logo
FA 1/2025 życie akademickie

Marek Misiak

Nie bez powodu

Nie bez powodu 1

Rys. Sławomir Makal

Nie da się wykluczyć, że w rzadkich wypadkach odmowa udostępnienia danych nie musi być związana z próbą oszustwa, ale na przykład z faktem, że autorzy mają coś do ukrycia.

Oczekując kiedyś we wrocławskiej Bibliotece Uniwersyteckiej (jeszcze w jej dawnej siedzibie, zwanej Zamkiem Drakuli) na zamówioną do czytelni rzadką książkę, przeglądałem tom o historii prawa kanonicznego. Natknąłem się tam na ciekawe spostrzeżenie: szczególnie dawniejsze wersje Kodeksu Prawa Kanonicznego przewidywały kary za czyny, które wydawały się tylko tworem źle ukierunkowanej wyobraźni watykańskich kurialistów. W pamięć zapadła mi szczególnie fizyczna napaść na papieża (jako osobne przestępstwo), a także udzielenie rozgrzeszenia wspólnikowi w grzechu. Geneza takich paragrafów jest jednak tyleż smutna, co oczywista: po prostu ktoś nie raz i nie dwa razy próbował czegoś takiego, a treść kodeksu tylko to odzwierciedlała. Podobnie jest w przypadku niektórych pozornie nietypowych czy niezrozumiałych wymogów, które muszą spełnić autorzy zgłaszający artykuły do wielu czasopism naukowych. Choć przejawy poważnej nieuczciwości w nauce są mimo wszystko dość rzadkie (biorąc pod uwagę ogromną liczbę osób pracujących naukowo na całym świecie), zdarzają się na tyle często, że redaktorzy muszę się przed nimi bronić. Niektóre formy niewiedzy i braku wyobraźni (a czasem – nazwijmy to po imieniu – zwykłej niekompetencji) też powtarzają się na tyle często w jednakowej lub przynajmniej podobnej postaci, że można stworzyć procedury pozwalające ich uniknąć. Poniżej omawiam kilka przykładów reguł, które mogą wydawać się szykanami, ale wynikają z lat redaktorskiego doświadczenia.

W wielu czasopismach autorzy przy rejestrowaniu nowego artykułu w specjalnym systemie muszą podać także sugerowanych recenzentów (np. trzech). Niektóre periodyki stawiają jednak dodatkowe warunki: wskazywani peer reviewers muszą być z innych ośrodków albo nawet z innych krajów; bywa też, że obowiązuje podanie instytucjonalnego, a nie jakiegokolwiek adresu e-mail, także afiliacji, a nawet linku do strony internetowej danej instytucji, który potwierdzałby, że dana osoba rzeczywiście jest tam zatrudniona. Takie obostrzenia mają trzy przyczyny. Po pierwsze, redakcja chciałaby po prostu wiedzieć, z kim będzie miała do czynienia, jeśli z danym recenzentem nigdy wcześniej nie współpracowała. Po drugie, nie są niestety rzadkością przypadki, gdy autorzy nie traktują tego wymogu poważnie lub zdają się nie rozumieć jego sensu i wskazują badaczy specjalizujących się w zupełnie innym niż tematyka artykułu obszarze wiedzy (być może po prostu po to, by „odfajkować” i wskazać kogokolwiek; nie zdają sobie chyba sprawy, że redaktorzy często korzystają z takich podpowiedzi, bo recenzentów coraz trudniej znaleźć). Po trzecie – i najrzadsze – zdarzały się przypadki oszustw związanych z peer review, gdy nierzetelni autorzy wykorzystywali ten wymóg do własnych celów (najbardziej znany przypadek pochodzi z Korei Południowej). Najczęściej wygląda to tak: autor „stwarza” nieistniejących recenzentów i zakłada im skrzynki e-mailowe; mogą to być całkowicie fikcyjne postaci, ale można też posłużyć się personaliami prawdziwego naukowca, a nawet jego afiliacją, ale podać adres e-mail, jakim dana osoba nigdy się nie posługiwała. W przypadku badaczy z Dalekiego Wschodu podejrzenia wzbudzają też często adresy e-mail niezawierające żadnych wskazówek, do kogo należą, i sprawiające wrażenie wygenerowanych losowo (np. takie, w których część przed znakiem @ to wyłącznie ciąg cyfr).

