logo
FA 3/2025 życie akademickie

Marek Misiak

Polacy nie gęsi

Polacy nie gęsi 1

Rys. Sławomir Makal

Opinie, że każdy artykuł i każdą książkę na każdy temat można napisać po angielsku lub przełożyć na ten język bez strat w walorach tekstu może albo ktoś, kto ma do czynienia wyłącznie z publikacjami z obszaru szeroko rozumianych nauk ścisłych, przyrodniczych, medycznych czy inżynierskich, albo ktoś, komu wydaje się, że zawsze i w każdej sytuacji możliwy jest stuprocentowo wierny przekład 1:1. To prawda, że każdy tekst można przełożyć, ale w rezultacie może on stracić na jasności i nie będzie to wynik ograniczonych kompetencji autora czy tłumacza.

W dyskusjach na temat metod ewaluacji i tworzenia rankingów czasopism naukowych regularnie pojawia się pytanie, czy publikowanie po angielsku ma być oceniane wyżej zawsze, czy w zależności od dziedziny, czy też nie powinno to być istotne kryterium. Jedni argumentują, że jeśli polscy badacze chcą uczestniczyć w globalnym życiu naukowym – obojętnie, czym się zajmują – powinni pisać artykuły wyłącznie po angielsku; po drugiej stronie zdarza się argumentacja patriotyczna (pod którą czasem pobłyskuje przekonanie, że tak naprawdę żadnej „zagranicy” nie potrzebujemy i stworzymy sobie własny obieg naukowy), ale i spostrzeżenia świadczące o znajomości konkretnych środowisk i próbie odpowiedzi na ich potrzeby. Na to pytanie nie ma jednej, autorytatywnej odpowiedzi, która w takim samym stopniu odnosiłaby się do odmiennych dyscyplin. Warto natomiast mieć na uwadze, że w każdej epoce istniał jakiś międzynarodowy język, w którym komunikowały się elity – polityczne, artystyczne czy właśnie naukowe – mówiące na co dzień w różnych językach.

Sam redaguję dwa czasopisma czysto anglojęzyczne, a polskojęzycznymi tekstami naukowymi zajmuję się po godzinach. Kilka razy jednak byłem pytany, dlaczego powyższe dwa periodyki nie przyjmują prac po polsku. Ponieważ jeden z nich poświęcony jest medycynie, moi rozmówcy argumentowali, że wielu lekarzy – zwłaszcza starszych (nie podali tu żadnego „punktu odcięcia”, więc nie wiem, co rozumieli przez „starszych”) lub po prostu praktyków, a nie badaczy – woli poszerzać wiedzę i kompetencje w ojczystym języku, w którym czują się pewniej. To argument ważki i odnoszący się nie tylko do medycyny, zatem chciałbym podkreślić, że w moich oczach do pewnego stopnia osoby te miały rację. Nie jestem też w żadnym razie dogmatycznym zwolennikiem publikowania wyłącznie po angielsku. Przytoczę argumenty, których wówczas użyłem, nie pretenduję do całościowego ujęcia zagadnienia; po prostu mam nadzieję, że kogoś z czytelników mogą one zainspirować.

Po pierwsze, takie czasopisma w wielu dziedzinach wciąż istnieją, choć rzeczywiście trzeba przyznać, że dotyczy to głównie innych języków o dużej liczbie mówiących i mocnej pozycji przynajmniej na jakimś obszarze. Nadal zdarza się, że istotne prace naukowe ukazują się (przynajmniej pierwotnie) po francusku, hiszpańsku, portugalsku, rosyjsku, turecku, chińsku czy japońsku. Jednak tylko nieliczne z takich periodyków osiągają poziom rozpoznawalności i wpływu porównywalny z renomowanymi czasopismami anglojęzycznymi. To jeden z powodów, dla których ocenie wskaźników bibliometrycznych powinna towarzyszyć ocena ekspercka – tylko specjalista będzie wiedział, czy w przypadku danego tytułu nieanglojęzyczność lub kilkujęzyczność to wada, czy po prostu cecha.

