Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
W wielu sytuacjach życiowych odwaga jest nie tylko warunkiem osiągnięcia sukcesu, ale także przetrwania najpoważniejszych zagrożeń i zachowania stanu posiadania albo przynajmniej poniesienia stosunkowo najmniejszych strat. Problem nie tylko w tym, że trzeba się na nią zdobyć, ale także w tym, że trzeba ją dostosować do istniejących okoliczności. Nie inaczej jest z akademicką odwagą.
Określenie „jeździec bez głowy” stanowi na tyle uniwersalną metaforę, że może mieć zastosowanie również w akademickim życiu. Takim „jeźdźcem” może być zarówno początkujący w swoim fachu akademik, jak i taki, który już stosunkowo długo praktykuje, ale nie opanował jeszcze na tyle sztuki wspinania się po szczeblach akademickiego awansu, że w lepszym wariancie „drepcze w miejscu”, a w gorszym musi szukać innego miejsca zatrudnienia. W przypadku osób przygotowujących rozprawę doktorską takie następstwa może mieć zarówno podanie w wątpliwość naukowych kwalifikacji promotora i potencjalnych recenzentów, jak i pominięcie ich osiągnięć w wykazie bibliograficznym. Bywają promotorzy i recenzenci nie specjalnie wrażliwi na punkcie swojej naukowości, jednak są stosunkowo nieliczni. Wielu jest natomiast takich, którzy ocenę rozprawy doktorskiej zaczynają od sprawdzenia, jak są w niej reprezentowani. Niektórzy z kolei źle znoszą krytykę, która pojawia się w nawet mniej oficjalnych wystąpieniach doktorantów. Znam przypadek promotora, któremu „życzliwi” donieśli, że jego doktorant w prywatnych rozmowach wypowiada się o nim lekceważąco. Zapamiętał to sobie i później zwalczał delikwenta wytrwale, również wtedy, gdy ten był już profesorem tytularnym i zrobił nie tylko akademicką, ale i polityczną karierę. Na poziomie ubiegania się o stopień doktora habilitowanego wprawdzie nie ma już formalnie promotorów, ale są recenzenci i członkowie komisji habilitacyjnych, którzy mogą wyrządzić habilitantowi sporą przykrość. Znam przypadek habilitanta, który odważył się w swojej rozprawie pominąć milczeniem osiągnięcia naukowe jednego z członków komisji habilitacyjnej. Na szczęście jego głos nie był głosem większości, poczuł się jednak na tyle dotknięty, że zapowiedział, iż pojawi się na posiedzeniu rady dyscypliny naukowej, na którym rozpatrywana ma być sprawa nadania stopnia naukowego i przekona gremium do swojej negatywnej opinii. Ostatecznie jednak nie chciało się mu podróżować przez pół Polski ani wziąć zdalny udział w posiedzeniu.
Można oczywiście zapytać: a co z odwagą w podejmowaniu poważnych problemów i stawianiu śmiałych hipotez? Zdaniem Karla R. Poppera to one w największym stopniu przyczyniają się do postępów w nauce. Rzecz jasna pod warunkiem, że są możliwe do rozstrzygnięcia i podejmie się próby wyeliminowania tych w największym stopniu obciążonych błędami. Taka odwaga również się zdarza w różnych naukach, ale w niektórych częściej niż w innych. W naukach społecznych i humanistycznych łatwiej jest się narazić na śmieszność odważnymi, ale mocno wątpliwymi hipotezami niż w naukach ścisłych i przyrodniczych. Dotyczy to nie tylko początkujących uczonych, ale także doświadczonych, nawet o sporym uznaniu w środowisku akademickim. Przykładem może być chociażby Zygmunt Freud. Ten austriacki psycholog jest uznawany za „ojca założyciela” psychologii analitycznej. Jej podstawowe założenia przedstawił on w opublikowanej w 1901 r. książce pt. Psychopatologia życia codziennego. W jej świetle struktura psychiczna składa się z id, ego i superego. Istnieje w niej również libido, które zawiera zseksualizowane zasoby energii generujące erotyczne więzi oraz emocje (takie jak miłość i nienawiść, oraz poczucie winy). Do śmierci Freud utrzymywał, że „psychoanaliza jest częścią psychologicznej nauki o umyśle” i „ma specjalne prawo do tego, aby stanąć w obronie naukowego światopoglądu”. Natomiast Adolf Grünbaum w książce pt. Podstawy psychoanalizy twierdzi, że jest ona „egzegetycznym mitem «mylnego scjentycznego samorozumienia»”, a freudowska teoria kliniczna to „pasożytujące na nauce filozoficzne spekulacje”. Krytycznie opiniuje ją również australijski psycholog Malcolm Macmillan. W książce pt. Freud oceniony stwierdza, że „metoda Freuda nie jest w stanie dostarczyć obiektywnych danych dotyczących procesów psychicznych ani też nie ma potencjalnych wartości dla tych, którzy chcieliby przekształcić psychoanalizę w możliwą do przyjęcia dyscyplinę historyczną lub humanistyczną”. Rzecz jasna, są również psycholodzy, którzy nie tylko uznają naukową wartość metody Freuda, ale także stosują ją w swojej klinicznej praktyce. Tak czy inaczej Freud to Freud i warto przynajmniej poważnie przeanalizować plusy i minusy przyjmowanych przez niego założeń oraz formułowanych na ich bazie hipotez.
