logo
FA 5/2025 rozmowa forum

Rozmowa z Krzysztofem Pietraszkiewiczem, przewodniczącym Ośrodka Współpracy Rad Uczelni, przewodniczącym Rady Uczelni Politechniki Warszawskiej

Jak znaleźć wspólny język

Jak znaleźć wspólny język 1

Krzysztof Pietraszkiewicz (ur. w 1955 r.) jest absolwentem Wydziału Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wrocławskiego i studiów podyplomowych z zakresu finansów i bankowości w Szkole Głównej Handlowej, której jest doktorem honoris causa. Uczestniczył w szkoleniach menadżerskich na Kellogg School of Management Northwestern University USA oraz w Letniej Międzynarodowej Szkole Bankowej w Australii o specjalności zarządzanie ryzykiem.
W latach 1985 – 1989 był doradcą wiceprezesa rady ministrów ds. ochrony zdrowia i ubezpieczeń społecznych, dyrektorem gabinetu przewodniczącego Komitetu Społeczno-Politycznego Rady Ministrów. Podczas obrad „Okrągłego Stołu” pełnił funkcję sekretarza Stolika Związkowego, następnie był dyrektorem Gabinetu Szefa Urzędu Rady Ministrów. W latach 20034-2023 był prezesem Związku Banków Polskich. Współtworzył m.in. przedstawicielstwo środowiska finansowego w Brukseli (2015), Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa (2016) i Fundację Obrotu Bezgotówkowego (2017). Był członkiem Rady Naukowej przy Ministrze Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Jest wiceprezesem Polskiego Forum Akademicko-Gospodarczego i przewodniczącym Ośrodka Współpracy Rad Uczelni. Kieruje pracami rady uczelni Politechniki Warszawskiej.

Nie mam żadnych zahamowań, żeby wypowiadać swoje zdanie, zarówno na radzie, jak i na Senacie i w innych gremiach. Czuję się współodpowiedzialny za losy uczelni, za tę część naszego dobra wspólnego, bo traktuję uczelnię jako nasze dobro wspólne.

Czy z perspektywy pana doświadczenia wynika, że rady uczelni są potrzebne?

Mam bardzo długie doświadczenie współpracy ze środowiskiem naukowym przez wiele dekad od czasów studiów. I to z różnymi uczelniami, w różnych miejscach – kiedy byłem studentem, później w organizacji studenckiej, w Urzędzie Rady Ministrów jako osoba, która się zajmowała sprawami socjalnymi i ochroną zdrowia, a później jako współtwórca Związku Banków Polskich i jego prezes przez 20 lat, ale także jako członek konwentu Politechniki Warszawskiej i stały współpracownik Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich oraz Fundacji Rektorów Polskich, za co na 10-lecie FRP otrzymałem specjalny medal Pro Merito za zasługi i budowanie współpracy. Od początku, kiedy przyszło mi działać w Związku Banków Polskich, nie wyobrażałem sobie, że można bez współpracy z uczelniami zbudować polski system bankowy, a zaczynaliśmy praktycznie w wielu segmentach od zera albo z bardzo niskiego poziomu. Bez dobrych ekonomistów, bez dobrych prawników, także bez dobrych technologów, informatyków i ludzi od telekomunikacji nie byłoby możliwe zbudowanie nowoczesnej bankowości. Dlatego nie było takiej konferencji czy takiego wydarzenia w środowisku bankowym, żeby nie było tam przedstawicieli świata nauki z wielu uczelni i instytutów. Już 30 lat temu budowaliśmy wspólnie z uczelniami standardy kwalifikacyjne w polskiej bankowości i mieliśmy zawarte umowy z wiodącymi uczelniami na kształcenie przyszłych pracowników, ale także z ponad 100 uczelniami na promowanie rozwiązań i zasad działania bankowości wśród wszystkich absolwentów uczelni. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby absolwent uczelni nie wiedział, co to jest nowoczesny system rozliczeń, co to jest nowoczesny system wymiany informacji. No i w ten sposób przy ogromnej zasłudze środowiska naukowego poziom ubankowienia w Polsce wzrósł z 27-28% do ponad 90%.

