Marcelina Smużewska

Źródło: UW
Znana z licznych wystąpień medialnych i konsekwentnego upodobania do czerwonej szminki, Jadwiga Staniszkis nie chciała nigdy patrzeć na swoje życie z perspektywy chronologicznej. Uważała, że nic jej nie łączy z poprzednimi wersjami siebie. „To, co uważam za istotę własnej tożsamości, czyli ciągłość metody pozwalającej na wewnętrzną ultrastabilność, kruchą równowagę możliwą tylko dzięki ciągłym przekształceniom, odbywa się bowiem w znacznym stopniu poza kontrolą świadomości. Nie wyklucza to oczywiście elementów automanipulacji. To trochę jak aktywność złożonej maszyny, inteligentnego robota, którego konstrukcji i zasad funkcjonowania sama nie do końca rozumiem. Tym bardziej że przebudowa owej konstrukcji opartej na czterech filarach – intelektu, fizyczności, emocji i duchowości (tak określam ludzką zdolność wiary wbrew rozumowi i działania wbrew własnym interesom, wbrew instynktowi i emocjom) – zachodzi w sposób nieliniowy” (J.S. Ja. Próba rekonstrukcji. Warszawa: Prószyński i S-ka, s. 9.). Była przekonana o własnej sprawczości niemal w każdej sytuacji. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to historyczne zbiegi okoliczności (Marzec ’68, powstanie Solidarności, kolejne podróże i wybory w wolnej Polsce) w znacznej mierze wpłynęły na jej życiorys.
Jadwiga Maria Staniszkis przyszła na świat 26 kwietnia 1942 roku w Warszawie. Matką była Maria Staniszkis z domu Rzętkowska (1911–2004) – adwokat, radca prawny, członkini Obozu Narodowo-Radykalnego. Ojcem socjolożki był Witold Wincenty Staniszkis (1908–2008) – inżynier hydrotechnik, pracownik naukowy, także związany ze środowiskiem endeckim. Jadwiga miała dwóch braci i siostrę. Bezpośrednio po wojnie rodzina Staniszkisów mieszkała w Gdańsku, gdzie ojciec zatrudnił się w Biurze Odbudowy Portów. W 1948 roku trafił do więzienia, gdzie odbył kilkuletni wyrok za działalność przedwojenną. Dla młodej Jadwigi było to traumatyczne doświadczenie. Nikt dzieciom niczego nie tłumaczył. Zapewne dlatego, żeby nie powiedziały czegoś w szkole, co mogłoby mieć konsekwencje dla rodziny. Gdy zabrakło ojca, dzieci trafiły do Łodzi do domu stryja. Nie pozostały tam jednak długo, gdyż i ten został aresztowany. Na dłużej rodzina Staniszkisów przeprowadziła się do Poznania. Matka Jadwigi była nękana przez służby i zastraszana, ale nie trafiała do więzienia.
Już od najmłodszych lat Jadwiga była zdolną uczennicą. Jednak jako córka więźnia politycznego przez szkołę traktowana była nieufnie. Nie chciano jej w żadnej z młodzieżowych organizacji socjalistycznych. Dopiero w okolicach 1956 roku zaczęła zdawać sobie sprawę z natury systemu komunistycznego i jej potrzeba przynależności znacznie zmalała. Wraz z bratem obserwowała wydarzenia w Poznaniu. O nastawieniu ideologicznym rodziców powiedziała, że ich „późnoendecki sposób przeżywania świata był: zdroworozsądkowy, taki bezpośrednio dotykający materii życia, powiedzmy, co należy zrobić w danej sytuacji. Unikający rekonstrukcji typu teoretycznego, intelektualnego, ideologicznego…” (Cezary Michalski. 2010. Życie umysłowe i uczuciowe. Warszawa: Wydawnictwo Czerwone i Czarne, s. 19). Jadwiga natomiast myślała pojęciami, dostrzegała podobieństwo form, struktur i procesów. Zawsze trudno było jej się porozumieć z rodzicami. Zresztą z ludźmi w ogóle też. Przyszła socjolożka mówiła o sobie, że ma autyzm, który umożliwia jej oddzielenie się od własnych emocji i dokonywanie pogłębionych obserwacji ludzkich zachowań.