Po drugie, jeśli dany tytuł ma ambicję bycia czasopismem autentycznie międzynarodowym, to – jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – właściwie nie ma wyboru. Można oczywiście prowadzić periodyk dwujęzyczny, ale – z czego chyba mało kto zdaje sobie sprawę – wyraźnie utrudnia to pracę redakcji, gdyż część manuskryptów można wysyłać tylko do niektórych recenzentów (i w ogóle muszą one krążyć tylko wśród osób znających dany język). Ponadto przy aplikowaniu do niektórych ogólnoświatowych baz artykułów i czasopism fakt publikowania wyłącznie po angielsku (a nie np. tylko z abstraktami w tym języku) może mieć znaczenie. Rolą periodyku naukowego jest w pierwszej kolejności rozpowszechnianie wysokiej jakości wiedzy, ale osiągnięcie odpowiedniej pozycji wśród innych czasopism (także mierzonej wskaźnikami bibliometrycznymi) też ma znaczenie, a kwestie te są wzajemnie powiązane: czasopismo o wyższej pozycji cieszy się większym zainteresowaniem i jest w stanie skuteczniej docierać do większej liczby czytelników. Może się zatem okazać, że długofalowo dla autorów korzystniej jest jednak publikować po angielsku.

Po trzecie, w argumentacji moich rozmówców można było wyczuć, że tak naprawdę chodzi im o publikacje nie tyle stricte naukowe, co będące formą pośrednią między periodykami naukowymi a popularyzacją, przekazujące wiedzę już w nieco skondensowanej formie (opracowania zamiast prac oryginalnych), ale skierowane do fachowców w danej dziedzinie, a nie szerszej publiczności. Istnieją takie czasopisma i serwisy (np. dla lekarzy, ale nie tylko) i rzecz jasna powinny ukazywać się także w językach narodowych (i w niektórych z nich mogą publikować także autorzy z zewnątrz). Jednak pełnią one inną rolę niż typowy periodyk naukowy, zwłaszcza o dość wąskiej tematyce.

Po czwarte, artykuły (a nawet całe książki) na wiele tematów z obszaru STEM (science, technology, engineering, mathematics) nie są tak naprawdę po polsku, nawet jeśli są po polsku. W wielu dziedzinach od dawna prawie nie wprowadza się już polskojęzycznej terminologii (i podobnie jest w wielu innych językach). Gdy redaguję np. artykuły medyczne w ojczystym języku, mam często wrażenie, że ich tekst to specyficzny polsko-angielski miks. W strukturach polskiej składni umieszczane są terminy, pojęcia i inne sformułowania albo zapożyczone bez zmian z angielszczyzny, albo co najwyżej zapisane fonetycznie (np. skrining) lub w inny sposób powierzchownie jedynie spolszczone. Nie jest to jednak w żadnym razie wynikiem niedostatku kompetencji po stronie autorów, inaczej się nie da, jeśli praca ma spełniać wymogi języka naukowego, czyli być jasna i jednoznaczna. Z pewnością wielu czytelników zna domorosłych purystów (co charakterystyczne, często nie są to filologowie), którzy za każdym razem, gdy padnie jakiś jawnie obcojęzyczny termin, zżymają się i dopytują, czy nie ma na to polskiego określenia. Do lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych takie pytanie miało jeszcze często sens, gdyż w wielu krajach spontanicznie lub planowo starano się dbać o narodowy język nauki (w taki sposób np. w I połowie XIX wieku powstała podstawowa polska terminologia matematyczna, fizyczna i chemiczna). Dziś jednak również ja – bywa że ku świętemu oburzeniu purystów – muszę odpowiedzieć, że nie, nie ma. Często podczas lektury takich polskojęzycznych tekstów przyłapuję się na myśli, że wolałbym, by były one napisane po angielsku, byłyby wówczas spójniejsze stylistycznie i płynniejsze w lekturze. Zdarzają się także badacze, którzy od początku kariery w nauce publikowali wyłącznie lub prawie wyłącznie po angielsku i choć polszczyzna jest ich językiem ojczystym, komunikowanie naukowe po polsku jest dla nich bardzo trudne, czytają fachowe źródła tylko po angielsku i w zastosowaniach profesjonalnych, przynajmniej w piśmie, angielszczyzna jest z ich punktu widzenia naturalniejsza. Można rzecz jasna ubolewać w tym kontekście nad „upadkiem mowy ojczystej”, ale nie podzielam tak pesymistycznej perspektywy. Nauka to ważny obszar komunikacji, ale niejedyny. Zapewniam lingwistycznych katastrofistów, że na innych polach (np. zarówno w życiu codziennym, jak i w literaturze) polszczyzna pozostaje językiem żywym, giętkim i nieustannie rozwijającym się (bez względu na to, jak bardzo razić mogą niektóre kierunki tego rozwoju).

