Piotr Müldner-Nieckowski

Źródło: pixabay
Niektóre zdarzenia o randze „światowej” przyprawiają o niepokój co do naszych losów w ogóle. Są nie tyle dziwne czy dziwaczne, ile zaskakują swą kłopotliwością. Nie wiadomo, jak się do nich odnieść, bo każde rozstrzygnięcie co do ich charakteru lub skutków ma trudne do usunięcia wady.
Jedną z takich spraw jest doping w sporcie. Wbrew pozorom nie jest to rzecz poboczna, bo wręcz reprezentatywna dla funkcjonowania opiniodawstwa i dla definicji pojęcia „opinia”, w kwestii dopingu w szczególności. Chodzi tu (cytuję za znakomitym Multimedialnym szkolnym słownikiem PWN, 2006) o „zabiegi stymulujące organizm sportowca przed walką, np. zażywanie specjalnych, niedozwolonych środków chemicznych”.
Wszystko wydaje się jasne, doping to doping i tyle, dopóki nie dotknie się materii i nie sparzy na pierwszym etapie poznawania takich spraw. Substancji „dopingujących” są setki, ale działających naprawdę i skutecznie – niewiele. Owszem, pewne składniki kondycji, sprawności ogólnej (mięśniowej w połączeniu z psychiczną) można z lekka za ich pomocą poprawić tak jak choćby kubkiem kawy, ale nie da się przechodzić z niższej klasy sportowej do wyższej. Tu działanie antydopingowe jest trudne, bo w ocenianiu nie ma reguł lepszych niż „wydaje mi się”.
Haniebnym i niezaprzeczalnym wspomaganiem się, które zresztą dopingiem nie jest, ale poprawianiem zdolności ciała podobnym do treningu, a które daje efekty istotnie zmieniające klasę jakości sportowej, jest zwiększanie masy mięśniowej i poprawianie składu krwi, w tym jej utlenowania, zwiększanie użycia tlenu do produkcji energii, pompowanie jelit powietrzem (w pływaniu). Wszystkie pozostałe, takie jak poprawa oddychania, pracy serca czy zdolności szybkiego myślenia dają różnicę minimalną, taką jaka jest między wyspaniem się a nieprzespaniem nocy, czyli na poziomie sportu zawodowego znikomą i niezauważalną nawet dla samego zawodnika, cóż dopiero obserwatora czy konkurenta. Dziwi więc histeria pewnej grupy ludzi, którzy najchętniej odmówiliby sportowcom nawet niekontrolowanego jedzenia i picia. Sportowcy to nie roboty.
Osoby zajmujące się zwalczaniem dopingu doskonale o tym wszystkim wiedzą, a mimo to angażują się na poziomie niestety ledwie towarzyskim, opiniowym, nie zaś naukowym. Nie umieją swych sądów i decyzji, przeważnie opartych na myśleniu prasowo-internetowym i na fantazji dziennikarskiej, oddzielić od prawdy naukowej, niestety trzeba przyznać, że skomplikowanej. Klasycznym przykładem jest sprawa nadzwyczaj słabego (moim zdaniem wręcz nieistniejącego) dopingu rosyjskiej tenisistki Marii Szarapowej. Można ją kochać albo jej nie lubić (nie dla wszystkich miła pani), ale jest jednym z niezliczonych przykładów błędu w sztuce antydopingowej. Chodziło (ok. 2016 r.) o niezwiązane ze sportem i bez wpływu na wysiłek sportowy przyjmowanie meldonium jako „leku na serce”. Na zlecenie lekarza przez lata brała tę pochodną karnityny z powodu stwierdzonego klinicznie „łagodnego a przewlekłego osłabienia serca”. Karnityna w dużych ilościach występuje w mięśniach, jest wytwarzana w wątrobie, nerkach i mózgu oraz dostarczana z pokarmem (mięso, mleko, ryby). Wszystko wskazuje na to, że meldonium nie jest potrzebne i w ogóle nie działa na choroby, zdrowie i jakąkolwiek wydolność, tym bardziej sportową. To prawie na pewno „lek pusty”, ale przynoszący niezłe zyski producentom, i jest na listach Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).
Niczym specjalnie od tego nie różni się sprawa rzekomego dopingu polskiej tenisistki Igi Świątek (2024). Nie dość, że nieświadomie przyjmowała nieobliczalnie śladowe ilości trimetazydyny w dozwolonym preparacie melatoniny (hormon szyszynki), to wyprodukowanym w źle przez producenta oczyszczonej z trimetazydyny maszynie. Laboratorium Międzynarodowej Agencji Integralności w Tenisie (ITIA) kompletnie nie było w stanie określić liczbowo ilości tej substancji w wydalinach ciała sportsmenki. A wiadomo, że trimetazydyna, jeśli jest w organizmie, to niezmieniona wydala się z moczem w dużych ilościach. U prawidłowo odżywiających się osób usuwane jest z moczem aż 70 procent tej substancji. Gdyby sportsmenka chciała się nim dopingować, to miałaby go w moczu bardzo dużo, tymczasem nie miała w zasadzie wcale, jedynie jego „zapach” lub „smak”. Nie koniec na tym. Trimetazydyna jako doping może ewentualnie działać, ale tylko w sportach długowysiłkowych, to jest w biegach letnich, narciarskich, w jeździe dystansowej na łyżwach, na rowerze, ale już na pewno nie w hokeju, tenisie czy piłce nożnej, nie mówiąc o szachach. Tam, gdzie występują odpoczynki po krótkich zrywach, nie ma wpływu żadnego.
Musiano przyznać, że Świątek się nie dopingowała, ale i tak narażono ją na infamię. Ukarano okresowym zakazem uprawiania sportu i zwrotem wygranych pieniędzy za coś, czego nie zrobiła, i tylko po to, aby inni sportowcy nie mogli mówić, że darowano jej doping. Którego nie było. Nie mam słów. To krzywda. Działanie haniebne.
To tylko dwa przykłady nadużycia władzy przez ITIA i także WADA. Są i inne błędy tych instytucji, takie jak dopuszczanie do udziału w zawodach sportowców używających ewidentnie dopingowych ilości na przykład silnego preparatu wziewnego budezonid z formoterolem pod pozorem leczenia „wrodzonej astmy oskrzelowej” (przypadek słynnej Norweżki Marit Bjørgen i kilku innych sportowców), a następnie z tego powodu wycofanie leku z listy dopingowej. Wahania formy działaczy – z krańca w kraniec. Ale to osobne zagadnienie, na inny felieton.
e-mail: lpj@lpj.pl