Opowiedziałem, skąd biorą się moje kompetencje w kontaktach z uczelniami i pracy na ich rzecz. Teraz wracam do odpowiedzi na pytanie. Myślę, że rady w aktualnej konstrukcji, podobnie jak poprzednio konwenty, są miejscem promowania bezpośredniej współpracy uczelni z przedsiębiorcami i z przedstawicielami jednostek samorządu terytorialnego. Konwenty były złożone z przedstawicieli przedsiębiorstw, jednostek samorządu terytorialnego i czasami niektórych instytucji państwowych. One miały wyłącznie głos doradczy. Natomiast w 2018 roku wydarzyła się rzecz znakomita w swojej istocie – powstały rady uczelni jako ich organy ustawowe. Są złożone w połowie z przedstawicieli gospodarki, w połowie świata nauki. Oczywiście są tam przedstawiciele samorządów studenckich, a w ostatnich dwóch latach dołączyli z głosem doradczym przedstawiciele związków zawodowych działających w uczelniach. Rady uczelni sprzyjają temu, żeby dyskutować na temat kształcenia kadr i oczekiwanych kompetencji absolwentów uczelni z punktu widzenia potrzeb rynku pracy. Pewne tematy tych dyskusji są wspólne, ale są też różnice w zależności od charakteru/profilu uczelni. Bo inaczej wyglądają chociażby prace badawcze i wdrożeniowe. Szczególnym obszarem naszych zainteresowań są badania naukowe, zwłaszcza w kontekście potrzeb gospodarki czy administracji państwowej. Pamiętamy także o kulturotwórczej roli i społecznej odpowiedzialności uczelni. To tutaj kształtowane są elity każdego kraju w różnych zakresach. Niewątpliwie rady uczelni także zwracają uwagę – we wszystkich uczelniach, a szczególnie w tych IDUB-owych – na kwestie związane ze współpracą międzynarodową, szczególnie wobec możliwości, jakie stwarza udział Polski w Unii Europejskiej.

Zauważył pan, że zajmujecie się na posiedzeniach rad uczelni relacjami miedzy nauką a biznesem. Jak ona wygląda z waszej perspektywy?

Z punktu widzenia Polskiego Forum Akademicko-Gospodarczego i Ośrodka Współpracy Rad Uczelni, gdzie wymieniamy się doświadczeniami na temat prac rad i właśnie tych spraw, o które pan pyta, szczególnie ważne jest zdefiniowanie barier utrudniających współpracę świata nauki z gospodarką i poszukiwanie możliwości ich usuwania. Wiemy, że pozycja Polski w tym zakresie jest bardzo marna, a ocena współpracy nauki z przedsiębiorstwami, szczególnie małymi, wygląda w Polsce źle na tle Unii Europejskiej i świata. Wiemy również o tym, z czego wynika pewne zapóźnienie w tej współpracy – między innymi z niskich nakładów na badania, kształcenie i wdrożenia. Jeden z przedsiębiorców i członków rady uczelni zauważył, że współpraca pomiędzy uczelniami i gospodarką w wielu przypadkach jest po prostu źle zorganizowana. Słabo są do niej przygotowani zarówno przedsiębiorcy, jak też naukowcy i uczelnie. I to trzeba zmieniać. Dawniej główne środki na badania pochodziły z budżetu państwa, a dzisiaj na prace badawczo-rozwojowe ponad 55% środków pochodzi z biznesu. Niemniej w porównaniu do innych krajów nakłady na badania i kształcenie są zdecydowanie zbyt niskie. Podczas naszych spotkań zwracamy uwagę na to, że polski system wspierania tej współpracy jest dość rozproszony, momentami nawet chaotyczny.

Jaka jest różnica w podejściu nauki i biznesu do tej współpracy?

