Jacek Hnidiuk

Książka Gontarskiego, jednego z najważniejszych i żyjących znawców twórczości Samuela Becketta, ma klarowny podział na dwa rozdziały: pierwszy dotyczy omówienia najistotniejszych dzieł, np. Czekając na Godota czy Eleutherii, zaś drugi zawiera w sobie pozostałą twórczość dramatyczną, która nie zyskała takiego rozgłosu ani w postaci dzieła pisanego, ani jego realizacji scenicznej. Rozdziały owe poprzedza wcale ciekawe i przydatne kalendarium najważniejszych faktów z biografii Becketta, m.in. o porzuceniu pracy w Trinity College i wyjeździe do Francji, gdzie spędził pół wieku, o znajomości z Jamesem Joyce’em, który wywarł istotny wpływ na jego pisarstwo. Beckett tak ukochał nową ojczyznę, że na wieść o wybuchu drugiej wojny światowej wrócił do Paryża i walczył we francuskim ruchu oporu. Gontarski wspomina także o sobie, że był dla Becketta spiritus movens do napisania jednego z drobniejszych dramatów Impromtu „Ohio”.
Beckett, rocznik 1906, zapewne najbardziej znany światu z dramatu o Godocie, pierwsze jego wystawienie na deskach teatru „zaliczył” w roku 1953 w Paryżu i sztuka ta spotkała się z bardzo mieszanymi opiniami. Zarzucano mu, że treść jest nudna, niezrozumiała i irytująca, co w zasadzie nie powinno dziwić, bo o ile widz tradycyjnie oczekuje, że na scenie coś będzie się działo, w jakiejkolwiek formie, to Czekając na Godota może być właśnie antytezą owego „dziania się”. Vivian Merciert, krytyk francuski, dosadnie skomentował w swej recenzji, że „nic się nie wydarza po dwakroć”. Kolejna próba teatralnej realizacji podjęta w 1956 w Miami Beach na Florydzie, a reklamowana jako tragikomedia, okazała się kompletną klapą, gdyż spragnieni łatwej i przyjemnej rozrywki letnicy oczekiwali zdecydowanie innego repertuaru. Stanley Gontarski ironizuje, że chyba najlepszymi odbiorcami tego dramatu byli w 1957 pensjonariusze słynnego więzienia o zaostrzonym rygorze w San Quentin (może stąd czerpał inspirację do koncertów Johnny Cash?), którym zaprezentowało inscenizację San Fransisco Actor’s Workshop. Osadzonym, podobnie jak dwójce głównych bohaterów, nieobce było oczekiwanie na jakąkolwiek zmianę własnego położenia. Swoją drogą coś jest na rzeczy z tymi więźniami. W 1985 roku szwedzki reżyser Jan Jönson zamierzał wystawić ową sztukę, z piątką osadzonych, na scenie Teatru Miejskiego w Göteborgu, jednakże tuż przed premierą czterech z pięciu „aktorów” uciekło przez okno w garderobie.
Oczywiście liczba czytelników Irlandczyka bez wątpienia zwiększyła się po przyznaniu mu Nagrody Nobla w 1969 (ujawnione w ostatnich latach dokumenty dowodzą, że w owym roku w ścisłej czwórce pretendentów był również Witold Gombrowicz), której nie odebrał osobiście, wysyłając po nią swego wydawcę Jérôme’a Lindona, zaś sam wyjechał do Tunezji, gdzie poświęcił fotoreporterom jedynie pięć minut w hallu hotelu. W ostatnim zdaniu wstępu Gontarski pisze, że „po śmierci uznano go za najbardziej innowacyjnego i wpływowego dramatopisarza stulecia”. Przyznać trzeba, że chwalebna to, a jednak i smutna konstatacja. Ostatnie dwie dekady życia Becketta to rozwój jego zainteresowań na polu reżyserii teatralnej. O ile na początku korzystał z zaproszeń bycia doradcą w inscenizacji własnych sztuk, o tyle później sam reżyserował, tworząc właściwie własny rodzaj teatru. Odnalazł również przyjemność w pisaniu radiowych scenariuszy i w samym radiu jako medium.
Nie ukrywam, że twórczość Becketta znana mi była dotąd (nie jestem zapewne osamotniony) jedynie z Czekając na Godota, ale książka Gontarskiego bez wątpienia stała się impulsem chociażby do odświeżenia, o ile nie poszerzenia wiedzy o spuściźnie irlandzkiego noblisty o kolejne jego dramaturgiczne pozycje. Beckett. Przewodnik ze swą monograficzną formułą może być idealnym résumé dla znawców tematu i dla czytelników, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z irlandzkim pisarzem, w czym bez wątpienia pomoże mnogość opisanych przez Gontarskiego dzieł.
Jacek Hnidiuk
Stanley E. GONTARSKI, Beckett. Przewodnik, tłum. Piotr Szymor, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2024.
Wróć