logo
FA 2/2025 informacje i komentarze

Piotr Kieraciński

Geniusze nie tylko z Azji

Geniusze nie tylko z Azji 1

Rys. Sławomir Makal

Fabryki artykułów pracują pełną parą – artykuł Mariusza Karwowskiego pod takim tytułem opublikowaliśmy 8 stycznia 2025 roku. Cieszył się on ogromnym zainteresowaniem czytelników i miał dalekosiężne reperkusje. Nie był to jednak pierwszy w FA tekst na ten temat. Przez kilka ostatnich lat zwracaliśmy uwagę na istnienie „spółdzielni” publikacyjnych i „fabryk” artykułów oraz na inne nierzetelne lub podejrzane praktyki publikacyjne zarówno po stronie autorów, jak i wydawców. Pisali o tym w „Forum Akademickim” m.in. Jolanta Szczepaniak (np. Fabryki artykułów, FA 4/2022 – ten artykuł wskazuję „z imienia”, gdyż nosił dokładnie tytuł obrazujący problem, który dziś wzbudza tyle emocji), Tadeusz Dudycz, Edward Radosiński, Wit Grzesik, Halina Szatyłowicz i Adam Proń, Małgorzata Skórzewska-Amberg, Stanisław Krawczyk i Paweł Lenartowicz, Maria Matusiewicz, Zbigniew Zembaty i Tomasz Lewiński oraz wielu innych autorów. Wskazuję autorów, żeby zainteresowani czytelnicy łatwiej mogli je odnaleźć. Jak widać ani problem nie jest nowy, ani jego rozpoznanie nie nastąpiło cudownie na przełomie 2024 i 2025 roku. I nie dokonali tego zagraniczni blogerzy, ale dostrzegli go i dobrze opisali (nie tylko na łamach „Forum Akademickiego”) polscy autorzy, przedstawiciele środowiska akademickiego, obserwujący szkodliwe praktyki publikacyjne w swoim otoczeniu.

Już kilka lat temu niektórzy przedstawiciele akademickiego establishmentu zwrócili na to uwagę i zaczęli reagować na te praktyki. Inni jednak nie raczyli ich zauważać. Wprost przeciwnie. Pęd za „osiągnięciami” mierzonymi liczbą publikacji i cytowań, wymuszony poniekąd systemem oceny dorobku naukowego, nabierał siły. Przyszedł do nas w końcu trend zatrudniania „niezwykle uzdolnionych” naukowców z dorobkiem publikacyjnym (bo przecież nie naukowym!) dorównującym noblistom. Podczas rekrutacji patrzono na liczby, a nie na całość dorobku, potwierdzone dokonania naukowe. Na polskich uczelniach pojawili się „geniusze z Azji”, których ujawnienie w ostatnim czasie spowodowało burzę. Dlaczego właśnie teraz? Czyżby „umiędzynarodowienie” tematu miało znaczenie? Aż tak jesteśmy metanaukowo niesamodzielni?

Zauważona przez wielu korelacja różnych patologii publikacyjnych z praktykami wydawców naukowych nie jest od rzeczy. Ponad dwadzieścia lat temu jeden z prominentnych badaczy, członek PAN, wybitny uczony zwrócił mi uwagę na zdominowanie rynku wydawnictw naukowych przez wydawnicze oligopole – grupa wielkich wydawców naukowych, niekiedy wspieranych przez władze polityczne swoich krajów, wykupuje mniejszych; skupuje też tytuły od uczelni i innych instytucji naukowych, grupując setki a niekiedy tysiące czasopism. Nie chciał się on wypowiedzieć na ten temat w FA, bowiem, jak sam przyznał, był redaktorem ważnych w swojej branży czasopism, wydawanych przez „Wielkiego Wydawcę”. W pewnym sensie pokazuje to, jak nauka oddała pole, a może wręcz oddała się biznesowi. Komercjalizacja rynku wydawnictw naukowych w połączeniu z siłą wielkich wydawców nie jest dla nauki dobra. Niestety, jak twierdzą specjaliści z zakresu zarządzania nauką – w rozmowie ze mną stwierdził to np. prof. Łukasz Sułkowski – tego się już nie da odwrócić. Co więcej, zarządzający nauką negatywnie oceniają działalność wydawniczą podległych sobie jednostek. Na łamach FA przedstawialiśmy problem Instytutu Botaniki PAN w Krakowie, któremu audytorzy z Wydziału II PAN zarzucali wydawanie własnych czasopism, co było przyczynkiem obniżenia oceny instytutu. Zatem nie warto dbać o jakość badań i publikacji, o zachowanie realnego wpływu na czasopisma z danej dziedziny, bo za to dostaje się po uszach. Naprawdę liczą się „wpływy” mierzone danymi z międzynarodowych baz, a nie realne osiągnięcia naukowe i rzeczywista jakość badań i publikacji?

Jolanta Szczepaniak we wspomnianym artykule precyzyjnie opisała problem, zauważając jego związki z wielkimi, cenionymi wydawcami: „w ostatnich latach nasilił się nawet bardziej niepokojący rodzaj naukowej patologii – fabryki artykułów (research paper mills). To komercyjne podmioty, które produkują artykuły naukowe na żądanie, bazując na sfałszowanych lub zmanipulowanych danych i plagiatowaniu cudzego dorobku. Autor, który kupił publikację poprzez fabrykę artykułów, otrzymuje gotowy tekst i zestaw danych okraszony zdjęciami, wykresami i tabelami, które tylko pozornie są wiarygodne. W rzeczywistości cały artykuł opiera się na zmanipulowanych obrazach i sfałszowanych danych badawczych. To sprawia, że nie ma żadnej wartości naukowej. Naukowiec, który podpisuje się pod takim tekstem, w rzeczywistości nie przeprowadził żadnych badań ani nie dysponuje oryginalnymi, surowymi danymi, które pozwoliłyby innym naukowcom na zweryfikowanie wyników lub powtórzenie badań. Niestety takich tekstów są setki i to w prestiżowych, wiarygodnych czasopismach, które indeksują najważniejsze bazy bibliometryczne”. Bo „fabrykant” bez dobrego wydawcy nic nie znaczy, podobnie jak bez współautorów, często z dobrymi nazwiskami w swoich dyscyplinach. To dobre czasopismo, indeksowane, znane, liczące się czy wręcz cenione, daje jego tekstom „imprimatur”, potwierdza ich „naukową jakość”, potem owi „namówieni” w jakiś sposób współautorzy, a wreszcie potwierdzają ją cytowaniami inni naukowcy. Dają się na to nabrać jeszcze inni badacze i recenzenci, ale także agencje grantowe i instytucje naukowe, nawet porządne uczelnie. Zatraciliśmy w nauce instynkt i świadomość, że liczą się tylko wyniki, uzyskane w drodze rzetelnych badań, a nie publikacje. Że „prawda jest najważniejsza”.

Piotr Kieraciński

Wróć