Kiedy tworzyliśmy NCBR, mówiliśmy, że trzeba zdefiniować (i zrobiliśmy to) kilka strategicznych nurtów rozwojowych, które mogłyby być naszą specjalnością i wspierać rozwój kraju. To były: energetyka, farmacja, gospodarka żywnościowa, technologie informacyjne. Wracam teraz do wypowiedzi Piotra Wojciechowskiego z WB Electronics (firmy, która współpracuje z kilkunastoma uczelniami), a ma on podstawy, żeby oceniać tę współpracę. Ma doświadczenie dobrej współpracy z uczelniami, ale rozumie też trudności i przyczyny trudności we współpracy uczelni i gospodarki. Ta rozbieżność powstaje m.in. z powodu różnic motywacji, jakimi kieruje się w tej współpracy biznes, a jakimi uczelnie. W uczelni, ze względu na specyficzny system ewaluacji nauki, liczą się artykuły, książki, patenty. Natomiast w gospodarce, w biznesie liczy się skuteczność projektu. Przedsiębiorców nie interesują kilkusetstronicowe opracowania, ale kompetencje, dobrze przygotowane ekspertyzy i projekty, które da się szybko wdrożyć. Czyli oczekiwania i sposób ewaluacji wspólnych przedsięwzięć po stronie biznesowej i po stronie naukowej są odmienne. Dyskutujemy o tym, jak zmienić tę sytuację, znaleźć wspólny język. Inna kwestia to sposób uruchamiania środków państwowych czy samorządowych. Bardzo często te środki szły bezpośrednio do przedsiębiorcy i on decydował, stawiał warunki, albo nie było jasności, jak rozliczyć wkład nauki do danego projektu, przy kim pozostają ewentualnie prawa własności i tak dalej. Podejmowano kilkakrotnie próbę opracowania dobrych praktyk, ale nie do końca to się powiodło. Wygląda na to, że pod nowym kierownictwem NCBR wraca do pierwotnej idei wspólnych prac badawczo-rozwojowych. Osobiście jestem dumny z kredytu technologicznego zaprojektowanego przez banki, który uruchomiliśmy jako uzupełnienie grantów i projektów finansowanych przez NCBR. Na wspieranie tego projektu państwo przeznacza znaczące środki. To jest identyfikowane przez przedsiębiorców i banki rozwiązanie, które pozwala na włączenie swoistych dopalaczy dla tych, którzy potrafili stworzyć taki projekt, zrealizować pilotaż, udowodnić, że jest to projekt dobry i aby go rozwinąć, mogą liczyć na umorzenie części zobowiązań i przeznaczyć środki na przyspieszony rozwój danego projektu.

Jednym z ważniejszych zadań rad uczelni jest opiniowanie strategii uczelni. Jak to wygląda w praktyce i czy biznesmeni są do tego przygotowani?

Członkowie rad ze strony biznesowej są coraz bardziej doświadczeni, ale zauważyłem też, że rektorzy i senaty dochowują dużej staranności, aby ze środowiska naukowego wybrać do rad tych, którzy legitymują się dużym dorobkiem i prestiżem w uczelni, ale też zdolnością do refleksji ogólniejszej natury. Połączenie doświadczenia i wiedzy gospodarczej, menedżerskiej z wiedzą naukową i z kompetencjami naukowymi, także w obszarze wdrożeń, daje dobry rezultat. Do tego dołącza się jeszcze głos doradczy związków zawodowych, które w większości przypadków są odpowiedzialne, bo zależy im na tym, żeby uczelnia była sprawna i cieszyła się prestiżem. Chętnie korzystam z inspiracji studentów, kiedy rozmawiamy o studenckim ruchu naukowym, kulturalnym, o warunkach studiowania. Ta grupa uczestniczy świadomie w kształtowaniu i aktualizacji strategii uczelni, monitorowaniu jej realizacji. To jest niezmiernie ważne, bo w każdej uczelni realizacja strategii jest oceniana zarówno przez senaty, jak i rady uczelni, a przy prezentowaniu sprawozdania i akceptowaniu go mamy możliwość wypowiadania się, w którym obszarze należy pewne rzecz eksponować, przyspieszyć, uczynić priorytetem, jakie sprawy w ogóle wprowadzić do strategii. Kilka lat temu nikt nie podkreślał kwestii użycia sztucznej inteligencji w kształceniu i w badaniach, ale także w gospodarce. A ostatnio ten element w sposób naturalny uzupełnił strategię Politechniki Warszawskiej.

Na naszych spotkaniach dyskutujemy też o efektywności doktoratów wdrożeniowych, które interesują przedstawicieli biznesu. Kilka razy w roku na posiedzeniach rady omawiane są takie kwestie jak plany inwestycyjne i remontowe, plany budowy zaplecza naukowego, sportowego, ale także stopień i warunki realizacji tych projektów. W związku z tym rozmowy z kanclerzami i kwestorami oraz audytorami wewnętrznymi są na porządku dziennym. Ważna jest też współpraca z audytorami w zakresie sytuacji finansowej i przestrzeganiu prawa.

Warto dodać, że w niektórych uczelniach przyjęto w statucie pewne rozwiązania dodatkowe. Na ich podstawie rady uczelni wykonują dodatkowe działania, wychodzące poza te, które zostały określone ustawą. Na przykład w mojej uczelni stwierdzono, że rada może podejmować tematy, które nie wynikają z ustawy, ale z realizowanej strategii, służą realizacji przyjętej strategii. Robimy to w taki sposób, żeby nie wchodzić w mikrozarządzanie, bo to jest zastrzeżone dla innych organów, natomiast dyskutujemy, służąc radą, czasami stawiając pytania czy wygłaszając sugestie.

