Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Jakiś czas temu wypowiadałem się polemicznie na łamach FA o powadze uczonego. Warto byłoby również podyskutować o tych żartach, które są udziałem profesorów, bo przecież przynajmniej niektórzy z nich mają takie poczucie humoru, że to, co opowiadają o innych akademikach może być zabawne także dla ich bliższego i dalszego otoczenia. Problem w tym, że niekoniecznie musi to śmieszyć ofiary tych żartów. Sporo jednak zależy od tego, czy są to tzw. grube, czy też subtelne żarty.
Podział na żarty grube i subtelne nie jest wprawdzie uniwersalny, jednak od dosyć dawna stosowany. Rzecz jasna miary ich grubości i subtelności mogą być różne. Odwołam się do tradycji żartowania filozofów z filozofów oraz z ich otoczenia. W świetle Żywotów i poglądów słynnych filozofów Diogenesa Laertiosa jedną z najbarwniejszych postaci czasów starożytnych był Sokrates. U jednych jego zachowanie budziło uznanie, natomiast innym dawało okazję do grubych żartów, takich np. jakie pojawiają się w komedii Arystofanesa pt. Chmury. Sokrates przedstawiany jest w niej jako osoba, która „wyniośle kroczy po ulicach Aten”, ale ubrany jest w łachmany niegodne przyzwoitego obywatela. Z przekazu Diogenesa Laertiosa można się również dowiedzieć o poczuciu humoru tego filozofa. „Kiedy razu pewnego Ksantypa naprzód mu nawymyślała, a potem wylała mu na głowę kubeł wody, oświadczył: «Czy nie mówiłem, że kiedy Ksantypa grzmi, to potem lunie deszcz?»”. Niektórzy solidaryzowali się z Sokratesem, inni zaś z jego kłótliwą żoną. Należał do nich m.in. niemiecki filozof F. Nietzsche. Jego zdaniem, oburzenie Ksantypy było jak najbardziej na miejscu. Sokrates bowiem zamiast wykonywać wyuczony zawód kamieniarza, włóczył się po ulicach Aten i nagabywał młodzież swoim kwestionowaniem wiary w istnienie wielu bogów i ich moce sprawcze. Można oczywiście poważnie się zastanawiać, czy to był żart. Bo jeśli tak, to jednak dosyć gruby.
W okresie, w którym filozofia stała się „służką” teologii, filozofowie raczej z tej drugiej nie żartowli, a jeśli już to na tyle ostrożnie, by nie podpaść kościelnym cenzorom. Zaczęło się to zmieniać pod koniec XV i na początku XVI wieku. Potwierdzeniem tego jest m.in. Pochwała głupoty Erazma z Rotterdamu. Już tytuł dzieła jest sarkastycznym żartem, nie tylko zresztą z ówczesnych akademików, ale ze wszystkich, którzy „trąbili” o swojej chwale, a byli wcieleniami głupoty. W tym gronie są zarówno stoicy („ci to niemal za bogów się uważają”), jak i pitagorejczycy (wymyślili jakąś tajemniczą „kwarternię”, która tłumaczyć ma źródło wszelkiego życia). Nie brakuje wśród nich również medyków („w tym zawodzie – im kto większym nieukiem, im kto bezczelniejszy, tym bardziej go cenią”), „prawniczych krętaczy” i „będących pośmiewiskiem astrologów”. Lista ta jest daleka od kompletności. Już jednak na jej podstawie można powiedzieć, że raczej nie skłaniała ona do śmiechu tych, z którymi Erazm się spotykał, wykładając m.in. na uniwersytetach w Louvain i w Oxfordzie. Jego dzieło spotkało się jednak ze sporym uznaniem m.in. w środowiskach libertyńskich (wolnomyślicielskich). J.S. Spink w swoim studium na temat Libertynizmu francuskiego stwierdza, że „akademicki libertyn to jednocześnie uczony, erudyta i człowiek, którego ogarnęła w pełni libido sciendi (żądza wiedzenia)”. W czym się to wyrażało? Odpowiedzi na to pytanie udzielił m.in. oburzony jego żartami jezuita F. Garasse – w jej świetle, libertyn „mówiąc o ceremoniach i tradycjach kościelnych, objawieniu, duchach itp. szydzi, iż zaśmiecają one religię. (…) By ośmieszyć jakąś ideę, gotów jest ukuć powiedzenie złośliwe i profanujące rzeczy święte, na przykład, by określić czyjś nierówny chód, mówi, że człowiek ten chodzi jak pies, który dopiero co powrócił z nieszporów”.