Na poziomie średnim Jadwiga Staniszkis uczyła się w surowej instytucji prowadzonej przez zakonnice. Na miejsce studiów wybrała więc Warszawę, po to by nie wracać do domu rodzinnego. Jak sama przyznawała, przeszkadzał jej tam swoisty braku luzu. W 1965 roku uzyskała magisterium w Sekcji Socjologicznej Wydziału Filozoficznego UW. Jej nauczycielami byli Stanisław i Maria Ossowscy (1897–1963, 1896–1974), Zygmunt Bauman (1925–2017), Maria Hirszowicz (1925–2007) oraz Julian Hochfeld (1911–1966), którego szczególnie ceniła, chociażby za to, że potrafił się przyznać, że się pomylił co do natury komunizmu nad Wisłą. Zaledwie w wieku osiemnastu lat Staniszkis opublikowała swój pierwszy tekst naukowy pt. Spór o istnienie elit władzy między Millsem a Dahlem. Artykuł ukazał się w „Studiach Socjologiczno-Politycznych”. W tym okresie swojego życia spędzała najwięcej czasu ze starszymi kolegami, np. z Jakubem Karpińskim (1940–2003) i Markiem Lewickim, który później został jej mężem. Jadwiga Staniszkis była trzecim rocznikiem reaktywowanej warszawskiej socjologii.
Okres tuż przed Marcem ’68 był w pewnym sensie przełomowy dla Jadwigi Staniszkis. Po pierwsze, rozpadło się jej małżeństwo. Została samotną matką małej Joanny. Po drugie, dostała się na staż na socjologię i zaczęła myśleć o przygotowaniu pracy doktorskiej. Po trzecie, zaczęła wyróżniać się w życiu politycznym uczelni, choć nigdzie formalnie nie przynależała. Nie utożsamiała się z grupą „komandosów”. Uważała zresztą ich rozumowanie za dość naiwne i uproszczone. Zdawała sobie sprawę z tego, że studenci nie porwą za sobą całego społeczeństwa. Wzięła jednak udział w strajku 8 marca. Była nawet w grupie negocjacyjnej wysłanej do władz uczelni i z balkonu Pałacu Kazimierzowskiego namawiała studentów do rozejścia się, czego bardzo żałowała. Za to została aresztowana na siedem miesięcy. Straciła też pracę na uczelni, podobnie jak Maria Hirszowicz, jej szefowa. Zdaniem Staniszkis, spirala prześladowań całkiem wymknęła się spod kontroli. Nie chodziło już o usunięcie kilku rozpolitykowanych studentów, ale głębsze czystki, do których wykorzystano także kryterium etniczne. Razem z Jakubem Karpińskim i Andrzejem Mencwelem (ur. 1940) napisała „Deklarację Ruchu Studenckiego”, w której domagano się utworzenia autonomicznej organizacji studenckiej, rzetelnej informacji o sytuacji ekonomicznej kraju oraz przestrzegania prawa.
Jadwiga Staniszkis trafiła na dłużej do więzienia w czerwcu 1968 roku. Rzekomo ze względu na nawiązane kontakty międzynarodowe. Sama wspominała o romansie z pewnym Czechem. Być osadzoną było trudno, zwłaszcza że grożono jej odebraniem córki. Była jednym z najdłużej więzionych uczestników Marca, obok Aleksandra Smolara (ur. 1940 r.). Sami funkcjonariusze ponoć powiedzieli jej, że siedzi na zasadzie reprezentatywności, bo miała dziadka (i przecież też ojca) endeka, a samych Żydów zamykać nie mogą (Michalski 2010, s. 96). Po wielu latach okazało się, że jest na liście Wildsteina jako kandydatka na TW, co bardziej ją dotknęło niż sam fakt skazania. Uznała, że agenci znaleźli w niej jakąś „skazę”, pewien potencjał do złamania i to ją smuciło.