Najwięcej kontrowersji wzbudziła rola rad uczelni w wyborach rektorskich.

Najczęściej prawo zgłaszania kandydatur mają określone grupy pracowników albo senatorów i oczywiście rada uczelni. Czym się kierujemy? Najczęściej szukamy kogoś, kto legitymuje się niekwestionowanym dorobkiem naukowym. Po drugie, obdarzony jest mirem, szacunkiem środowiska, bo tradycja i kultura akademicka mają znaczenie. A wreszcie posiada zdolności organizatorskie, umiejętność zjednywania ludzi, a równocześnie podejmowania niełatwych decyzji. Uczelnie, w szczególności te największe, to jedne z najbardziej skomplikowanych instytucji. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo skomplikowanych. Mamy do czynienia z największymi zakładami pracy w regionie czy w mieście, ze skupiskiem tysięcy młodych, inteligentnych, ambitnych ludzi, którzy mają różne pomysły. Trzeba to wszystko monitorować, analizować szanse, reagować na zagrożenia, podejmować interwencje, chociażby związane z technologiami, jak cyberataki. Wreszcie stoimy wobec konieczności pracy na rzecz wysokiej jakości pracy naukowej i kształcenia. Zatem znalezienie odpowiednich kandydatów na rektora to poważna sprawa. Czasami opinia rady uczelni, w której zasiadają doświadczeni menedżerowie, może pomóc. Niekoniecznie chodzi o sam wybór, ale właśnie o udział rady na etapie wskazywania kandydatów.

Jedną z fundamentalnych zadań rad jest zatwierdzanie sprawozdań finansowych uczelni. Co wnoszą członkowie rady spoza uczelni do oceny jej sytuacji finansowej?

Myślę, że finanse uczelni będą się miały lepiej, gdy przyjrzą się im doświadczeni biznesmeni. Większość budżetu uczelni zwykle stanowią dotacje i subwencje, ale jest też statutowa działalność gospodarcza, w której musi być zdefiniowane prawo do ryzyka i należy liczyć się z tym, że nie wszystkie działania zakończą się sukcesem. Czasami właśnie zakwestionowanie tego, że taką drogą nie należy iść, że nie ma po co wydawać pieniędzy na przykład na jakiś kierunek, także może być sukcesem. Ale oczywiście największy sukces przychodzi wtedy, gdy się coś skonstruuje, zbuduje, wykaże, udowodni, pokaże rozwiązanie, które zostanie wdrożone do praktyki. Ale wiadomo, że tego typu sukcesów nie jest wiele. W związku z tym wracam do kwalifikacji rektora i jego zespołu. To muszą być ludzie, którzy mają przekonującą wizję, potrafią opracować strategie, sposoby jej realizacji.