W XIX stuleciu w środowiskach kościelnych za taką profanację uznano teorię ewolucji gatunków Karola Darwina. Uczony ten raczej nie należał do akademickich wojowników gotowych do otwartej konfrontacji ze zwolennikami boskiego kreacjonizmu. Chętnie wyręczał go w tym jego uczeń Thomas Huxley, nazywany „buldogiem Darwina”. M. White i J. Gribbin w biografii Darwina przywołują konfrontację między zwolennikami i przeciwnikami teorii ewolucji, która miała miejsce w Oksfordzie 30 czerwca 1860 r. na „sławetnym zebraniu Brytyjskiego Stowarzyszenia Popierania Nauki”. Przeciwników reprezentował biskup Oksfordu Samuel Wilberforce, natomiast zwolenników – Huxley. Ten pierwszy zwrócił się do tego drugiego z pytaniem: czy jego „małpi przodkowie występują po stronie jego dziadka, czy babki? W odpowiedzi usłyszał: «Wcale bym się nie wstydził takiego pochodzenia. Jednak poczytywałbym sobie za ujmę, gdybym wywodził się od kogoś, kto sprostytuował dar kultury i elokwencji w służbie przesądu i fałszu»”. Można oczywiście dyskutować, czy są to grube żarty, a nawet, czy są to żarty w ogóle. Zdaniem przywoływanych biografów „Wilberfoce żartował, próbując zapobiec nieprzyjemnej scenie”. Jeśli nawet, to wieści o tym spotkaniu „rozeszły się szeroko wśród społeczności intelektualistów”, a Darwin i jego zwolennicy „święcili triumfy”.
Wprawdzie ta kategoria żartów jest równie wieloznaczna jak poprzednia, jednak można podać więcej przykładów na jej zilustrowanie. Również w tym przypadku odwołamy się do Sokratesa. Zdaniem niemieckiego filozofa Georga W.F. Hegla istotą metody Sokratesa dochodzenia do prawdy była ironia, wyrażająca się w największym skrócie w jego stwierdzeniu: „Wiem, że nic nie wiem”. „Chciał on w ten sposób sprawić, by inni wypowiedzieli się i przedstawili swoje zasady. I z każdego określonego twierdzenia albo jego rozwinięcia wydobywał przeciwieństwo tego, co twierdzenie to wyrażało; tzn. nie występuje on przeciwko owemu twierdzeniu czy też definicji, lecz przyjmuje to określenie i wykazuje w sposób immanentny, że zawarte jest w nim przeciwieństwo jego samego”. Jeśli komuś to wyjaśnienie wydaje się mętne, to co mają powiedzieć czytelnicy dzieł przywoływanego niemieckiego filozofa (zdaniem K.R. Poppera był on swoistym „mistrzem” mętnych wypowiedzi). Dużo prościej wygląda to jednak w filozoficznych dialogach przypisywanych Sokratesowi (ale napisanych przez jego najbliższego ucznia Platona). W każdym z nich postawienie przez Sokratesa pytań poprzedzone jest nakreśleniem okoliczności, które stanowią dla nich uzasadnienie. Rola mistrza i nauczyciela przypada w nich Sokratesowi, natomiast uczniów tym, którzy chcą słuchać jego pytań i próbują udzielić na nie odpowiedzi. Z nieporadności jednych Sokrates żartuje, ale nie pozostawia ich bez intelektualnego wsparcia. Są jednak również tacy, którzy uważają się za lepszych od niego. Nauczyciel i z tymi rozprawia się bez ceremonii siłą argumentów. Do tego grona należą m.in. sofiści Protagoras i Gorgiasz. Jeśli żartem jest „przyparcie ich do muru”, że „nie potrafią oni już ani przytakiwać, ani też zaprzeczać”, to jest to jednak dosyć subtelny żart. Dla takiego filozofa jak Sokrates żartem nie było jednak przekształcenie sofistyki w erystykę, tj. w sztukę nadawania fałszom pozorów prawdy.
W czasach nowożytnych nie tylko upowszechniła się sztuka druku, ale także udoskonaliła się sztuka epistolarna. Widoczne to jest m.in. w listach pisanych przez uczonych do uczonych lub osób zainteresowanych ich osiągnięciami. W listach tych można znaleźć przykłady subtelnej krytyki, która wymagała od adresatów gotowości do zrewidowania swoich poglądów, a przynajmniej umiejętności rozróżniania żartów od wypowiedzi serio. Przykładem może być napisany przez R. Descartesa List do Najuczeńszych i Przesławnych Mężów: Dziekanów i Doktorów Świętego fakultetu paryskiej teologii, stanowiący swoisty załącznik do jego Medytacji o pierwszej filozofii. Są oni, co prawda, „Najuczeńsi i Przesławni”, a „nazwa Sorbony cieszy się tak wielkim autorytetem”, to jednak mogą się czegoś mądrego nauczyć z jego dzieła, jeśli oczywiście tylko „raczą się nim zająć”. Ci Uczeni Mężowie faktycznie zajęli się dziełem Kartezjusza i przedstawili swoje Zarzuty pierwsze do Medytacji. Z udzielonych na nie przez Descartesa odpowiedzi jasno wynika, że albo jego dzieła nie zrozumieli, albo zrozumieli je opacznie, chociażby w kwestii przedstawienie niemocy Boga i mocy ludzkiego umysłu (owego medytującego „ego cogito”). Rzecz jasna, myśl kartezjańska nie była pozbawiona istotnych słabości. Wskazywali na nie również autorzy pozostałych sześciu Zarzutów Uczonych Mężów do Medytacji. Descartes żadnego z nich nie uznał za trafny, a w Liście do Ojca Dinteta stwierdził, że po zapoznaniu się z niektórymi z nich „zupełnie osłupiał i pojął, że nie powinien mieć zgoła innego poglądu (…), ponieważ w owych nielicznych Medytacjach, które ogłosił zawierają się wszystkie zasady filozofii”.