Praktyka dopisywania autorów

Również ograniczenia dotyczące zmiany składu zespołu autorskiego nie są próbą utrudnienia autorom życia, ale mają na celu ograniczenie możliwości nieetycznej manipulacji w tym obszarze. Praktyka dopisywania autorów, którzy z powstaniem danego artykułu nie mieli nic wspólnego (lub mieli, ale w stopniu niekwalifikującym ich do współautorstwa), jest powszechnie znana. Nietrudno sobie zatem wyobrazić sytuację, w której po akceptacji manuskryptu do publikacji (zwłaszcza w czasopiśmie o wysokim współczynniku odrzuceń) osoby dotąd figurujące jako jego twórcy nagle „przypominają sobie” o jednym lub nawet kilku kolejnych autorach lub że dopiero po przyjęciu pracy do druku okazuje się, że ktoś inny oczekuje zostania pierwszym lub korespondencyjnym autorem, choć pierwotnie autorzy między sobą umówili się inaczej. Oczywiście może być i tak, że faktycznie o kimś zapomniano (zwłaszcza w dużych zespołach rozsianych po kilku ośrodkach) albo że członek zespołu odpowiedzialny za zgłoszenie artykułu do czasopisma zarejestrował autorów w innej kolejności (np. alfabetycznej), zakładając, że modyfikacje będą możliwe na etapie korekty autorskiej. Warto zdawać sobie sprawę, że nie każdy błąd można poprawić na każdym etapie prac nad manuskryptem i w takich sytuacjach wiele redakcji robi wyjątki naprawdę bardzo rzadko. Może się wydawać niesprawiedliwe, że ktoś niewinny ponosi konsekwencje cudzych przekroczeń, ale (niestety) nie można też zostawiać furtek osobom pozbawionym zarówno zasad, jak i zahamowań. Reguły obowiązujące autorów artykułów przy zgłaszaniu pracy do danego czasopisma są publicznie dostępne na jego stronie WWW i ich nieznajomość stanowi zawinione zaniedbanie, którego konsekwencji redakcja nie ma obowiązku nikomu kompensować.

Umożliwienie replikacji procedur czy eksperymentów

Jakiś czas temu pisałem na tych łamach o obowiązku udostępniania surowych danych, na których oparto ustalenia zawarte w danym manuskrypcie (data sharing); obowiązkowi temu podlegają autorzy nadsyłający prace do wielu periodyków naukowych. Mimo że jest to standardem w wielu renomowanych pismach, zaskakująco wielu badaczy wciąż traktuje to jako dziwaczne utrudnienie. Potrafią oni nawet wycofać artykuł niedługo po jego zgłoszeniu, gdy zdają sobie sprawę, że dana redakcja traktuje to faktycznie jako obowiązek, a nie jedynie sugestię czy opcję. Rozumiem, że zebranie pakietu takich danych może nie być łatwym zadaniem, jeśli badania trwały długo lub brało w nich udział wielu specjalistów, ale przyczyny tego obostrzenia są na tyle istotne, że warto postrzegać je jako naprawdę ważną kwestię. Po pierwsze, chodzi o umożliwienie recenzentom (przynajmniej tym bardziej angażującym się w swoją pracę) głębszego sprawdzenia zaprezentowanych odkryć. Drugim celem jest umożliwienie replikacji danych procedur czy eksperymentów przez innych badaczy (choć trzeba też jasno wskazać, że kryzys replikacji jest od lat faktem). Trzeci powód zaś to umożliwienie dostępu do danych naukowcom, którzy z ich zastosowaniem mogą przeprowadzić inne, własne badania. Najważniejsze powody to zatem nie tyle ujawnione oszustwa, co urzeczywistnianie wartości, na jakich wspiera się współczesna nauka. Nie sposób jednak pominąć milczeniem tego, że szereg oszustw naukowych zostało w ciągu ostatnich dwudziestu lat ujawnionych właśnie dlatego, że sprawca nie był w stanie podać surowych danych i w końcu musiał wyznać prawdę. Nie da się zatem wykluczyć, że w rzadkich wypadkach odmowa udostępnienia danych (w sytuacji gdy nie można zastosować żadnego dopuszczalnego wyjątku, np. względów etycznych lub zawarcia wszystkich danych w treści artykułu) może być związana niekoniecznie z próbą oszustwa, ale w każdym razie z faktem, że autorzy mają coś do ukrycia (np. pracowali na tyle chaotycznie, że nie sposób już odtworzyć surowych danych badawczych). Autorzy z reguły proszeni są o udostępnienie danych poprzez ogólnodostępne, bezpłatne repozytoria (Zenodo, Figshare itp.), jeśli przyczyną niemożności podzielenia się danymi jest problem ze skorzystaniem z tych narzędzi, niektóre redakcje oferują pomoc w tym zakresie.