Po piąte… Tego argumentu nigdy nie używam w rozmowach. Norwid napisał, że śpiącego nie da się obudzić grzecznie, a tej opinii nie jestem w stanie sformułować tak, aby w uszach niektórych słuchaczy nie zabrzmiała ona obcesowo (a nie taka jest moja intencja). W mojej pracy regularnie stykam się z badaczami – przede wszystkim z Dalekiego i Bliskiego Wschodu, ale trafiają się także Europejczycy – którzy wyraźnie znają angielski bardzo słabo, ale nie przeszkadza im to w usilnych próbach uczestniczenia w globalnej nauce poprzez publikowanie artykułów naukowych. Korzystając z pomocy kompetentniejszych pod tym względem kolegów, wyspecjalizowanych firm i instytucji lub dostępnego im oprogramowania (w tym opartego na sztucznej inteligencji), udaje im się często stworzyć pracę na akceptowalnym poziomie językowym, ale korespondencja z nimi czy korekta autorska, gdy już muszą radzić sobie sami, to mordęga. Nierzadko nie rozumieją i/lub odpisują w niezrozumiały sposób, a jeśli dzwonią, nie sposób nazwać tego, co następuje, rozmową.

Dlatego, nie mogąc obudzić grzecznie, muszę sformułować to wprost. Być może już niedługo AI umożliwi nam funkcjonowanie w globalnym obiegu naukowym, zarówno tworzenie artykułów czy nawet całych książek, jak i komunikowanie się (z innymi naukowcami, redaktorami itp.) za pomocą narzędzi, które uczynią znajomość języków obcych całkowicie zbędną (i być może będę musiał wówczas poszukać innej pracy). Jednak zanim to nastąpi, nie tylko badacze, ale i specjaliści w większości dziedzin nie uciekną przed koniecznością znajomości języka międzynarodowej komunikacji naukowej, czyli angielskiego, i to znajomości w stopniu umożliwiającym i czytanie z pełnym zrozumieniem, i samodzielne pisanie. Realizacja potrzeb danego środowiska nie może przeradzać się w tworzenie protez czy różnego typu bocznych obiegów nauki, gdyż to zawsze będzie półśrodek i zawsze może się okazać, że ma jednak jakieś negatywne skutki, zamyka jakieś drzwi, czegoś pozbawia, od czegoś odcina.

Wspomniałem, że nie mogę stanąć w jednym szeregu ze zwolennikami bezwzględnego przejścia tylko na angielski także z uwagi na moje doświadczenia zawodowe. Regularnie tłumaczę na angielski lub z angielskiego prace naukowe z różnych obszarów humanistyki i uważam, że nie wszystko da się równie dobrze wyrazić w innym języku. Opinie, że każdy artykuł i każdą książkę na każdy temat można napisać po angielsku lub przełożyć na ten język bez strat w walorach tekstu może albo ktoś, kto ma do czynienia wyłącznie z publikacjami z obszaru szeroko rozumianych nauk ścisłych, przyrodniczych, medycznych czy inżynierskich, albo ktoś, komu wydaje się, że zawsze i w każdej sytuacji możliwy jest stuprocentowo wierny przekład 1:1. To prawda, że każdy tekst można przełożyć, ale w rezultacie może on stracić na jasności i nie będzie to wynik ograniczonych kompetencji autora czy tłumacza.

