarnie, ale w pełni komunikatywnie; granica, za którą zaczynają się problemy z porozumieniem się, nie leży jednak gdzieś hen, za horyzontem. Jest to szczególnie dobrze widoczne w mało fleksyjnych językach, takich jak angielski – słabe opanowanie składni powoduje, że zdania rozpadają się na części składowe i nie wiadomo np., co określa co. W językach naturalnych nie sposób jest precyzyjnie oddzielić „formy” i „treści”. Współcześnie i autorów, i redaktorów wspomaga sztuczna inteligencja, ale na ten moment żadne narzędzie ją wykorzystujące nie jest w stanie wychwycić wszystkich tego typu błędów, a nawet jeśli jest, to nie zawsze umie je poprawić.

Czy redagowania nie można by w całości scedować na AI?

Oczywiście, że można i są czasopisma naukowe, a nawet całe wydawnictwa, w których już tak się dzieje. Jednak sztuczna inteligencja nie może być traktowana jako panaceum, które sprawi, że wszystko, na co wcześniej musieliśmy czekać, będziemy mieć dostępne od ręki lub przynajmniej prawie natychmiast. Ja sam i redaktorzy, z którymi pracuję, także wspomagamy się AI, w tym znanym na pewno wielu czytelnikom narzędziem Grammarly, a także innymi, ale właśnie: tylko się wspomagamy, i to nie wyłącznie w celu przyspieszenia pracy, ale także zwiększenia precyzji redakcji. Jeśli ma być ona solidna, tekst i tak musi przeczytać człowiek. Pytanie brzmi raczej, czy ma on czytać niejako w tandemie ze sztuczną inteligencją, która na bieżąco podpowiada zmiany w danym akapicie i oznacza wątpliwe fragmenty, nad którymi należałoby się namyślić (tak pracuje się z Grammarly czy DeepL Write), czy najpierw AI „czyta” sama i poprawia, a potem redaktor czyta po niej i poprawia to, co przeoczyła lub co zmieniła w nieodpowiedni sposób. Tak jest szybciej, ale nie skraca to redakcji językowej w sposób tak radykalny, jak niektórzy by oczekiwali. Sztuczna inteligencja sprawdza się też dobrze przy wstępnej, globalnej ocenie szaty językowej artykułu lub całej książki, jeśli powstały one w języku innym niż ojczysty dla autora. Jeśli tekst wymaga jeszcze konsultacji z native speakerem, AI sformułuje wskazówki, co należy dopracować – zarówno bardzo ogólne (np. skrócenie zdań), jak i odnoszące się do konkretnych fragmentów. Nie wszystkie redakcje przeprowadzają dowolnie głęboką obróbkę nadesłanych materiałów. Jeśli język jest na tyle słaby, że w ramach redagowania tekst należałoby nieomal napisać na nowo, doprowadzenie go do stanu pozwalającego na przygotowania edytorskie może w niektórych periodykach leżeć po stronie autora. Bywa tak również ze względów czasowych (dany zespół jest zbyt mały, by nad jednym artykułem pracować przez wiele dni); są wreszcie czasopisma lub wydawnictwa, które świadczą usługi tak głębokiej redakcji, ale za dodatkową (jasno wskazaną na stronie internetowej) opłatą.

Redagowanie w taki sposób, że sztuczna inteligencja „wypluwa” poprawiony tekst i traktowany jest on – bez kontroli – jako mający status równy materiałowi obrobionemu przez białkowego redaktora, jest w momencie pisania tego artykułu nie tyle niemożliwe, co niecelowe. Narzędzia oparte na AI także popełniają błędy, również takie wpływające na zrozumiałość tekstu. Ponadto – o czym pisałem już na łamach „FA” w kontekście autorstwa – narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji czy szerzej duże modele językowe (LLM) nie są podmiotami zdolnymi do ponoszenia odpowiedzialności (w żadnym sensie). Jako redaktor odpowiadam za poprawne zredagowanie powierzonych mi książek czy artykułów i nie mogę tej odpowiedzialności scedować na żadne narzędzie. Można więc zatem zastąpić redaktorów AI, ale wtedy ze stopki i strony WWW czasopisma musi jasno wynikać, że w danym periodyku weryfikacji językowej nie dokonują ludzie i żaden redaktor o takiej funkcji nie firmuje swoim nazwiskiem niezweryfikowanych przez siebie poczynań sztucznej inteligencji.

Niektórzy entuzjaści AI zdają się przypisywać jej nieomylność. Błędy popełniane przez takie narzędzia mogą wyglądać inaczej niż te popełniane przez ludzi, ale mogą być też nie mniej groźne.

Dlaczego redaktor nie zawsze jest w stanie podać szacunkową datę publikacji?

Problemy ze wskazaniem, kiedy artykuł ma realną szansę się ukazać, pojawiają się na wczesnych etapach prac nad nim – kroków do wykonania jest jeszcze na tyle dużo, że nie wiadomo, ile zajmą. W wielu czasopismach praktykuje się publikowanie gotowych już artykułów najpierw poza zeszytem (z aktywnym DOI, ale bez paginacji, tylko z rocznikiem) – taka forma określana jest jako ahead of print – a dopiero potem (bywa, że wiele miesięcy później) w obrębie zeszytu. Wówczas da się już od razu po akceptacji danego manuskryptu i przydzieleniu go do zeszytu wskazać, kiedy nastąpi ta wtórna publikacja, ale nie ta pierwsza, właściwa, a tej z reguły dotyczy pytanie.