Autor ma jeden artykuł (swój), a redaktor multum

U źródeł niektórych niezrozumiałych dla części autorów reguł leżą względy czysto edytorskie, tj. związane z tym, jak redagowany jest i składany dopuszczony już do publikacji artykuł. Dobrym przykładem jest konieczność podania przy zgłaszaniu manuskryptu nie tylko pełnego, ale i skróconego tytułu. Zdarza się, że autorzy – zapewne w wyniku pośpiechu – wstawiają w rubryce „skrócony tytuł” jedynie ukośnik lub myślnik. To jednak błąd, krótszy tytuł (np. do 45 znaków ze spacjami) jest potrzebny do stworzenia żywej paginy, czyli informacji dla czytelnika umieszczanej z reguły na górnej krawędzi strony, o tym, który artykuł w obrębie danego zeszytu znajduje się na danej stronie lub rozkładówce (dwóch sąsiadujących stronach parzystej i nieparzystej). Co zdaniem wspomnianych autorów mieliby tam wstawić redaktorzy: myślnik? ukośnik? [WYMYŚL SOBIE JAKIŚ TYTUŁ]?

Nierzadko autorzy są zdziwieni, że redakcja oczekuje, by dołączona do artykułu lista piśmiennictwa zawierała ściśle określone dane bibliograficzne (np. DOI lub numery PMID) i była utrzymana w konkretnym standardzie bibliograficznym (np. AMA lub APA). Jeśli dane czasopismo wymaga przekazania piśmiennictwa w formie listy wygenerowanej przez specjalny program – menedżer bibliografii (Mendeley, EndNote itp.) – format pozycji można zmieniać w danym programie zarówno po stronie autora, jak i redakcji. Jednak większość periodyków wciąż wymaga references w formie pliku tekstowego i wówczas sposób ich zapisu ma już znaczenie, ponieważ często redaktorzy wprowadzają poszczególne pozycje do jakiegoś menedżera bibliografii sami. Jeśli pozycje te nie będą zawierały identyfikatorów DOI, PMID lub (dla książek) ISBN, ich wprowadzanie będzie znacznie bardziej czasochłonne, gdyż to właśnie takie identyfikatory umożliwiają zaciągnięcie wszystkich danych określonej pozycji bibliograficznej jednocześnie do menedżera (źródła niemające żadnego z tych identyfikatorów są – przynajmniej w naukach ścisłych – już dość rzadkie). Ponadto przy wprowadzaniu do programu dziesiątek lub setek pozycji naraz zestandaryzowany sposób ich zapisu ma duże znaczenie, wprowadzający może wówczas działać trochę jak automat, gdyż ta sama informacja w danym typie pozycji bibliograficznej znajduje się zawsze w tym samym miejscu. Nawet jeśli zaś lista piśmiennictwa będzie tylko redagowana jako plik tekstowy i wstawiana do złożonego artykułu, to czytelnikowi będzie potem znacznie łatwiej odnaleźć daną pozycję w sieci, gdyż DOI lub inny numer określają jej położenie w sposób bezpośredni i jednoznaczny. Składacz jest w stanie podpiąć do DOI hiperłącze i jeśli czytelnik korzysta z wydania elektronicznego (a to współcześnie więcej niż norma), będzie mógł kliknąć na DOI w dokumencie PDF lub HTML i przenieść się od razu do cytowanej pozycji.

