logo
FA 5/2025 życie naukowe

Zbigniew Drozdowicz

Siła biografizmu

Siła biografizmu 1

Rys. Sławomir Makal

Nie każdy ma dokonania na miarę Cezara czy Churchilla albo talent do takiego opowiadania o sobie, aby wzbudzić zainteresowanie wielu osób. Jak się w tym odnajdują wielcy uczeni? Nie każdemu z nich wychodzi to równie dobrze jak badania naukowe.

W pamięci bliższego i dalszego otoczenia można zapisywać się w różny sposób. Problem w tym, że chcielibyśmy, aby zapamiętano nas z najlepszej strony i to możliwie jak najdłużej. Takie oczekiwania ma wiele osób, w tym uczeni, którzy mieli w nauce znaczące osiągnięcia. Temu zapisywaniu się w pamięci mogą służyć zarówno autobiografie, jak i biografie.

Siła autobiografii

Pisanie autobiografii ma tak długie tradycje, że dzisiaj można z dużym przekonaniem powiedzieć, iż ten sposób zapisywania się w pamięci potomnych został stosunkowo dobrze przetestowany. Mało kto by pamiętał, że Juliusz Cezar przez 7 lat prowadził wojnę z Gallami, gdyby nie napisał swoich słynnych pamiętników O wojnie galijskiej. To, że nadał im formę prostego, „żołnierskiego” sprawozdania nie tylko z militarnych zmagań, ale także z męstwa i z obyczajów Gallów sprawiło, że znalazły one uznanie nie tylko u jego sympatyków, ale także zaciekłych przeciwników (jak m.in. Cyceron). Na ich popularność wpływ mogło mieć również to, że wypowiadał się w nich w trzeciej osobie (mimo że miał ego na miarę swojego wielkiego imperium).

Takich utalentowanych autobiografistów nie brakowało również w nauce. Nie zawsze teksty ich przybierały formę pamiętników. W czasach, w których sztuka epistolarna wspięła się na wyżyny swoich możliwości, często występowały one jako listy m.in. do przyjaciół. Ten rodzaj autobiografizmu cieszył się sporą popularnością w XVII i w XVIII stuleciu, a z listów np. Kartezjusza (napisał ich kilkaset) można się sporo dowiedzieć nie tylko o tym, co myślał m.in. o kopernikańskiej teorii nieba, ale także o tych, którzy ją krytykowali i prześladowali jej zwolenników. W XIX stuleciu spore kontrowersje budziła sformułowana przez Karola Darwina teoria ewolucji gatunków. Przedstawił ją w opublikowanej w 1859 roku książce pt. O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt. Natomiast swoją intelektualną drogę przedstawił w napisanych w 1876 roku Wspomnieniach rozwoju mojego umysłu i charakteru, dla swojej rodziny. Napisał ją jednak nie tylko z myślą o rodzinie. Ostatni rozdział tych wspomnień dopisany został przez jego syna Francisa Darwina, który był również cenionym przyrodnikiem (prowadził badania eksperymentalne nad fototropizmem), a po śmierci ojca przygotował do druku jego autobiografię i korespondencję (The Life and Letters of Charles Darwin, 1887, oraz More Letters of Charles Darwin, 1905). Za sprawą tych publikacji uczonemu raczej nic nie ubyło z jego naukowej wielkości, a w oczach czytelników zyskał sporo jako człowiek, który zmagał się z problemami znanymi zwyczajnym ludziom.

Dzisiaj okazji do przedstawienia siebie w możliwie najkorzystniejszym świetle jest znacznie więcej niż w przeszłości. Do gry o pozyskanie zainteresowania i uznania możliwie wielu osób weszły media elektroniczne, w tym telewizja, bez której ciekawym świata trudno byłoby funkcjonować. Jednak stosunkowo łatwo jest zarówno zaistnieć na telewizyjnym ekranie, jak i z niego zniknąć. Czasami wystarczy przed kamerą sformułować jakieś życiowe pytanie (w rodzaju: „Panie Premierze, jak żyć?”), a robi ono krajową karierę. Kłopot w tym, że takie pytania pamięta się dłużej niż ich autorów. Dłuższy żywot w pamięci odbiorców miewają osoby, które próbują się w niej zapisać wywiadem-rzeką. Ta forma autobiografizmu wymaga jednak sporego dystansu do samego siebie, aby nie wykreować się na najważniejszą na świecie. Do tego potrzeba także rozmówcy, który nie będzie narzucał swojego zdania ani przypominał tego, do czego niechętnie jesteśmy skłonni się publicznie przyznać. Trzeba się też liczyć ze świadkami, którzy inaczej postrzegają i oceniają życie opowiadającego. Mimo różnych zagrożeń taki autobiografizm cieszy się dzisiaj sporą popularnością, a wywiady-rzeki rozmnożyły się niczym grzyby po deszczu. Dotyczy to zwłaszcza polityków, którzy swoje pięć minut mają już za sobą, a przed sobą długie lata tłumaczenia się z popełnionych lub z przypisywanych im błędów. Rzecz jasna, nie każdy ma dokonania na miarę Cezara czy Churchilla albo talent do takiego opowiadania o sobie, aby wzbudzić zainteresowanie wielu osób. Jak się w tym odnajdują wielcy uczeni? Nie każdemu z nich wychodzi to równie dobrze jak badania naukowe.