Dla przykładu: w niektórych obszarach historii danego kraju czy narodu albo w niektórych kulturach mogą być stosowane pojęcia, które nie mają po angielsku dokładnych odpowiedników, a które są kluczowe dla zrozumienia danego zagadnienia. W wielu dziedzinach humanistyki cała terminologia lub lwia jej część są przekładalne, ale są takie pola (najczęściej nie całe nauki, a konkretna tematyka), gdzie nie jest to możliwe. Jeśli praca jest skierowana do zagranicznego odbiorcy, wyjaśnia się na ogół (na ile to możliwe) takie kwestie np. w przypisach, ale to też jest tylko pewne przybliżenie. Warto byłoby jednak wziąć pod uwagę, że istnieją zagadnienia, które – także ze względu na barierę językową – mogą interesować głównie badaczy z danego kręgu kulturowego lub na tyle zainteresowanych daną problematyką, że znających w wystarczającym stopniu odpowiedni język.

Innym dobrym przykładem są prace literaturoznawcze, które mogą dotyczyć tekstów literackich nigdy nieprzełożonych na angielski, a nie można oczekiwać (a z takimi pomysłami także się zetknąłem), że w każdym takim przypadku autor będzie tłumaczył wszystkie cytowane fragmenty. Przekład literacki to coś zupełnie innego niż przekład artykułów i książek naukowych, także z zakresu humanistyki. W nauce o literaturze spotyka się przekłady fragmentów zwane roboczymi lub własnymi (funkcjonują także inne określenia), ale różnica między nimi a tłumaczeniem literackim polega na tym, że nie mają one na celu translacji walorów artystycznych dzieła, a jedynie jego treści. Anglojęzyczny artykuł naukowy poświęcony analizie np. niedostępnego po angielsku wiersza byłby w takiej sytuacji znacząco uboższy treściowo od wersji polskiej, czytelnik nie miałby szansy dowiedzieć się, co właściwie tak zachwycało lub nadal zachwyca czytelników w analizowanym utworze.

Dostępne online narzędzia tłumaczące lub wspomagające tłumaczenie, nawet te darmowe, rozwijają się w takim tempie, że zapewne już za jakiś czas ten artykuł będzie można czytać jako komunikat z zamierzchłej epoki. Nie potrafię przewidzieć, czy w przyszłości znajomość języków obcych (a przynajmniej angielskiego) nadal będzie niezbędna szerokim rzeszom, być może będą się ich uczyć tylko hobbyści (którym samo poznawanie obcej mowy sprawia przyjemność) oraz osoby, które z racji specyficznej pracy czy zainteresowań mimo wszystko będą musiały mieć angielski (czy może chiński) w głowie, a nie tylko w smartfonie. Jednak nawet wtedy warto nie obdarzać ciągów zer i jedynek stuprocentowym zaufaniem, ponieważ przy przekładzie z jednego języka naturalnego na inny relacja 1:1, zawsze to samo za to samo, po prostu nie jest możliwa z uwagi na naturę każdego żywego języka (i nie tylko żywego, dotyczy to też języków martwych, np. łaciny). Elektronika zawsze może nieumyślnie coś przekłamać, coś, co może okazać się istotne. Być może zatem każdy badacz będzie pisał artykuły w swoim ojczystym języku, a inni będą obcować z ich automatycznymi tłumaczeniami, ale nie mam pewności, czy będziemy się (globalnie patrząc) rozumieli lepiej, niż gdy pisaliśmy w tym samym języku, który jedni znali lepiej, a inni gorzej.

Wróć