Po wyjściu z więzienia Staniszkis miała trudności w znalezieniu pracy. Rękę wyciągnął do niej wtedy znajomy dziadka, prof. Bogusław Kożusznik (1910–1996). Socjolożka prowadziła zajęcia w studium doskonalenia zawodowego lekarzy i pielęgniarek na warszawskich Bielanach. Potem dochodziły kolejne miejsca, m.in. liceum dla pielęgniarek. Zimą 1971 roku Staniszkis obroniła doktorat pt. Patologie struktur organizacyjnych: próba podejścia systemowego. Jak wspominała, na samą obronę przyszły tłumy. Na tym wydarzeniu pojawił się też Ireneusz Iredyński (1939–1985), pisarz i ówczesny partner socjolożki.
W 1976 roku za opublikowaną pracę doktorską dostała nagrodę im. Ossowskiego. Pojawiła się też możliwość wyjazdu na stypendium do Stanów Zjednoczonych, które zaproponował prof. Stefan Nowak (1924–1989). Sponsorem było American Council of Learners’ Society. Mimo wielu prac i zajęć Staniszkis pojechała tam z gotową do druku książką. Do pracy na UW wróciła dopiero w 1981 roku po kolejnym stypendium w Stanach, tym razem w ramach programu „Future Leaders”. Książka, która miała ukazać się w Ameryce, musiała zostać zmieniona, bo powstała „Solidarność”. Ostatecznie nosiła tytuł Poland’s Self-Limiting Revolution (1984). Co ciekawe, w swoim dorobku Staniszkis ma także tekst, który ukazał się wyłącznie w języku japońskim (tłumaczony z angielskiego manuskryptu: The dialectics of socialist society: Polish case z 1981 roku). Zresztą Japończycy cenili ją jako komentatorkę życia społecznego i zapraszali do siebie na dłuższe i krótsze pobyty. W 1983 roku Jadwiga Staniszkis uzyskała stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych w dziedzinie socjologii. Na profesurę musiała poczekać do zmiany. Nominacja przyszła w 1991 roku.

Strajk w Stoczni Gdańskiej, sierpień 1981. Jadwiga Staniszkis wraz z Tadeuszem Mazowieckim, Waldemarem Kuczyński, Lechem Wałęsą i Anną Walentynowicz (tyłem). Źródło: foto.karta.org.pl Fot. Zbigniew Trybek
W sierpniu 1980 roku na zaproszenie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Gdańsku przybyła do stoczni. Przyjechała w swojej najelegantszej sukience i wysokich obcasach. Była członkinią Komisji Ekspertów MKS. Nie miała w sobie zbyt dużego entuzjazmu do zmian, ale była przekonana, że trzeba to zobaczyć, zwłaszcza że pisała akurat o tym książkę. Starała się nie przekraczać swojej doradczej roli i nie „wchodzić w buty” robotników, którzy jej zdaniem byli prawdziwymi aktorami tego spektaklu. Uważała, że Geremek i Mazowiecki nieco tę granicę przekraczali. Sama postulowała, żeby wszystkie ustalenia były prezentowane robotnikom i żeby to oni mogli je demokratycznie przegłosować. Tak się to jednak nie odbywało. O Wałęsie mówiła, że był sprytny, wyczuwał nastroje ludzi i nie patrzył przez ideologiczne okulary. Samą Solidarność oceniała sceptycznie, jako ruch mało zorganizowany, podlegający łatwo manipulacjom i nieposiadający w sobie znaczącego potencjału rewolucyjnego. Obawiała się, że strajkujący zostaną ukarani tak samo jak studenci w Marcu. Za obecność w stoczni Staniszkis straciła pracę w Centrum Doskonalenia Kadr Kierowniczych. Jednak po zawarciu Porozumień Sierpniowych nadal wspierała robotników i pisała w prasie podziemnej. Podczas stanu wojennego jeździła z wykładami w ramach Wszechnicy Solidarności (Michalski 2010, s. 139–170).