Zdarzają się wreszcie wymogi, których przyczyna jest prosta – zapewnienie porządku w pracy redakcji. Gdy kontaktują się ze mną niektórzy autorzy, oczekują, że będę pamiętał ich konkretny artykuł. W danym momencie mam jednak pod opieką kilkadziesiąt prac na różnych etapach obróbki redakcyjnej, a ponad sto kolejnych jest na różnych etapach recenzji koleżeńskiej lub statystycznej. Zapanowanie nad taką liczbą zmiennych jednocześnie wymaga stosowania odpowiednich narzędzi, w pracy redaktora są to przede wszystkim wspomniany już system służący do zarządzania obiegiem manuskryptów (Editorial Manager, Editorial System lub inny) oraz pomocnicze programy do gromadzenia informacji (Excel, Trello itp.). Jeśli to tylko możliwe, wszelkie informacje i pliki powinny być przekazywane za pomocą takiego systemu, gdyż będą mieli wówczas do nich dostęp wszyscy redaktorzy. Przesyłanie danych mailem może się wydawać autorom prostsze, ale dlatego, że autor ma jeden artykuł (swój), względnie kilka, a redaktor multum. Przekazywanie za pośrednictwem poczty elektronicznej np. korekt autorskich czy próby zgłaszania w ten sposób artykułów skutkują głównie tym, że prawdopodobieństwo popełnienia błędu lub zagubienia czegoś znacząco rośnie. Jakkolwiek to zabrzmi, komfort autora jest w takiej sytuacji mniej istotny niż organizacja pracy redakcji, w której ważną zasadą jest walka z chaosem i ograniczanie poziomu entropii.

Świadomie nie piszę tu o regułach zawartych w instrukcjach dla autorów udostępnianych przez redakcje czasopism naukowych, które mają swoje źródło poza redakcją, a ich zrozumienie wymaga orientacji w danej dziedzinie wiedzy. Tak jest np. w przypadku nazw narodowości i grup etnicznych – niektóre periodyki w ramach unikania stosowania raniącego języka wprost wskazują, że na ich łamach pisze się tylko o Inuitach, nie o Eskimosach, o Rdzennych/Tubylczych Amerykanach lub First Nations, a nie Indianach, o Romach, a nie Cyganach, a bywa też, że o Saamach, nie o Lapończykach. Ten ostatni przykład jest specyficzny, gdyż niektórzy przedstawiciele tej nacji uważają określenie „Lapończyk” za obraźliwe, ale ponieważ nie jest jasne, dlaczego miałoby takie być, w niektórych językach – w tym po polsku – jest ono dopuszczalne (podobnie jest w przypadku Indian, ale już nie Inuitów). W niejednoznacznych sytuacjach z redakcją jak najbardziej można dyskutować, zwłaszcza gdy jest się specjalistą w danej dziedzinie i ma się ważkie argumenty. Natomiast reguł czysto redakcyjnych lepiej nie kontestować, są wynikiem bogatych (i nie zawsze przyjemnych) doświadczeń licznych redaktorów, a warto być świadomym, że mało który badacz zna się jednocześnie na wydawaniu czasopisma naukowego. Nawet utytułowani naukowcy znają najczęściej ten obszar tylko z punktu widzenia publikujących autorów. Warto czasem zaufać też cudzemu doświadczeniu.

Wróć