Wielu jest też „jeźdźców bez głowy”, którzy mają odwagę nazywać siebie psychologami klinicznymi i pobierać za swe usługi spore pieniądze, a gdy trzeba naprawdę udzielić pomocy, to na nic się nie przydaje ich akademicki dyplom. W swoim czasie głośna była sprawa poznańskiego seksuologa, który został postawiony przed sądem i skazany za molestowanie seksualne. Rzecz jasna nie oznacza to, że nie ma profesjonalnych seksuologów, którzy potrafią trafnie rozpoznać przyczyny problemów swoich pacjentów i zalecić im właściwą terapię.
Wprawdzie każdy rodzi się z głową, jednak niewielu ma głowę do zabezpieczenia się przed zagrożeniami życia i środowiskowego funkcjonowania. Na ogół do uzyskania takich zdolności potrzebna jest pomoc rodzicieli i opiekunów. W akademickim życiu taką rolę pełnią m.in. promotorzy rozpraw magisterskich i doktorskich. Trzeba jednak umieć wybrać takich, którzy zechcą się nami zaopiekować, a przy tym potrafią bardziej pomóc niż zaszkodzić. Zdarzają się bowiem nadopiekuńczy promotorzy, którzy widząc nieporadność swoich podopiecznych, rozwiązują za nich problemy badawcze i wspaniałomyślnie pozwalają im podpisać się pod rozprawami. Są jednak również promotorzy o wysokich wymaganiach, a jeśli podopieczni ich nie spełniają, to muszą szukać sobie innego opiekuna. Muszą to jednak robić z głową. Rzecz jasna, takie „główkowanie” nie kończy się na doktoracie. Na poziomie rozprawy habilitacyjnej jest nawet trudniejsze, bowiem trzeba się liczyć z większą i bardziej zróżnicowaną liczbą opiniodawców. Dla chcącego to jednak nic trudnego. Byłem opiniodawcą rozprawy habilitacyjnej, która nie budziła u mnie szczególnego zachwytu, jednak habilitantka miała taką profesorską „obstawę”, że komisja uznała jej osiągnięcie za wybitne i przegłosowała zgłoszenie go do nagrody rektorskiej. Z całą pewnością nie da się powiedzieć o tej habilitantce, że była „jeźdźcem bez głowy”.
Do niemal sztuki można zaliczyć takie „główkowanie”, które ma doprowadzić do uzyskania profesorskiego tytułu. Problem nie w spełnieniu ustawowych wymogów, bo są one na tyle ogólne, że mogą być różnie interpretowane i „naginane” do potrzeb i możliwości kandydatów. Jednak te same zapisy mogą być także różnie interpretowane przez opiniodawców, którzy takie wymagania, jak „znaczący wkład do danej dyscypliny lub dziedziny”, czy międzynarodowa współpraca naukowa, mogą rozumieć dosłownie i nie przymykać oczu na przeglądową prezentację osiągnięć innych uczonych czy turystyczną wędrówkę po zagranicznych ośrodkach akademickich. Mówię to jako osoba, która niejednokrotnie występowała w roli opiniodawcy wniosków o nadanie profesorskiego tytułu i uznała niektóre za niemające uzasadnienia w naukowym dorobku. Przypuszczam, że niejeden z kandydatów „główkował”, jak w tej procedurze nie trafić na mnie. Już we wcześniejszym sposobie wyłaniania opiniodawców było to trudne, bowiem obowiązywało kryterium kompetencji. Jeszcze trudniejsze zdaje się być obecnie, nie tylko dlatego, że liczba opiniodawców jest większa (poprzednio musiało być ich co najmniej czterech, teraz co najmniej pięciu), lecz także dlatego, że żaden z nich nie może być z tej samej akademickiej instytucji co pretendent do tytułu, a losowani są spośród 15 kandydatów na recenzentów.