Siła biografii

Pisanie biografii ma również długie tradycje. W niejednym przypadku opisywani chcieli wypaść dużo lepiej niż przedstawiali to biografowie. Niewiele jednak mogli zrobić wówczas, gdy ich wizerunki były kreślone wiele lat po ich śmierci przez tych, którzy ani ich osobiście znali, ani nawet nie dysponowali przekazami, które by uwiarygodniały nakreślony przez nich obraz. Tak się rzecz ma m.in. z obrazem żyjącego na przełomie VI i V w. p.n.e. Pitagorasa, stworzonym przez żyjącego w III w. n.e. Porfiriusza. Uczniowie w szkołach dowiadują się, że Pitagoras był wielkim matematykiem. Natomiast z Żywotu Pitagorasa Porfiriusza mogliby się dowiedzieć, że był również „magikiem”, który „potrafił odwrócić epidemię i powściągnąć wiatry i grad, uciszać fale rzeczne i morskie”. Mieszane uczucia mogą wywołać również nakreślone przez Diogenesa Laertiosa „hurtem” Żywoty i poglądy słynnych filozofów. Wprawdzie wizerunek Platona jeszcze się jakoś broni (mimo że sławny filozof „zakochał się w pewnym młodzieńcu imieniem Aster” i pisał do niego miłosne epigramaty), ale trudniej byłoby obronić wizerunek jego nauczyciela Sokratesa (bo nie tylko chodził niechlujnie ubrany, ale także został oskarżony „o bezbożność i psucie młodzieży”). Dla jasności dodam, że ci filozofowie żyli na przełomie V i IV w. p.n.e.), a autor ich biografii na przełomie II i III w. n.e. Nie przywołuję tutaj żadnego z obrazów, które zostały nakreślone ówczesnym politykom, ani też tych, które nakreślone zostały męczennikom za wiarę. Było ich bowiem tak wiele, że trudno znaleźć przekonujące kryterium wyboru, który nie obrażałby czyichś przekonań i uczuć. Dopowiem jednak, że za takich biografistów mogą uchodzić również autorzy ewangelii. Otwiera to jednak szerokie pole do dyskusji, który z ich przekazów jest najbliższy prawdy, bowiem w wielu punktach są rozbieżne. Poza dyskusją jest jednak to, że ich siła oddziaływania na ludzkie wierzenia i wyobrażenia o Bogu i świecie była ogromna, bowiem bez nich chrześcijaństwo nie stałoby się światową religią.

Po epoce wielkich filozofów, których poglądy są przywoływane do dzisiaj, oraz po epoce wielkich teologów, z których niejeden wyniesiony został na ołtarze, nastąpiła epoka biografistów piszących na polityczne zamówienie. Jednym z mistrzów w tym fachu był florencki pisarz i filozof Niccolo Machiavelli. Szeroki rozgłos zyskał swoim dziełem Książe. Pierwowzorem tytułowego księcia jest Cezar Borgia, syn papieża Aleksandra VI. Umieszczenie tego dzieła na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych w 1559 roku nie wynikało z tego, że autor „prał” publicznie papieskie brudy, a raczej z tego, że gloryfikował w nim sprzeczne z nauką Kościoła cnoty, jak umiejętność przejęcia władzy podstępem i sprawowanie jej przy pomocy kłamstwa i przemocy. Machiavelli nie przysłużył się wprawdzie księciu (swoje awanturnicze życie zakończył on w więzieniu), ale jego dzieło posłużyło za inspirującą lekturę władcom, którzy postępowali w podobny do opisanego sposób, takim np. jak król Prus Fryderyk II Wielki. Władca ten potrafił zresztą sam zadbać o swój wizerunek. Zapraszał bowiem na dwór pisarzy, którzy chcieli i potrafili wyrażać swój podziw dla władcy nie niego tylko przy królewskim stole, ale także w listach do niego. Jednym z nich był Wolter (zainteresowanych odsyłam do opublikowanego zbioru listów tego filozofa). Można byłoby oczywiście postawić pytanie: jak mu było nie wstyd dobrze mówić o władcy, który bezceremonialnie rozprawiał się z przeciwnikami, w tym z Polakami? Problem w tym, że ten biografista mało czego się wstydził, a miał na swoim koncie niejedno apologetyczne dokonanie, niektóre z nich weszły nawet do historii literatury.