Czasami pod rozwagę kolegium elektorów przedstawia się dwóch-trzech kandydatów, w niektórych przypadkach tylko jednego kandydata, gdy i środowisko, i rada uczelni uznają, że jest on najlepszym wyborem, że sobie świetnie poradził w pierwszej kadencji, zatem spokojnie możne wziąć odpowiedzialność za uczelnię i należy pozwolić mu kontynuować strategię w kolejnej kadencji. Jestem zwolennikiem tego, żeby przed zgłoszeniem kandydatów do uczelnianej komisji wyborczej doszło do porozumienia wszystkich grup, które mają prawo zgłaszać kandydatury. Natomiast oczywiście po wysłuchaniu wszystkich opinii rada uczelni ma prawo wskazać kandydatów do rozstrzygnięcia przez komisję elektorów. Proces wyłaniania kandydatów nie powinien prowadzić do nadmiernej polaryzacji. Udział rady w ostatnich wyborach rektorskich wzbudził bardzo wiele kontrowersji, aż do postulatu, żeby nie uczestniczyły one we wskazywaniu czy akceptowaniu kandydatów na rektorów. Uważam, że takie postawienie sprawy jest nieporozumieniem. W radach uczelni zasiadają naprawdę niezależni ludzie spoza środowiska akademickiego, a także osoby z uczelni o wysokich kwalifikacjach, zarówno profesjonalnych, jak i etycznych. W związku z tym dyskusja w tym gronie na temat kandydatur, wymogów kwalifikacyjnych i przydatności jest poważna. To jest grono, które z powodów ustawowych i statutowych ma obowiązek dokonywania oceny tego, co się działo i dzieje w uczelni. I musi to wyrażać przy okazji akceptacji sprawozdania finansowego, realizacji planu finansowo-rzeczowego, realizacji strategii i różnych programów odcinkowych, które powstają w uczelni. Ale rada uczelni ocenia też relacje między rektorem a senatem, między rektorem a dziekanami czy kierownikami jednostek, kwestie bezpieczeństwa, awansu pracowników, sprawy socjalne studentów i tak dalej. Rada uczelni to gremium profesjonalnie i prawnie zobowiązane do dokonywania takich ocen. Twierdzenia, że takie oceny powinny być wyłączone, są nieodpowiedzialne, śmieszne i mogą to mówić ludzie, którzy nie mają bladego pojęcia o tym, jak skomplikowanym organizmem jest uczelnia i dlaczego to właśnie radę stać na mówienie prawdy o pewnych zjawiskach w uczelni czy kandydatach na stanowiska. Pomijam patologiczne sytuacje, które tu i ówdzie się wydarzyły, jakichś walk politycznych, źle rozumianych ambicji czy powstania koterii w niektórych miejscach. Uważam, że z tego powodu należy raczej pewne rzeczy doprecyzowywać, w tym i oczekiwania wobec rad uczelni, a nie mówić o ograniczeniu kompetencji czy likwidacji rad. Przedstawiciele rad uczelni powinni brać udział w dyskusji nad ustawą, musimy mieć wypracowane dobre praktyki w zakresie oceny działalności w zgodzie z prawem i z zasadami etyki.

Gdy patrzę na spotkania Ośrodka Współpracy Rad Uczelni, sytuacja z każdym rokiem wygląda lepiej. Na forum Ośrodka wymieniamy poglądy na wiele problemów, w tym jak analizować plany finansowe i ich realizację.

Czy myśli pan, że rada uczelni wnosi do akceptacji kandydatów na rektora coś ponad to, co mogą wnieść przedstawiciele społeczności akademickiej?

Jak znaleźć wspólny język 2

Rada jest ustawowym organem uczelni. Na pewno jej członkowie wnoszą doświadczenie związane z wyborem menedżerów w różnych firmach państwowych, samorządowych i prywatnych, kierując się efektywnością, skutecznością, oceną zdolności zarządczych przyszłych włodarzy różnorodnej społeczności. Mamy kompetencje, by swoją opinię wyrazić. W tym skomplikowanym organizmie jest ważne, by spojrzeć na kandydata z pozauczelnianej perspektywy. Na pewno rada nie wesprze kandydata, co do którego są zastrzeżenia merytoryczne czy etyczne. Rada zwykle nie jest uwikłana w uczelniane relacje wewnętrzne, co daje jej pewną świeżość spojrzenia. Na pewno doceni też bardziej niż sami akademicy zdolności i dorobek menedżerski kandydata. Rada nie musi odpowiadać na pytanie, dlaczego kogoś nie wskazuje. Natomiast musi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego danego kandydata proponuje.

Czym się różni rada idealna, którą zaproponowano w pierwszej wersji ustawy, od rady realnej, która się zrealizuje praktycznie już trzecią kadencję?

Rady pracują dość intensywnie. W mojej uczelni zazwyczaj jest to regularnych 11 bądź 12 posiedzeń w roku, takich w pełni protokołowanych z ustalonym wcześniej programem. Ale poza tym jest bardzo wiele wydarzeń, w których członkowie rady uczestniczą. To są czasami doktoraty, inauguracje roku, gdzie ze strony rektorów padają ważne zapowiedzi, które później są jakoś konsumowane, rozpatrywane także przez rady uczelni i dyskutowane wspólnie. Na każdym posiedzeniu rady zazwyczaj omawiamy dwa, a czasami trzy tematy merytoryczne i sprawy związane z formalnymi kwestiami, które przynależą do kompetencji rady, jak dysponowanie majątkiem, opiniowanie projektów czy sprawozdań. Przyglądamy się losom absolwentów naszej uczelni, współpracy międzynarodowej, miejscu uczelni w pięciu-sześciu rankingach krajowych i międzynarodowych. Do każdego z tych zagadnień wnosimy uwagi, które mogą się przydać organom zarządczym Politechniki Warszawskiej.

