Marek Misiak

Rys. Sławomir Makal
Wiele wielkich religii ma zarówno święte księgi, jak i tradycję, i dopiero w połączeniu stanowią one przekaz wiary. Także w sferze profanum są uświęcone tradycje i zwyczaje stanowiące element tożsamości danego narodu czy innej zbiorowości. Tak jest również w międzynarodowej społeczności badaczy i innych osób związanych z nauką (scientific community). Istnieją zachowania, które nie są nielegalne z punktu widzenia żadnego prawa, ale stanowią naruszenie – mniej lub bardziej poważne – dobrych obyczajów w nauce. Niektóre z nich są specyficzne dla kontaktów autorów prac naukowych z redakcjami czasopism. Najpewniej większość omawianych poniżej sytuacji wynika z niewiedzy. Im więcej jest na świecie osób zawodowo uprawiających naukę, tym większa jest szansa, że jakiejś części z nich nikt nigdy nie przekazał, że niektóre zachowania – choć dają się uzasadnić – są zwyczajnie niestosowne (w nauce lub w ogóle).
Autorzy mają prawo wycofać manuskrypt z danego czasopisma (withdrawal – nie mylić z retrakcją) w dowolnym momencie prac nad artykułem, zarówno na etapie recenzji, jak i po akceptacji, a przed publikacją (tzn. w trakcie redakcji językowej lub składu). Wynika to z faktu, że osobiste prawa autorskie do artykułu należą właśnie do nich, zarówno przed, jak i po ukazaniu się artykułu, i to oni decydują, w którym czasopiśmie ma pojawić się dany tekst i czy w ogóle ma być rozpowszechniany. Niektóre redakcje oczekują podania powodu wycofania, inne nie (co ważne: na ogół redaktorzy i tak nie są w stanie potwierdzić, czy podano powód prawdziwy, czy tylko „oficjalny”, niektóre używane przez autorów uzasadnienia są właściwie jednobrzmiące, jakby je skądś kopiowali). Jednak wycofanie artykułu nie oznacza, że znika on z systemu do zarządzania manuskryptami używanego przez redakcję, zarówno tekst z ostatniego etapu prac nad nim, jak i dane autorów i inne informacje (np. o źródłach finansowania) pozostają, gdyż musi pozostać dowód na to, że dany artykuł został złożony w danym periodyku, a następnie konkretnego dnia wycofany. Może mieć to znaczenie także dla autorów, w razie gdyby ktoś np. zarzucał im, że złożyli ten sam artykuł jednocześnie do kilku czasopism, redakcja na podstawie danych z systemu będzie mogła wystawić odpowiednie zaświadczenie i autorom nikt nie będzie musiał wierzyć na słowo.
Jednak kilka razy zetknąłem się z sytuacją, gdy badacze niejako sami pozbawili się takiej możliwości. System poinformował mnie, że autorzy konkretnego manuskryptu zażądali jego wycofania, ale gdy wszedłem na profil tego konkretnego (będącego jeszcze w trakcie recenzji) artykułu, okazało się, że z systemu usunięto już wszystko to, co dało się usunąć: wszystkie pliki (główny tekst, tabele, ryciny, listę piśmiennictwa), a także tytuł. Jednak używane przez wiele redakcji oprogramowanie uniemożliwia manipulację niektórymi danymi przez autorów po nadesłaniu manuskryptu do redakcji bez zgody redaktorów, dotyczy to przede wszystkim nazwisk, e-maili i afiliacji autorów. Ma to na celu uniemożliwienie dodawania, usuwania i podmieniania autorów na własną rękę, co mogłoby być sygnałem, że manuskrypt nie jest tak naprawdę rezultatem pracy tych, którzy deklarują jego autorstwo. Spytałem zatem twórców wycofanego artykułu, dlaczego usunęli wszelkie informacje, które tylko mogli. Nie otrzymałem (czego niestety się spodziewałem) żadnej odpowiedzi. Takie postępowanie nie jest nielegalne, ale świadczy o podstawowej niewiedzy w obszarze dobrych obyczajów w publikowaniu naukowym. Autorzy nie mieli zapewne złych intencji, ale ich postępowanie przywodzi na myśl próbę zatarcia za sobą śladów. Być może w rzeczywistości wysłali artykuł równolegle do kilku czasopism i jedno z nich opublikowało artykuł znacznie szybciej niż my, a wtedy spanikowali i uznali, że w ten sposób nie wyjdzie to na jaw. Mogła też jednak kryć się za tym po prostu nieświadomość, że wycofanie nieopublikowanego artykułu nie polega na tym, że powracamy do sytuacji sprzed zgłoszenia danego manuskryptu do danego czasopisma, tak jakby redaktorzy w tym periodyku nigdy go nie widzieli. Dane i materiały gromadzone w systemach do zarządzania obiegiem manuskryptów są poufne i nie wyciekną poza redakcję, gdyby tak się stało, redaktorom (przynajmniej w uczciwych, poważnych czasopismach) groziłyby poważne konsekwencje służbowe. Nie ma zatem powodu, by zacierać za sobą ślady, po otrzymaniu z redakcji potwierdzenia wycofania artykułu (co powinno nastąpić niezwłocznie po zażądaniu tego, najdalej po kilku dniach) można jeszcze tego samego dnia złożyć go w innym periodyku, a o poprzednim po prostu zapomnieć.