W 1982 roku Staniszkis podupadła na zdrowiu. Miała problemy z krążeniem i doszło do martwicy nerwu wzrokowego w jednym oku. W drugiej połowie lat 80. zdiagnozowano u niej nowotwór, który leczyła w Stanach. Mimo to pracowała. W 1987 roku skończyła pisać Ontologię socjalizmu. Oprócz pracy na UW, prowadziła także zajęcia w Wyższej Szkole Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu, była związana z Instytutem Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, zasiadała w Komitecie Socjologii PAN. Wyjeżdżała z wykładami na Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles, Uniwersytet Harvarda, Uniwersytet Michigan, a także do Chin, Japonii i na Tajwan. Była też stypendystką Wilson Centre w Waszyngtonie. Nie zawsze jej wykłady były przyjmowane z zachwytem. Często po nich odbywała się burzliwa dyskusja. Pod koniec lat 80. zaczęła rozważać pozostanie na emigracji na stałe. W ojczyźnie widziała „coraz bardziej fałszywą sytuację, grę, która odbywa się w jakichś zupełnie fałszywych językach czy przebraniach” (Michalski 2010: 186).
Więcej prac socjolożki w języku ojczystym zaczęło się ukazywać po okresie transformacji. Warto wspomnieć o książkach Postkomunistyczne państwo: w poszukiwaniu tożsamości (2001), Postkomunizm: próba opisu (2001), Władza globalizacji (2003), O władzy i bezsilności (2006). Była także aktywną felietonistką. Jej teksty ukazywały się w tygodnikach „Wprost”, „Ozon”, „W Sieci”, często występowała w telewizji. Znała osobiście większość ówcześnie aktywnych polityków, co paradoksalnie nie pomogło jej w pracy naukowej. Staniszkis wspominała o blokadzie na publikacje, która pojawiła się w ostatnich latach życia, pomimo otrzymania nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w 2004 roku i odznaczenia w postaci Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski (2006).
Doświadczenie podobieństwa i różnicy w zestawieniu z dziełami literatury dawały zdaniem Staniszkis dobre okazje do zrozumienia, kim się naprawdę jest. Nawiązując do kultury azjatyckiej, używała tu określenia „takość”. Doświadczenie własnego „ja” może być efektem oddziaływania obiektu kulturowego. Przedmiot ma władzę, gdy pozwala nam sobie uświadomić własne „ja”.
Z tytułowym Lordem Jimem z powieści Conrada podzielała doświadczenie dialektyki winy i niewinności. Czasem o niewłaściwym (w ocenie społecznej) zachowaniu może zadecydować przypadkowy impuls. Lord Jim jako oficer opuścił statek, który – wydawało mu się – był stracony, zostawiając na nim ośmiuset pasażerów. Socjolożka swoje podobieństwo do Lorda Jima widziała w karaniu siebie. Może gdzieś w jakimś momencie historii zachowała się niewłaściwie, skoro znalazła się na osławionej liście Wildsteina. Powstała u niej też niechęć do tych, którzy byli głęboko zanurzeni w komunizm, a dosyć łatwo sobie wybaczyli i dziś przyjmują rolę sędziów moralności. Podobnie jak w powieści, jedynie tytułowy bohater stawia się na proces, a reszta załogi unika odpowiedzialności. Tak samo w realnym życiu: wielu byłych zwolenników czy beneficjentów komunizmu nie zapłaciło żadnej ceny.
Inną literacką inspiracją prof. Staniszkis był Yukio Mishima (1925–1970), japoński powieściopisarz, poeta i dramaturg. Mishima uważał, że uczucia nie istnieją. Szczególnie widać to w jego sztuce Madame de Sade (1965), w której tytułowa bohaterka zawsze zachowywała spokój mimo trudnych sytuacji. Zdaniem Mishimy uczucia są efektem realizowania cudzych oczekiwań, więc gdy się ich wyzbędziemy, tak naprawdę stajemy się wolni. Zbliżamy się do własnej „takości”, czyli tego, kim jesteśmy przede wszystkim w aspekcie formy, w której utrzymaniu pomaga rytuał. To odniesienie literackie mówi sporo o tym, jak Jadwiga Staniszkis postrzegała własne i cudze emocje. Były dla niej czasem czymś zbędnym, co utrudniało rozeznanie w sytuacji.