Takie podejście skłoniło wielu późniejszych filozofów nie tylko do zakwestionowania racjonalności kartezjanizmu, ale także każdej filozofii, która aspiruje do bycia prawdą obiektywną. Jednym z nich był amerykański filozof (profesor m.in. uniwersytetów Princeton i Stanforda) Richard McKay Rorty (zm. w 2007 r.). W książce pt. Contingency, Irony, and Solidarity określił siebie jako ironistę, dla którego nic nie jest święte. Ma jednak jedno wielkie zmartwienie, tj. aby „pewnego dnia jego odlegli potomkowie żyli w globalnej cywilizacji, w której miłość jest w zasadzie jedynym prawem”. Wszystkie inne „uniwersalne” pretensje i oczekiwania należy całkowicie porzucić. W swojej Autobiografii intelektualnej napisał, że po opublikowaniu Contingency… „często pytano go czy wciąż jeszcze jest filozofem. Moja odpowiedź brzmi: «Pewnie. Jak inaczej mógłbym siebie nazywać? Przeczytałem za mało książek spoza filozofii, aby określać się mianem przedstawiciela jakiejkolwiek innej dyscypliny». Jestem również pytany, czy nadal jestem filozofem analitycznym, na co odpowiadam: «Tylko we wtorki i w czwartki» – z uwagi na fakt, iż ciągle pracuję nad obydwoma typami zagadnień, które wyróżniłem wcześniej”. Z kolei w odpowiedzi na pytanie: „czy filozofia analityczna wygaśnie, czy też «wygra»?”, stwierdził: „Nie mam pojęcia, jaka jest odpowiedź, jednak nie sądzę, aby pytanie było szczególnie istotne”. Takie subtelne żarty nie przypadły do gustu amerykańskim filozofom analitycznym, którzy cieszyli się sporym uznaniem m.in. w takich ośrodkach akademickich, jak Uniwersytet Virginia (w l. 1982-1998 Rorty był w nim zatrudniony na stanowisku profesora nauk humanistycznych). W swojej Autobiografii wspomina, że jego Contingency… spotkała się z ich strony „z druzgocącą krytyką”.
Interesujących ironistów można znaleźć również na polskim „podwórku”. Jednym z nich był filozof i teolog (profesor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie) Józef Tischner (zm. w 2000 r.). Swoje liczne publikacje podpisywał pseudonimami Wawrzek Chowaniec, Molinista, Józek Szkolny czy Jegomość Józek. W każdym z nich można znaleźć element autoironii związanej m.in. z tym, że chłopak z Łopusznej (wioski w powiecie nowotarskim) nie tylko został akademickim profesorem, ale także jednym z bliskich przyjaciół papieża Jana Pawła II. Spory rozgłos zyskała jego teoria prawdy: „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. Jakby nie patrzeć, jest to jednak dosyć gruby żart. Znacznie bardziej subtelne żarty pojawiają się w jego Historii filozofii po góralsku. Autor posługuje się w niej góralską gwarą i przedstawia „góralski” punkt widzenia na tę historię. W jego świetle: „Na pocątku wsędy byli górale, a dopiero potem porobili się Turcy i Zydzi. (…) Piersy mędrol nazwi się w książkach Tales, ale naprawdę nazywał się on Stasek Nędza nie z Miletu, ino z Pardałówki. Jego ociec chował owce i kupcył kóniami”. Trudno byłoby jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy są to grube, czy subtelne żarty. Nie ulega jednak wątpliwości, że śmieszą one tych, którzy potrafią zachować dystans nie tylko do filozofii, ale także do samych siebie. Rzecz jasna różnie były one odbierane. W książce pt. Ksiądz na manowcach Tischner wspomina, że „pozwolił sobie kiedyś na dowcip o samym sobie. Zapytany o to, czy bardziej czuje się księdzem czy filozofem, odpowiedział: «Najpierw czuję się człowiekiem, potem filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem». Wypowiedź ta wzbudziła protesty. Mówiono: «nie uchodzi»”.
Rzecz jasna nie jest tak, że do żartów zdolni są jedynie filozofowie. Jeśli głównie do nich się odwołuję, to dlatego, że tradycje filozoficzne są mi stosunkowo najlepiej znane i wydaje mi się, że jestem w stanie pojąć sens niektórych żartów. Nie upieram się przy tym, że filozofia jest taką samą nauką jak wiele innych. Twierdzę natomiast, że pewne formy żartowania filozofów z filozofów i z filozofii sprawiały, iż potrafili oni zachować dystans nie tylko do poglądów głoszonych przez innych, ale także własnych. Zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że filozofia posługująca się żartem sama może się nim stać.
Wróć