Nie sposób przewidzieć, ile potrwa redakcja językowa. Praca nad artykułami gorzej napisanymi trwa dłużej, a jest to nie do oszacowania na podstawie szybkiego przeglądu. Nie wiadomo też, ile potrwa korekta autorska. Niektórzy autorzy wyobrażają sobie, że dostaną tylko wersję bez uwag do akceptacji. Tymczasem pytań od redaktorów może być sporo, a nie zawsze autorzy odpowiadają w zadowalający sposób na wszystkie za pierwszym podejściem i szczotki (znane też jako proofy) mogą krążyć szereg razy. Może też pojawić się nieprzewidziany czynnik (taki edytorski czarny łabędź), np. inny artykuł zostanie wskazany przez redaktora naczelnego jako priorytetowy i trzeba się nim będzie zająć wcześniej i redaktor się rozchoruje (a w mniejszych zespołach nie zawsze ma go kto zastąpić). Oczywiście mógłbym w takiej sytuacji podać autorowi jakąś arbitralną „orientacyjną datę”, ale po pierwsze, traktuję siebie i to, co mówię, poważnie, a po drugie, badacz ma pełne prawo zakładać, że i do niego podchodzę poważnie i wysyłam komunikaty prawdziwe, a nie mające na celu uspokojenie go na jakiś czas. Gdy prace nad danym artykułem są już zaawansowane, wskazanie np. konkretnego tygodnia jest już jak najbardziej możliwe; na wczesnych etapach wolę odpowiadać, że – zgodnie z prawdą – mogę wskazać tylko bardzo generalne przybliżenie (np. z dokładnością do dwóch miesięcy).

Czy to redakcja odpowiada za zgłoszenie opublikowanego artykułu do baz danych?

Istnieją podmioty, do których redakcja sama musi wysyłać każdy opublikowany artykuł. Dotyczy to np. bazy Crossref, a w przypadku czasopism medycznych prowadzonych przez amerykańską National Library of Medicine (NLM) baz PubMed i PubMed Central (PMC). Jednak bazy, o które autorzy pytają najczęściej, czyli np. Scopus i Web of Science, same zaciągają prace albo bezpośrednio ze strony czasopisma, albo z innych baz. Bywa, że autorzy mają pytania lub zgłaszają problemy związane z widocznością ich artykułów w takich serwisach i oczekują pomocy ze strony redakcji. Jeśli chcieliby wiedzieć, kiedy ich praca będzie widoczna w danej bazie, nie jesteśmy w stanie pomóc – bazy zastrzegają sobie prawo do uwidocznienia publikacji dopiero po pewnym czasie, który może być odmienny przy różnych artykułach. Jeśli natomiast praca jest w danej bazie wyświetlana z jakimś błędem lub niepełną informacją, w niektórych sytuacjach redakcja może zgłosić problem do administratorów danego podmiotu, w innych zaś autorzy muszą zrobić to sami. Rzecz jasna redaktorzy mają obowiązek zareagować, jeśli sami są źródłem błędu (czyli np. artykuł na stronie WWW czasopisma sam zawiera błąd lub czegoś w nim brakuje, a baza jedynie odzwierciedliła to niedopatrzenie). Niektórzy autorzy wydają się jednak postrzegać periodyki naukowe i Scopusa czy Web of Science jako jeden konglomerat i oczekują reprezentowania ich w każdej sytuacji, tymczasem redakcja także występuje wobec administratorów bazy z pozycji petenta (a co najwyżej usługobiorcy) i nie ma gwarancji, że redaktorom uda się załatwić daną sprawę szybciej niż autorom.

Czy prawdą jest, że czasopisma naukowe to komercyjne przedsięwzięcia finansowane przez wielki biznes?

Taką opinię wyraził nawet ostatnio w mediach społecznościowych urzędujący prezydent USA. Faktycznie, wiele znanych periodyków naukowych należy do ogromnych międzynarodowych wydawnictw i są wydawane dla zysku, co jednak wcale nie wyklucza utrzymywania wysokiej jakości publikowanych artykułów (niektóre takie koncerny dbają o poziom bardziej, inne mniej; można też zaobserwować pod tym względem spore różnice między różnymi tytułami należącymi do tych samych podmiotów). Wiele innych czasopism należy jednak do wyższych uczelni i towarzystw naukowych i nawet jeśli pobierają opłatę za publikacją (APC – article-processing charge), to często nie sprawia to, że są dochodowe. Nie są zatem ani nastawione na zysk, ani go nie przynoszą (a przynajmniej nie rok w rok). Prowadzenie profesjonalnego czasopisma naukowego to znaczące koszty, praca doświadczonych redaktorów i składaczy kosztuje (niezależnie od tego, czy są zatrudnieni na etacie, czy w innej formie), podobnie jak usługi zewnętrzne (np. serwis antyplagiatowy iThenticate oferowany przez Crossref czy dark archive CLOCKSS). Samo pobieranie opłat nie jest zatem żadnym dowodem, że mamy do czynienia z komercyjnym przedsięwzięciem. Warto też być świadomym, że w obecnym modelu publikowania w nauce przed pewnym poziomem komercjalizacji nie ma ucieczki, nie ma już powrotu do dawnych czasów, gdy periodyków (i przede wszystkim samych pracowników nauki) było znacznie mniej i możliwe było powstawanie czasopism wyłącznie siłami ludzi pracujących pro bono.

Wróć