Paweł Kasprowski

W ostatnim czasie obserwujemy rosnącą falę oburzenia na naukowców, którzy korzystają z usług tak zwanych papierni (paper mills), które produkują masowo artykuły „naukowe” o bardzo niskiej jakości, jednak są w stanie opublikować je w liczących się wydawnictwach. Oprócz narzekań na nieetyczne postępowanie naukowców, można też przeczytać wiele krytycznych komentarzy na temat ewaluacji nauki, która – według krytyków – promuje „punktozę”, a więc rozliczanie naukowców na podstawie punktów uzyskanych za publikacje.
W całym tym sporze nie zauważyłem jednak krytyki strony naprawdę winnej istniejącemu stanowi rzeczy. Tą stroną są wydawnictwa publikujące wątpliwej jakości prace.
Aktualny stan systemu wygląda następująco: autorzy przesyłają artykuł do czasopisma, czasopismo znajduje recenzentów, a potem na podstawie ich rekomendacji decyduje o publikacji (bądź nie) artykułu. Na papierze wygląda to rozsądnie, jednak zwrócić należy uwagę na dwa podstawowe problemy: czasopisma pobierają ogromne opłaty od autorów za publikację artykułu, oraz recenzenci pracują zwykle za darmo (czasem za vouchery) i ich praca niespecjalnie liczy się jako dorobek naukowy (można się nim pochwalić w CV, ale nie ma za nią żadnych realnych „punktów”).
Przed powstaniem Internetu wydawnictwa utrzymywały się z subskrybentów. Dlatego wtedy istotna była wysoka jakość publikowanych artykułów, bo to przyciągało czytelników. W dzisiejszych czasach wydawnictwa utrzymują się z autorów. Powoduje to całkowitą zmianę priorytetów: w obecnym modelu biznesowym zamiast jakości artykułów (i liczby czytelników) wyznacznikiem powodzenia czasopisma jest publikacja jak największej liczby artykułów. To musi wpływać na obniżenie standardów.
Byłem redaktorem kilku wydań specjalnych (special issues) w czasopismach i wiem, jak trudno jest znaleźć kompetentnego recenzenta, który zgodzi się poświęcić swój czas, aby zapoznać się z artykułem i ocenić jego jakość. Nie dziwi mnie to, bo jako wielokrotny recenzent wiem też, że rzetelne recenzowanie jest bardzo czasochłonne i wymaga głębokiej specjalistycznej wiedzy z danej dziedziny. Z tego powodu recenzenci znajdowani są często „z łapanki” i poddawani presji czasowej. Coraz częściej możemy więc zaobserwować, że jakość recenzji jest bardzo niska, tym bardziej, że najczęściej są one anonimowe, więc recenzujący nie ponosi za nią właściwie żadnej odpowiedzialności. Do tego wraz z rosnącą liczbą przesyłanych artykułów (których często później nikt nie czyta) rośnie też zapotrzebowanie na recenzentów, co jeszcze pogarsza sytuację.
Dużo się ostatnio mówi o tak zwanych czasopismach drapieżnych (predatory journals), które publikują wszystko, byle tylko autorzy zapłacili. Jednak należy sobie jasno powiedzieć, że problem nie sprowadza się do ich wyeliminowania. Nie istnieje wyraźna granica pomiędzy czasopismami drapieżnymi a uczciwymi. Każda ich lista jest w dużym stopniu subiektywna. Można też wskazać wiele (zbyt wiele!) przykładów artykułów opublikowanych w „renomowanych” wydawnictwach, które nigdy nie powinny się w nich znaleźć (polecam liczne przykłady na https://forbetterscience.com/).
W obecnie obowiązującym systemie, autorzy de facto płacą wydawnictwom za „znak jakości”, który gwarantuje, że artykuł ma określoną wartość (mierzoną w punktach ministerialnych czy impact factorowych). Płacą za to ogromne pieniądze, stawki dochodzą do 15-20 tys. za artykuł. W wydawnictwie Wiley średnie APC to 2017 euro, maksymalne APC to 5640 euro (czasopismo „Advanced Science”), a 18 czasopism ma APC wyższe niż 3500 euro, czyli 15 000 zł za artykuł. W periodykach Elseviera średnie APC wynosi 2770 euro, maksymalne aż 9300 euro (blisko 40 000 zł, czasopismo „Cell”). Ogólnie na liście Elseviera na około 2000 czasopism 497 (ok. 25%) ma APC wyższe niż 3500 euro, a więc ponad 15 000 tys. zł. za artykuł.
Jednocześnie tę jakość oceniają anonimowi i bynajmniej nie opłacani recenzenci, często znajdowani na chybił trafił. Trudno o bardziej absurdalną sytuację. Przy tym stawką są ogromne pieniądze, nic więc dziwnego, że znajdują się ludzie organizujący „spółdzielnie” (ja zrecenzuję tobie, a ty mnie) albo gotowi po prostu zapłacić za pozytywną decyzję.
Rozwiązaniem może być tylko kompletna zmiana systemu publikacyjnego. W nowym systemie autorzy mogliby publikować swoje artykuły natychmiast i za darmo (w jakimś serwisie typu Arxiv.org) i dopiero później mogliby się starać o przyznanie „znaków jakości” jakichś wydawnictw. Recenzje byłyby jawne i podpisane przez konkretne osoby zatrudnione przez wydawnictwa i dobrze opłacane za wykonaną pracę. Wydawnictwa przestałyby być przedsiębiorstwami utrzymującymi strony www z artykułami, a stałyby się jednostkami zajmującymi się oceną artykułów, zatrudniającymi wybitnych specjalistów; oczywiście za tę ocenę mogłyby pobierać opłaty jak dotychczas, jednak ich odpowiedzialność za decyzję znacząco by wzrosła (a pieniędzmi dzieliłyby się z recenzentami).
Czy taka reforma jest możliwa? Oczywiście, wydawnictwa nie będą zainteresowane zmianą profilu swojej działalności. Jednak widzieliśmy już podobne bitwy w przeszłości: potężny przemysł muzyczny zaciekle walczył z pomysłem udostępnienia muzyki w Internecie, ponieważ zarabiał na płytach CD. Podobnie było, gdy wielkie studia filmowe sprzeciwiały się usługom streamingowym, ponieważ ich głównym źródłem dochodu były kina. W obu przypadkach „stare” przegrało z „nowym”, ale korporacje coś zyskały: udział w nowym modelu. Może i w tej sytuacji to się uda? W każdym razie na pewno bez takiej reformy wszelkie „apele”, „głosy oburzenia”, „rekomendacje” czy dodatkowe ciała kontrolne, które miałyby wykonywać ponowne (lepsze?) recenzje, nie poprawią sytuacji.
Wróć