Czy na taką karierę mogą liczyć biografie uczonych pisane przez osoby, które ich osobiście znały? Póki co żadna z nich nie odniosła sukcesu. Znam jednak przynajmniej kilka, które moim zdaniem zasługują na szersze zainteresowanie. Zaliczam do nich biografię Stephena Hawkinga napisaną przez jego pierwszą żonę Jane pt. Moje życie ze Stephenem. Podróż do nieskończoności. Można się z niej sporo dowiedzieć o wybitnym fizyku nie tylko z okresu jego intelektualnej dojrzałości, ale także z czasu, kiedy dopiero do niej dochodził. W obu miał wprawdzie wysoką samoocenę, jednak wcześniej wymagała ona sporej wyrozumiałości ze strony najbliższego otoczenia. Autorka biografii przypomniała w niej, że uczony przekonywał ją, iż tylko głupcy studiują hiszpańską poezję średniowieczną (studiowała ją na Uniwersytecie Londyńskim, a później uzyskała z tego zakresu doktorat).

Taką biografią jest również Czas Nielsa Bohra autorstwa jego bezpośredniego ucznia i współpracownika Abrahama Paisa. Autor nakreślił interesująco nie tylko naukową, ale także osobowościową sylwetkę wybitnego uczonego (laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki). Opierał się przy tym na obserwacjach, które zgromadził najpierw jako student, a później wieloletni współpracownik Bohra. Są w tej biografii fragmenty, które mogą wywołać rozbawienie u jednych, ale głębszą refleksję u innych czytelników. Między innymi Pais przywołuje wykład, podczas którego Bohr nagle przerwał kreślenie wykresu na tablicy i dłuższy czas w milczeniu się zastanawiał, co powinno się znaleźć w jego dalszej części. Natomiast swoistą ciekawostką może być to, że po wyczerpujących intelektualnie naukowych dyskusjach wytchnienie znajdował w uprawianiu ogródka.

Sporo interesujących informacji o wybitnych uczonych można znaleźć również w biografiach, napisanych nie na podstawie bezpośrednich kontaktów z nimi, ale zebranych dokumentów. Jedną z bardziej udanych jest w moim przekonaniu biografia zatytułowana Prywatne życie Alberta Einsteina. Jej współautorzy, Roger Highfield i Paul Carter, we wstępie stwierdzają, że „ukazały się już setki książek prezentujących w popularny sposób teorię względności oraz wiele biografii Alberta Einsteina. Wszystkie, z jednym lub dwoma wyjątkami, przedstawiają go takim, jakim sam siebie chciałby widzieć – jako człowieka, który wzniósł się ponad sprawy osobiste w dążeniu do prawdy naukowej”. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy tak rzeczywiście wyglądała einsteinowska biografistyka przed ukazaniem się tej książki. Mogę jednak z dużym przekonaniem powiedzieć, że ukazuje ona uczonego nie tylko w jego uczuciowych uniesieniach i rozczarowaniach, ale także w medialnych uwikłaniach, które sprawiły, że „stał się dla środków masowego przekazu mędrcem, o którego opinie zabiegano jak świat długi i szeroki”. Dla świata nauki medialna wrzawa wokół osoby Einsteina była jednak ciężarem, którego żaden uczony nie potrafiłby udźwignąć. Bo niby jak sprostać oczekiwaniu tzw. szerokiej publiczności, że jakaś teoria może stanowić „klucz do wszystkich tajemnic Wszechświata”. Według „New York Timesa” miała jednak nią być „nowa teoria względności Einsteina”. Uczony ten wprawdzie w liście do swojego syna Hansa Alberta nazwał to stwierdzenie „zupełnym idiotyzmem”, jednak „mleko już się rozlało”, jeśli tak można powiedzieć o presji mediów, które czasami nawet w dobrej wierze (ale bez odpowiedniej wiedzy) przypisywały Einsteinowi osiągnięcia pozostające poza jego zasięgiem.

Nie ma jednej przekonującej odpowiedzi na pytanie, co motywuje autorów biografii do sporządzania obrazów wielkich uczonych. Można jednak powiedzieć, że jeśli oni sami są już widoczni na firmamencie nauki, to stanowią coś w rodzaju planet, które „święcą” odbitym światłem gwiazd, wokół których krążą. Mogą się wprawdzie nieco przy nich „ogrzać”, jednak również „sparzyć się”, zwłaszcza wówczas, gdy chcieliby uchodzić za znawców, którzy wiedzą lepiej od prezentowanego w biografii uczonego, co w jego życiu było najważniejsze.

Wróć