W zarządzaniu używa się pojęcia „eskalacja”. Niekoniecznie oznacza ono coś groźnego (jak np. eskalacja konfliktu), lecz sytuację, gdy danego problemu nie sposób rozwiązać na danym poziomie danej struktury (instytucji, firmy) i musi się o nim dowiedzieć bezpośredni przełożony (a jeśli i ta osoba nie umie lub nie chce mu zaradzić, eskaluje się dalej). Jest to możliwe oczywiście także w kontaktach z czasopismem naukowym, jeśli redaktor (np. managing editor, czyli osoba kierująca pracą redakcji i obróbką językową i techniczną artykułów) nie wykonuje należycie swoich obowiązków lub nie reaguje na próby kontaktu, naturalne jest poinformowanie o tym fakcie redaktora naczelnego. Niektórzy autorzy zdają się jednak opacznie rozumieć ten mechanizm i eskalują swoją sprawę do osoby stojącej na czele czasopisma także wówczas, gdy redaktor postępuje zgodnie z regułami obowiązującymi w danym periodyku, ale sprawy biegną – w ich czysto subiektywnym rozumieniu – nie po ich myśli. Najczęściej dotyczy to sytuacji, gdy oczekuje się od nich spełnienia wymagań, które obowiązują wszystkich autorów i wszystkie manuskrypty, a które ten konkretny badacz uważa za bzdurne. Czasem komunikacja ze strony takich osób przybiera dziwnie feudalny posmak, piszą oni do redaktorów naczelnych w tonie sugerującym, żeby zdyscyplinowali „krnąbrnego” pracownika, by przestał robić problemy. Widzę tu dwa rodzaje motywacji: jeden wynika z błędnego rozumienia własnej pozycji w strukturze, drugi z błędnego postrzegania natury relacji między autorem a czasopismem naukowym. Niektórzy badacze wywodzący się z instytucji (uczelni, instytutów badawczych, placówek służby zdrowia) lub całych społeczeństw o charakterze wyraźnie hierarchicznym, sprawiającym czasem wrażenie półfeudalnego, bywają autentycznie przekonani, że będą mogli dogadać się z redaktorem naczelnym jak równy z równym (np. jak profesor z profesorem) z pominięciem niżej umocowanego w hierarchii „zwykłego” redaktora. Nie traktuję takich spraw ambicjonalnie i chciałbym wyraźnie podkreślić, że nie czuję się w żadnym sensie „lepszy” od autorów, którzy są na ogół ludźmi znacznie lepiej wykształconymi ode mnie, wykonującymi elitarny i trudny zawód naukowca. Jednak reguły w publikowaniu naukowym są te same dla wszystkich, i dla profesorów, i dla studentów z koła naukowego (rozumiem, że nie wszędzie tak jest, ale stoję na stanowisku, że tak być powinno).
Niewłaściwe rozumienie relacji autora z redakcją polega zaś na tym, że nie jest to wbrew pozorom transakcja o charakterze biznesowym. W wielu czasopismach za publikację trzeba zapłacić, ale fakt wniesienia wymaganej opłaty nie czyni z autora klienta, który może wymagać, czego tylko zechce. Ma pełne prawo oczekiwać przede wszystkim profesjonalnej redakcji, jasnej komunikacji i publikacji bez zbędnej zwłoki, ale nie może traktować np. konieczności poprawek wskazanych przez redaktorów w ramach korekty autorskiej (szczotka, galley proof) jako zbędnego utrudniania. Zadaniem czasopisma naukowego jest nie tylko dawać badaczom możliwość publikacji, ale też dbać o odpowiedni poziom rozpowszechnianych na jego łamach artykułów, zarówno merytoryczny, jak i językowy. Rozumiem, że w realiach współczesnej nauki zabrzmi to skrajnie naiwnie, ale każdemu jej pracownikowi też powinno na tym zależeć. Jeśli ktoś chce po prostu „przepchnąć” swój artykuł, a jego poziom jest dla niego bez znaczenia, to nasuwa się wniosek, że danej osobie nie zależy tak naprawdę na rozwoju nauki, ale na zrobieniu w niej kariery, a to nie to samo. Być może z traktowania badań naukowych po prostu jako kolejnego sposobu zarabiania pieniędzy i zdobywania społecznego prestiżu wynikają propozycje o charakterze jawnie korupcyjnym, gdy autor proponuje przekazanie mi prywatnie jakiejś sumy w zamian za zagwarantowanie szybkiej i bezproblemowej publikacji, choć reguły danego czasopisma nic nie wspominają o szybkiej ścieżce (fast-track) publikacji, a redaktor nie może zapewnić, że recenzje będą pozytywne.