Na pytanie, co można zrobić, aby pokonać te trudności, moja odpowiedź jest prosta: trzeba mieć osiągnięcia trudne do zakwestionowania nawet przez najbardziej wymagających opiniodawców. Rzecz jasna, łatwiej to powiedzieć, niż zrobić. Przekonuje o tym stosunkowo zaawansowany wiek osób uzyskujących tytuł profesora. Wyjątkiem są nauki medyczne i nauki o zdrowiu. Nie dlatego, że są one szczególnie bogate w naukowe talenty. Sądzę natomiast, że wypracowano tam sposoby w miarę szybkiego pokonywania przeszkód na drodze do tytułu, które nie są rozpowszechnione w innych dyscyplinach. Nie chciałbym oczywiście obrażać medyków. Powiem jednak, że moja znajoma, która jest profesorem w uniwersytecie medycznym, twierdzi, że nie do pomyślenia jest w nim awans osoby, która pominie w swoich publikacjach nazwisko przełożonych. Na mojej byłej uczelni (UAM) wprawdzie o takiej praktyce słyszałem, ale raczej były to rzadkie przypadki. Ten, który jest mi znany, pominę milczeniem, bowiem osobom zmarłym nie wypada wypominać grzechów.
Jest oczywiście wiele innych sposobów pozyskiwania przychylności osób decydujących o akademickim awansie. Do tradycyjnych należy ich cytowanie, bez względu na to, czy jest to merytorycznie uzasadnione (dlatego publikacje nieraz „puchną” od przywoływanych publikacji). Sprawdzonym sposobem są również komplementy wobec potencjalnych opiniodawców podczas spotkań naukowych. Kto ma odpowiednią „siłę przebicia” na uczelni, może postarać się też o przyznanie im jakiegoś wyróżnienia (najlepiej honorowego doktoratu). Kto natomiast dysponuje jedynie środkami finansowymi, może zorganizować spotkanie (pod nazwą konferencji naukowej) z odpowiednią „oprawą” gastronomiczną. Kto z kolei ma rozbudowaną sieć kontaktów towarzyskich, może wykorzystać wspólnych znajomych. Nie twierdzę, że wszystkie te sposoby są często wykorzystywane. Twierdzę natomiast, że w środowisku akademickim najlepiej jest urodzić się profesorem, a jeśli to niemożliwe, najlepiej wziąć się w stosunkowo młodym wieku do intensywnej pracy badawczej i wytrwać w niej do emerytury lub nawet dłużej (nie przejmując się przy tym nieprzychylnymi komentarzami).
Od polityków, pytanych, czy nie boją się postępowania prokuratorskiego, można czasami usłyszeć, że boją się tylko Boga i żony. Wprawdzie co bardziej dociekliwi dziennikarze śledczy mogliby wykazać, że nawet te słowa bywają bez pokrycia. Jest jednak coś z odwagi w składaniu takich deklaracji (zwłaszcza gdy dotyczy to polityków z tzw. drugiego szeregu). Czy to samo można powiedzieć o akademikach? Nie sądzę. Po pierwsze dlatego, że spora ich część nie bardzo wierzy w boską sprawiedliwość, a po drugie dlatego, że jeszcze większa ich część chciałaby sprawiedliwości „tu i teraz”, rzecz jasna pod warunkiem, że byłaby ona po ich stronie. Czy tym oczekiwaniom jest w stanie sprostać władza polityczna? Zapewne łatwiej to przychodzi tym, którzy dobrze rozumieją potrzeby środowiska akademickiego. Można również poważnie się zastanowić nad możliwością spełnienia oczekiwań społeczności uczelnianej przez władze rektorskie. Wprawdzie nie minął nawet rok od wyborów, jednak już dzisiaj można powiedzieć, że z problemami swoich uczelni radzą sobie lepiej lub gorzej, o czym świadczą m.in. nagłaśniane w mediach problemy finansowe i kadrowe. Nie chciałbym jednak wchodzić ani w rolę prokuratorów, ani dziennikarzy tropiących plagiatorów i działania uczelnianych organów wobec nich. Problemy te są jednak jak najbardziej realne i trzeba o nich otwarcie mówić.
Wróć