Kolejnym literackim pokrewieństwem była książka Malcolma Lowry’ego Ultramaryna. Dotyczyła ona zjawiska „buntu za przyzwoleniem”. Młody człowiek wbrew woli rodziców ucieka na statek, gdzie dobrze sobie radzi, a potem okazuje się, że ojciec z dystansu cały czas pilotował jego karierę i chronił go. Dla socjolożki wydarzenia z Marca ’68 były przykładem takiej sytuacji. Studenci zostali wykorzystani jak marionetki w ramach poważniejszej gry frakcyjnej i pokoleniowej w aparacie władzy. Stąd też u Staniszkis ciągła obawa przed manipulacją, doszukiwanie się „drugiego dna”, lęk przed odpowiedzialnością za innych.
Do swoich kolejnych literackich inspiracji zaliczyła też Dzienniki Zofii Nałkowskiej i W drodze Jacka Kerouaka. Z Nałkowską podzielała zdolność do przetrwania, żywotność oraz niechęć do starzenia się; z amerykańskim pisarzem – pasję do podróżowania jako wartość samą w sobie. Jadwiga Staniszkis kochała pociągi i autobusy. Lubiła w nich spędzać godziny, patrząc na zmieniający się krajobraz za oknem, czytać w nich, pracować. Posiadała kilka różnych kryjówek, nawet w odległych zakątkach Polski, do których robiła spontaniczne wycieczki. Jak sama wspominała, lubiła się czuć jak „paczka w drodze” (J.S. 2008, s. 31).
Staniszkis pisała, że najlepiej pamięta podróże, które dopiero planuje. Potrzebny jest wtedy konkret, liniowość, natomiast retrospektywa jest zawodna. Powrót w miejsca, w których się już było, uświadamia nam, jak bardzo się zmieniliśmy. Można się także dzięki nim dowiedzieć, jak wiele jest punktów widzenia na różne sprawy. Na przykład w kulturze japońskiej czeka się, aż rzeczywistość da się poznać sama, nie robi się wyprzedzających uogólnień (J.S. 2008, s. 81). W podróży można też dostrzec, jak poszczególne kultury manipulują przestrzenią na swoje potrzeby, żeby uzyskać chociażby wrażenie potęgi i siły. Wyjazdy były dla Jadwigi Staniszkis inspirujące na polu naukowym. Spowodowały, że przeniosła swój fokus z zagadnień krajowych na unijne. Zwróciła uwagę, że w Europie mieliśmy do czynienia z przejściem od klasycznej teorii konfliktu w stronę „liberalizmu międzyproceduralnego” – sytuacji, w której współobecność i prawomocność różnych procedur wymagała poszukiwania konsensusu na drodze negocjacji. Tak działała zdaniem socjolożki Unia w pierwszej dekadzie XXI wieku (J.S. 2008, s. 89). Sądzę, że jest to nadal aktualna diagnoza. Ważniejsze od rozumienia świata jest obserwowanie jego procesu stawania się.
W uprawianiu nauki najciekawszy jest etap wstępny, kiedy ma się jeszcze nadzieję niezderzoną z rzeczywistością, gdy wydaje się, że można dany problem naukowy rozwiązać. Niekiedy pisanie prac naukowych miało dla Staniszkis wymiar osobisty. Było sposobem na życie. Na przykład Ontologia socjalizmu była autorskim rewanżem na komunistycznej władzy. Sposób prowadzenia analiz przez socjolożkę był dosyć abstrakcyjny. Pisała, że bierze się to poniekąd z jej deficytów neuronalnych, życia w spektrum autyzmu, osobistej odporności na stereotypy, umiejętności dostrzegania wewnętrznych i zewnętrznych ograniczeń oraz logiki form. Jednocześnie Staniszkis miała świadomość swojej nietrafności: (…) „piszę o czymś albo zbyt wcześnie, bo dla innych to nie jest – jeszcze – ważnym problemem, albo zbyt hermetycznie” (J.S. 2008, s. 111). Przyznała także w jednym z wywiadów, że niezależnie od tego, jaki jest temat aktualnej rozmowy, „problem medialny”, zawsze i tak nawiązuje do tego, nad czym aktualnie pracuje. Te myśli są zbyt absorbujące i wymagające uwagi, by ich nie konfrontować ze światem. Choć bywa to trudnym doświadczeniem.
We wspomnieniach zapisała pewne spostrzeżenia o emocjach, które wydają mi się istotne dla zrozumienia charakteru prof. Staniszkis. Nade wszystko ceniła sobie refleksyjność i adekwatność do sytuacji. Trzeba posiadać odpowiedni kapitał kulturowy, żeby mądrze rezonować ze światem. „Zawsze drażniły mnie dwie rzeczy: brutalność wobec słabszych i bezpośredniość przeżywania świata pozbawiona elementów samoobserwacji, gry, symbolicznych odniesień czy wyczucia formy i jej ograniczeń. Choć bowiem sama rzadko uczestniczę w emocjach towarzyszących wytwarzanej społecznie «intersubiektywności», pasjami lubię ją rekonstruować na poziomie pojęciowym, poszukując wewnętrznej racjonalności, związków przyczynowych i myślowych pułapek” (J.S. 2008, s. 182).
W latach 90. Jadwiga Staniszkis wyszła za mąż po raz drugi za Michała Korca, który nauczył ją doceniać nowe początki, przybliżył Azję, żydowskość oraz doświadczenie bycia emigrantem. Jak pisała, było to idealne małżeństwo na drugą połowę życia, bo nikt nikogo nie chciał zmieniać (J.S. 2008, s. 187). Ich główną siedzibą był dom w Podkowie Leśnej, do którego byli bardzo przywiązani. Pani Profesor była też babcią trójki wnuków. Zawsze w miejscu zamieszkania było kilka psów (ale nigdy więcej niż cztery) i kotów, takich znalezionych, przygarniętych, chorych lub problematycznych. Czasami mogło się wydawać, że socjolożka miała więcej serdeczności dla zwierząt niż dla ludzi.
Na terenie Polski miała wiele kryjówek, które wynajdowała z ogłoszeń: małe mieszkanka, szałasy, domki w górach, nad morzem, nad jeziorami. W tych miejscach otaczała się przedmiotami, które miały dla niej znaczenie i do nich wpadała u kresu spontanicznych wycieczek. W autobiografii wspomina o chińskiej lampie z brązu w kształcie konia, o XVII-wiecznej figurce św. Sebastiana, portrecie Pani z czerwoną szminką Witkacego, meblach udających śląski barok, mazurskiej skrzyni z obrazem nieba, plakacie Jamesa Deana czy starej lalce z Chin. Te przedmioty stanowiły pamiątki z podróży, ale często były też kupione ze względu na to, że bohaterkę zachwyciła niezwykła forma, nieco zbyt groteskowa, przerysowana, nieadekwatna do „istoty” przedmiotu. Do rzeczy, które były na pozór zwykłe, ale jednocześnie w jakiś sposób inne, najbardziej się przywiązywała.
Podsumowując swój życiorys, Jadwiga Staniszkis napisała, że w sumie czuje się szczęśliwa. Jednak w wielu jej przemyśleniach widoczne było rozczarowanie. Wynikało ono być może z tego, że autorka miała poczucie zmarnowanego czasu i energii na walkę z komunizmem, której nie dało się wygrać. Gdyby mogła cofnąć czas, chciałaby uczyć się więcej filozofii, matematyki, języków obcych i starać się dokonać czegoś naprawdę znaczącego (J.S. 2008, s. 222). Z wiekiem czuła też coraz większe rozczarowanie socjologią i jej naiwną wizją socjalizacji, choć na emeryturę przeszła dopiero wiosną 2008 roku. Była też wtedy pełna entuzjazmu do podróży, które były przed nią. Tak jak pisałam, te ulokowane w przyszłości były dla niej najbardziej atrakcyjne.
Jadwiga Staniszkis przestała występować w mediach w okolicach 2021 roku. W ostatnich latach życia zmagała się z chorobą Alzheimera. Zmarła 15 kwietnia 2024 roku. Na miejsce wiecznego spoczynku wybrano ukochaną przez socjolożkę Podkowę Leśną.
Wróć