Całe szczęście w wielu czasopismach redaktorzy naczelni po zorientowaniu się, że to nie problem po stronie redaktora, a próba ominięcia go, po prostu odsyłają do niego dany e-mail. Gorzkie rozczarowanie autorów, gdy okazuje się, że irytującego „utrudniacza” nie da się ominąć, jest niestety wynikiem trzeciego (ogólnego i również mylnego) przekonania, że reguły i regulaminy to tylko niezobowiązujące wskazówki i że wszystko można „dogadać” i „załatwić” (szczególnie jeśli dysponuje się odpowiednio wysokim umocowaniem i/lub pieniędzmi). Jako redaktor mogę tylko wskazać, że z czasopismem, w którym takie „dogadywanie się” ponad czyjąś głową i „załatwianie” pod stołem w ogóle jest możliwe, nie chciałbym mieć nic wspólnego. Jedną z zalet tego zawodu jest fakt, że nie stanowi się trybiku wykonującego za pieniądze dowolne polecenia.
Trzecie wykroczenie przeciw dobrym obyczajom – i w nauce, i w ogólności – ma najbardziej generalny charakter i występuje najczęściej. Ujmę to wprost: niektórzy autorzy sprawiają wrażenie, że kontaktują się z redakcją tylko do momentu, gdy jest to dla nich dogodne, jeśli mogą w ten sposób coś uzyskać (przede wszystkim publikację) i jeśli nie padają żadne niewygodne pytania. Regularnie zdarza się, że jakiś manuskrypt staje się „martwą duszą”, jego autorzy na jakimś etapie przestają reagować na ponaglenia, przypomnienia, pytania, raz za razem ponawiane próby kontaktu. Czasem dzieje się to na etapie wstępnej weryfikacji artykułu, czasem podczas peer review, zwłaszcza jeśli ten proces się przeciąga, ale (choć rzadziej) może to też nastąpić już po zaakceptowaniu artykułu, np. podczas korekty autorskiej lub gdy trzeba przysłać podpisane umowy licencyjne stanowiące zgodę na publikację. Niekiedy da się wskazać prawdopodobny powód tej sytuacji, np. jeśli pojawiło się żądanie zmiany składu autorskiego już po przyjęciu do druku, a redakcja nie wyraziła na to zgody. Jeśli próby wyjaśnienia przyczyn ciszy nie dają rezultatu, po pewnym czasie manuskrypt jest odrzucany, im mniej zaawansowane są prace nad nim, tym szybciej (np. przy wstępnej weryfikacji, po miesiącu, a jeśli autorzy zamilkli podczas korekty autorskiej, gdy zostanie opublikowany zeszyt czasopisma, do którego artykuł był przypisany). Odrzucenie przed etapem peer review jest nieodwracalne (manuskrypt zawsze można zgłosić od nowa). Jeśli autorzy uaktywnią się ponownie po odrzuceniu w trakcie recenzji, redaktor naczelny rozpatruje ich sprawę indywidualnie; jeśli znikli z radarów po akceptacji, na ogół możliwe jest przypisanie pracy do jednego z późniejszych numerów (szczególnie jeśli dane czasopismo pobiera opłatę za publikację).
Jednakże wielu autorów po prostu milknie na zawsze i próby skontaktowania się z nimi przypominają rzucanie kamieni z plaży do morza: nic się nie zmienia, nic się nie dzieje. Tu także nie będę owijał w bawełnę: rozumiem brak czasu czy różnice kulturowe, ale ignorowanie jasno sformułowanych pytań w sformalizowanej sytuacji, jaką są relacje autorów z redakcją, jest zwyczajnie niekulturalne i wystawia takiej osobie jak najgorsze świadectwo. Jeśli dany badacz stracił zainteresowanie publikacją w danym periodyku i postanowił wysłać swój manuskrypt gdzie indziej, wystarczy zażądać wycofania manuskryptu, uzasadnić to jednym zdaniem (jeśli jest wymagane podanie konkretnego powodu) i skupić się na kolejnym czasopiśmie, ale nie po prostu milczeć. Po drugiej stronie znajduje się nie bot, tylko żywy człowiek, który ma prawo być traktowany poważnie także wtedy, gdy już nie może lub nie chce sprawić, że sprawy ułożą się po naszej myśli. Ma prawo do odpowiedzi na pytanie, uprzejmej i na temat, po prostu dlatego, że wszyscy jesteśmy częścią świata nauki, gdzie powinny przynajmniej obowiązywać pewne zasady. Mogą się one wydawać nielogiczne czy niedzisiejsze, ale to właśnie pewne konwencje w relacjach międzyludzkich sprawiają, że (na ogół) nie skaczemy sobie na co dzień do gardeł. Warto poważnie traktować tradycje i zwyczaje, zwłaszcza jeśli oczekujemy, że my będziemy traktowani poważnie i z szacunkiem (czyli tak, jak w oczywisty sposób powinniśmy być traktowani). Świat nauki to także takie tradycje, a nie tylko czysta praktyka, i między innymi właśnie to czyni go tak pociągającym.
Wróć