Czy czuje pan realny wpływ rady na Politechnikę Warszawską?

W obszarach, które są zdefiniowane ustawą – tak, bo gdyby nie było pewnych naszych decyzji, stanowisk, uchwał, to krótko mówiąc nie mogłyby funkcjonować. Muszę powiedzieć z przyjemnością, że uwagi, sugestie zgłaszane podczas obrad rady są analizowane i często brane pod uwagę. Chcę podkreślić, że nie wchodzimy w zarządzanie, w czyjeś kompetencje, natomiast staramy się inspirować, zwracać uwagę, że dobrze było by rozpoznać różne problemy lub na przykład wesprzeć określony kierunek działań. I widzimy, że po pewnym czasie znajduje to swoje odzwierciedlenie w działaniach uczelni. Mogę podać konkret: parę lat temu studenci zwrócili uwagę na dramatyczne warunki studiowania, życia w akademikach Politechniki Warszawskiej i rada zajęła w tej sprawie bardzo mocne stanowisko. Nasz głos był jednym z tych, które w rezultacie przyczyniły się do poprawy sytuacji w tym zakresie. Członkowie rady, także w części, powiedzmy, ochrony zdrowia czy troski o zdrowia pracowników, zwrócili uwagę na potrzeby budowania zaplecza sportowego w Politechnice, żeby była nowoczesną firmą. I takie prace zostały podjęte. Na przykład analizujemy raporty audytu wewnętrznego, którego program prac współkształtujemy. Jeżeli widzimy, że są sytuacje niebezpieczne lub trudne, to zwracamy uwagę, że trzeba te kwestie pilniej realizować, nawet kosztem innych przedsięwzięć. Myślę, że ten wpływ jest. A ponadto w naszej uczelni stało się tradycją, że na każdym senacie mam kilkuminutową wypowiedź. Dzielę się opiniami ze sfery gospodarczej i tym, co omawialiśmy na posiedzeniu rady.

Czy rada jest radą uczelni, czy raczej radą rektorską?

Pierwsza sprawa: pracownicy uczelni, którzy wchodzą do rady, są wybierani bez ingerencji rektora. Rektor zdaje się na decyzję społeczności akademickiej, a ostateczne decyzje podejmuje Senat w głosowaniu tajnym. Co do członków rady spoza uczelni, rektor rozważa różne kandydatury, dyskutowane są pewne kryteria. Najistotniejsze jest to, co się w ciągu tych sześciu lat działo w praktyce. Nie zdarzyło się w mojej uczelni, w mojej radzie, żebym rektor czy któryś z prorektorów przed posiedzeniem rady namawiał czy przekonywał członków rady do określonych działań. Ci ludzie mają swoje zdanie i wiedzą, że weszli do rady, żeby wypełnić pewną szczególną misję, są wyjątkowymi reprezentantami innego świata w świecie uczelni. Ich obowiązkiem jest precyzyjne wygłaszanie oczekiwań i opinii, jak dany problem powinien czy mógłby być rozwiązany z pożytkiem dla interesariuszy uczelni, także spoza świata naukowego. I to na pewno się dzieje, to jest realne. Czy rektor wzywa członków rady, czy zaprasza na kawę i mówi: „Wiecie, tam będziemy robić coś, to zróbcie to”. Nie. Rektor oczekuje, i to dla mnie jest niezmiernie ważne w kulturze uczelni, że rektor mówi: „Rada ma prawo zadać pytanie, my mamy obowiązek udzielić odpowiedzi, poprosić o wyjaśnienie; jeżeli nie potrafimy w danym momencie, to na następnym posiedzeniu odpowiemy”. Na posiedzeniu rady zapoznajemy się z wieloma opracowaniami i często zadajemy pytania. Ustaliliśmy w naszej uczelni, że powołanie i odwołanie szefa komórki audytu odbywa się w porozumieniu z radą uczelni, że odwołanie i powołanie kanclerza czy kwestora odbywa się w porozumieniu z radą uczelni.

Kim pan się czuje w radzie uczelni?

Odpowiem żartobliwie: „starym”, doświadczonym człowiekiem. Naprawdę nie mam żadnych zahamowań, żeby wypowiadać swoje zdanie, zarówno na radzie, jak i na Senacie i w innych gremiach. Czuję się współodpowiedzialny za losy uczelni, za tę część naszego dobra wspólnego, bo traktuję uczelnię jako nasze dobro wspólne.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć