Marcelina Smużewska

Zofia Kozłowska-Budkowa. Źródło: historia.uj.edu.pl
Droga do nauki dla kobiet na początku XX wieku, mimo że już nie pionierska, nadal była niełatwa. Mimo talentów i pracowitości musiały pokonać wiele przeszkód i uprzedzeń. Często zapłacić też cenę w życiu osobistym. Znajdowały się jednak kobiety, dla których praca naukowa była „koniecznością wewnętrzną” i nie potrafiły z niej zrezygnować.
Zofia Kozłowska, przyszła profesor historii, urodziła się 1 grudnia 1893 roku w Lipnicy koło Jędrzejowa (ówcześnie zabór rosyjski) jako pierwsze z dzieci Romualda Kozłowskiego (ur. 1864) i Lucyny ze Strasburgerów. Ojciec pochodził z miejscowego ziemiaństwa. Był najmłodszym z siedmiorga dzieci Romualda Leona Kozłowskiego i Bronisławy z Radziejowskich. Dwóch jego starszych braci podjęło się studiów rolniczych w Rydze. On jednak pozostał w rodzinnym majątku Rembieszyce. We wspomnieniach córki pojawiają się sugestie, że nie był nadto bystry i pracowity, ale być może przesądził fakt, że podczas studiów zmarł jeden z jego starszych braci, Kazimierz, i rodzina nie chciała ryzykować wyjazdem kolejnego potomka po to, by ten mógł zdobyć wykształcenie.
Dziadek Zofii ze strony matki, Leon, był powstańcem i synem znanego warszawskiego cukiernika. On i babcia Zofii, Helena Werner, zmarli młodo, a młodą Lucynę (matkę Zofii) wzięła na wychowanie babka – Anna Krystyna z Szyców. Rodzina ze strony matki miała niemieckie korzenie, ale szybko się spolszczyła. Bracia dziadka zrobili spektakularne kariery. Edward Strasburger (1844–1912) został światowej sławy botanikiem i rektorem Uniwersytetu w Bonn. Karol Strasburger (1848–1916) był dyrektorem kolei warszawsko-wiedeńskiej. Trzeci z braci Leona, Julian Strasburger (1847–1916), pełnił funkcję dyrektora kopalni. Wspominam o tym dlatego, że relacje rodzinne były utrzymywane, a pamięć o przodkach kultywowana. Mogło być to elementem dodatnio wpływającym na chęć samokształcenia i budowania własnej kariery.
Najmłodsze lata Zofii upłynęły w Lipnicy. Był to majątek odziedziczony po dziadkach Kozłowskich. Pod koniec wieku jednak został sprzedany i rodzina przeniosła się do głównego siedliska rodowego – Rembieszyc. Folwark stał pusty, ponieważ stryj Zofii zaczął gospodarować na majątku żony. Rodzice Zofii sprzedali i ten dwór wraz ziemią, przenosząc się do nowego folwarku w okolicach Kielc (obecnie jest to dzielnica miasta). Zofia pisała we wspomnieniach, że Rembieszyce były kiedyś posiadłością dochodową i nawet wielkopańską, ale kiedy przejęli ją rodzice przyszłej historyczki, nie była już w dobrym stanie. Brakowało dobrej drogi, a ziemia była mało urodzajna (Wspomnienia z lat 1893–1923, Kraków 2018, s. 12). Ojciec postanowił założyć fabrykę sukna i derek. Okazała się niepowodzeniem. Dodatkowo gwałtowne zjawiska atmosferyczne zniszczyły stawy hodowlane, z których w dużej mierze utrzymywał się folwark. Nad rodziną zawisło widmo bankructwa, dlatego musiała się przeprowadzić. Majątek pod Kielcami nazywał się Scholasternia i miał cegielnię oraz młyn.
Początkowo dzieci Kozłowskich uczone były w domu przez bony. Od 1905 roku Zofia pobierała naukę w Kielcach, w czteroklasowej szkole Marii Krzyżanowskiej. Potem przeniosła się do Polskiej Szkoły Handlowej, która miała szerszy program. Jak wspominała Kozłowska, szkoła nazywała się tak nie dlatego, że uczono tam handlu czy księgowości. Była pod kontrolą Ministerstwa Handlu, co zapewniało jej więcej swobody niż pozostawanie pod kuratelą Ministerstwa Oświaty.
W 1910 roku rodzinę Kozłowskich dotknęły dwa nieszczęścia: śmierć jednego z dzieci, jedenastoletniego wówczas Edwarda (ur. 1899), oraz pożar majątku (o podpalenie podejrzewano konkurentów ojca, dowodów jednak nigdy nie znaleziono). Mimo tych tragedii Zofia ukończyła szkołę w 1911 roku i chcąc uzyskać prawo do nauczania, przeniosła się do Rygi, gdzie w jedynej szkole, która przyjmowała wówczas kobiety, mogła zdać maturę. Udało się to rok później.
Potem wraz z siostrą odbyła podróż po Europie. Odwiedziły Drezno, Norymbergę, Wiedeń i przez pewien czas mieszkały u państwa Paderewskich w Rion-Bosson, gdzie miały praktykować w ogrodnictwie i hodowli drobiu. Pani Paderewska miała ponoć wiele rasowych kur, ale do tego zajęcia zatrudniono tylko młodszą siostrę Zofii. Jej zaś polecono wypoczywać i szykować się do studiów w Krakowie.
W październiku 1912 roku Zofia została nadzwyczajną słuchaczką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nadzwyczajną, ponieważ nie miała zdanej matury z zakresu gimnazjum klasycznego, a jedynie egzamin, który uznawano za równorzędny na terenie Rosji. Pierwszymi jej wykładowcami byli Stanisław Krzyżanowski (1865–1917), Franciszek Bujak (1875–1953) i Jan Ptaśnik (1876–1930). Młoda Zofia zaangażowała się też w działalność organizacji studenckich, szczególnie sympatyzowała z socjalistycznym „Promieniem”, do którego zachęcił ją starszy kuzyn Leon Kozłowski (1892–1944). Przyszła historyczka należała też do koła naukowego oraz uczęszczała na gimnastykę do „Sokoła”. Większość spotkań miała charakter patriotyczny, zwłaszcza w „Promieniu”, ale idee, ludzie i organizacje przenikały się wzajemnie, więc o spory polityczne nie było trudno w żadnej organizacji, nawet samopomocowej. Z czasów studenckich zapamiętała wystąpienia Piłsudskiego, który zrobił na niej wrażenie swoją charyzmą. Poprzez działalność w „Promieniu” zaprzyjaźniła się z Kazimierzem Sawickim (1888–1971, przyszłym generałem Wojska Polskiego), Julianem Stachiewiczem (1890–1930, działaczem Związku Strzeleckiego, przyszłym historykiem wojskowości i generałem brygady), Arturem Maruszewskim (1886–1945, przyszłym wojewodą), Romanem Starzyńskim (1890–1938, bratem przyszłego prezydenta Warszawy), Walerym Sławkiem (1879–1939, przyszłym premierem) czy Jerzym Winiarzem (1892-1928, malarzem). Romantycznie związała się z kolegą ze studiów Kazimierzem Dobrowolskim (1894-1987), który także później zrobił karierę naukową i którego w studenckich czasach „zrekrutowała” do pracy w „Promieniu”.
Po wybuchu wojny Zofia wróciła do Kielc, gdzie działała razem z matką i ciotkami w Lidze Kobiet Pogotowia Wojennego. W 1915 roku zdała w Zakopanem egzamin maturalny w zakresie gimnazjum klasycznego, dzięki czemu uzyskała status zwykłej studentki uczelni krakowskiej. Znalazła się tam, ponieważ nie można było bezpiecznie przebywać ani w Kielcach ani w Krakowie. W trakcie wojny uważnie obserwowała nastroje polityczne i pisała do lokalnych czasopism „Na Posterunku” i „Ziemi Kieleckiej”. Do Krakowa wróciła w 1916 roku i wznowiła studia. Została wiceprezeską Koła Historyków. Zrezygnowała z seminarium u prof. Bujaka i tematu dotyczącego prawa kolonizacyjnego w Niemczech. Przeszła pod skrzydła prof. Władysława Semkowicza (1878–1949) i zajęła się pracą dotyczącą opactwa cystersów w Koprzywnicy. Porzuciła temat trudniejszy dla łatwiejszego. Jak sama wspominała, zebrany materiał nie dał dostatecznej odpowiedzi na pytanie o różnice praktyczne w zastosowaniu prawa magdeburskiego, średzkiego i chełmińskiego (Wspomnienia…, s. 86).
W czerwcu 1918 roku Zofia Kozłowska wygłosiła referat będący krytycznym rozbiorem studium Stanisława Zachorowskiego (1885–1918) pt. Colloquia w Polsce od XII do XIV w. Wystąpienie było tak dobre, że zarówno Semkowicz, jak i Bujak namawiali autorkę do publikacji. Jednak nie zgodziła się, ujawniając tym samym swoją sympatię do autora. Tak pisała o tym wydarzeniu do rodziców: „miałam prawdziwą uciechę, Semkowicz na nieczytane, tylko sądząc po opinii Bujaka, przypuścił do mnie szturm prawdziwy, żeby dać do druku kollokwia, a na seminarium przeczytać to, co już mam gotowe z Koprzywnicy, oczywista przez wzgląd na nagrodę. Czy nie są kochani ci profesorowie? Z druku nic nie będzie, bo wolę zgodę z Zachorowskim niż widok mego nazwiska nawet na kartach «Kwartalnika Historycznego»” (Wspomnienia… s. 122). Zachorowski niedługo potem zachorował na hiszpankę i zmarł.

W tym samym czasie Kozłowska dała się poznać jako emancypantka. Napisała memoriał o dopuszczenie kobiet do studiów prawniczych, który poskutkował otwarciem fakultetu dla płci pięknej. Wspominała ten fakt następująco: „jest to rzeczywiście niesprawiedliwość. Urzędniczek potrzebują coraz więcej, nawet już niektórym na poczcie nie pozwalają wychodzić za mąż, a awansować im nie dają, bo do tego trzeba studiów prawnych. (…) jeżeli do końca czerwca nie rozpatrzą tej sprawy, albo jeżeli dadzą odmowną odpowiedź, to zrobimy awantury na Uniwersytecie, więc tym zmamuciałym Stańczykom nagada się takich rzeczy, jakich dawno nie słyszeli” (Wspomnienia…, s. 120).
W 1919 roku Zofia zachorowała na hiszpankę, którą ciężko przeszła. Rekonwalescencja zajęła jej dwa lata. Męczyły ją ciągle nawracające gorączki i osłabienie. Potem doszła jeszcze malaria. Przerwała pracę naukową, z kieleckiej prowincji (głównie z kolejnego, znów skromniejszego folwarku rodziców, tym razem na Podzamczu Piekoszowskim, oddalonym około 10 km od Kielc) obserwowała wojnę polsko-bolszewicką i opiekowała się siostrą, która także poważnie zachorowała na jakieś nie do końca ówcześnie poznane schorzenie w rodzaju artretyzmu. Z siostrą Hanią przyszła historyczka odwiedziła wiele szpitali i uzdrowisk. Na uczelnię wróciła dopiero pod koniec 1921 roku za namową Władysława Semkowicza. W tym samym czasie rozstała się z Kazimierzem Dobrowolskim. Jak wspominała, przyczyn było kilka: brak porozumienia między narzeczonymi spowodowany długą rozłąką, podejrzenie gruźlicy u Zofii i skupienie Kazimierza wyłącznie na nauce. Można więc powiedzieć, że drogi zakochanych rozeszły się w konsekwencji I wojny światowej.
Utrzymanie dawała Zofii praca w atlasie historycznym w Akademii Umiejętności oraz lekcje dawane na prywatnej pensji. Zajęcie okazało się też lekiem na złamane serce. W 1923 roku podeszła do rygorozów z historii, języka polskiego i filozofii. Wszystkie zdała celująco. W październiku 1924 roku otrzymała asystenturę w Gabinecie Nauk Pomocniczych Historii. Prowadziła zajęcia z paleografii i ćwiczenia do kursu prof. Semkowicza. W 1926 roku zainteresowała się polską dyplomatyką z XII wieku, co po dziesięciu latach stało się głównym tematem habilitacji. Rok później wyszła za mąż za Włodzimierza Budkę (1894–1977), kolegę ze studiów, o którym jednak niewiele pisze we wspomnieniach. Ślub wzięli w kościele pw. św. Floriana. Wśród gości była matka Zofii (ojciec zmarł w 1925 roku) i jej pierwsza sympatia Kazimierz Dobrowolski. Państwo Budkowie na swoje jedyne dziecko czekali długo, bo aż do 1933 roku. Mieli córkę o imieniu Aniela.
W lutym 1935 roku Zofia otrzymała awans na adiunkta w Seminarium Nauk Pomocniczych Historii, a dwa lata później uzyskała habilitację w tym samym obszarze. Wykład habilitacyjny miał tytuł Najdawniejszy list polski. Jako podstawę wszczęcia procedury przedstawiono zaświadczenie o złożeniu do druku Repertorjum dokumentów polskich (1937). Po dziś dzień jest to jeden z najlepszych przewodników po najstarszych polskich dokumentach z końca XII wieku.
Wybuch II wojny światowej w zasadzie uniemożliwił prowadzenie pracy naukowej, jednak nie dydaktycznej. W efekcie Sonderaktion Krakau zabrakło prof. Semkowicza i wielu innych. Mimo to Zofia Budkowa jako jedna z pierwszych wznowiła zajęcia prowadzone wcześniej przez przełożonego. Pierwsze spotkania prowadzone w ramach tajnych kompletów zorganizowano już w grudniu 1939 roku. Żeby uzyskać materiały do zajęć, często włamywała się do pomieszczeń Seminarium. Na początku 1940 roku Zofia Budkowa zaproponowała szefowi wrocławskiego archiwum miejskiego przejęcie wspomnianych zbiorów. W ten sposób zabezpieczono i uratowano zbiory Komisji Historycznej PAU, Komisji Atlasu Historycznego Polski i Słownika Łaciny Średniowiecznej. Opiekowało się nimi Archiwum Państwowe w Krakowie.
Warunki życia dla rodziny Budków były trudne. Mąż jako polski urzędnik archiwalny zarabiał niewiele. Zofia zajęła się więc pokątnym handlem, który – jak sama przyznała – nadszarpnął jej zdrowie (ze wstępu: Starzyński M., Ożóg K. 2018. Erudita. O Zofii Kozłowskiej-Budkowej. Wspomnienia…, s. XVIII). Wojnę jednak przetrwali, choć najgorsze miało jeszcze nadejść. W 1947 roku w efekcie źle rozpoznanej choroby zmarła ich jedyna córka Aniela. Trzy lata po jej śmierci w miesięczniku „Znak” udostępniono fragmenty pamiętnika Anielki. Był to zapis życia intelektualnego wrażliwej, religijnej i przywiązanej do rodziców nastolatki. Zofia Budkowa swoją rolę matki oceniała krytycznie. Jak sama napisała, postrzegała Anielkę „jak wyrzut sumienia, a im bardziej się o nią bałam, tym byłam dla niej surowsza” (Fragment ze wspomnień matki Anielki o jej ostatnich chwilach, „Znak” 5, 1950, nr 1, s. 53–54).
Nominację na profesora nadzwyczajnego Zofia Budkowa uzyskała w lutym 1956 roku. W 1964 roku przeszła na emeryturę. Uczniów nie miała wielu. Jej magistrantką była m.in. Celina Zawodzińska (1916–1999), a doktorantką Maria Kowalczyk (1925–2015), którą uważa się za kontynuatorkę prac uczonej. Seminarzyści nazywali Zofię Budkową żartobliwie „abbatissa”, co oznacza matkę przełożoną lub opatkę. Nawet po przejściu na emeryturę przychodziła „do pracy”. Miała swoje biurko w bibliotece katedry. W 1974 roku świętowała podwójny jubileusz: 80 urodzin i 50-lecia pracy naukowej. Na uroczystości obecni byli m.in. Włodzimierz Budka (mąż), Aleksander Gieysztor, Brygida Kürbis, Adam Vetulani i Jerzy Wyrozumski. W tym samym roku miało miejsce uroczyste odnowienie doktoratu Zofii Budkowej.
Stopniowo traciła wzrok. Na początku lat 80. nie była już w stanie ani czytać, ani nawet rozpoznać ludzkich twarzy. Pogodziła się z tym i nie była zgorzkniała z powodu niepełnosprawności. W 1986 roku złamała nogę. Zdążyła jeszcze podyktować swoje wspomnienia. Zmarła w Krakowie 29 sierpnia 1986 roku.
Zofia Budkowa pisała syntetycznie, była „mistrzynią małej formy” (Wspomnienia…, s. XX). Opublikowała ponad 200 prac. Nie napisała jednak żadnej „pełnowymiarowej” monografii. Ważną pracą w karierze historyczki było na pewno Repertorjum polskich dokumentów doby piastowskiej wydane przez Polską Akademię Umiejętności w 1937 roku. Jest to przewodnik po dyplomatyce polskiej XI i XII wieku. Zdaniem niektórych, do tej pory nie ma lepszego opracowania. Inną ważną pracą w karierze badaczki był obszerny artykuł na temat odnowienia Uniwersytetu Krakowskiego na przełomie XIV i XV wieku. Tekst ukazał się w 1964 roku w książce redagowanej przez Kazimierza Lepszego pt. Dzieje Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1364–1764. Autorka wykorzystała w tym celu tzw. roczniki krakowskie. Tematem zainteresował ją jeszcze w latach 20. XX wieku jej ówczesny mentor prof. Semkowicz, który je opracowywał. Zofia Kozłowska-Budkowa zinwentaryzowała spuściznę zmarłego w 1949 profesora. W jego materiałach znajdowały się między innymi fotokopie dokumentów, które uległy zniszczeniu podczas wojny. Rekomendowała ich wydanie w Polskiej Akademii Umiejętności. Nad krakowską annalistyką pracowała z różnym natężeniem przez około trzydzieści lat. Kontynuatorem jej prac w środowisku krakowskim jest Wojciech Drelicharz.
Zofia Kozłowska-Budkowa napisała też wiele tekstów poświęconych historiografii uniwersyteckiej. Zanim jednak zainteresowała się początkami uczelni krakowskiej, pisała o klasztorach, m.in. Cystersów, Dominikanów czy Norbertanek. Dużo uwagi poświęciła najstarszym mowom uniwersyteckim, które znajdowały się w Bibliotece UJ, Bibliotece Uniwersyteckiej i Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu. Wcześniej ten materiał był traktowany jako mało ciekawy i nie był analizowany dokładniej. Budkowa pracowała nad kazaniami Stanisława ze Skarbimierza, w tym nad kazaniem-traktatem De bellis iustis. Zainspirowała swoją uczennicę Celinę Zawodzińską do zainteresowania się tym tematem. Budkowa pracowała także nad dawnym kodeksem, którego autorstwo przypisuje się Franciszkowi z Brzegu i Mikołajowi Tempelfeldowi z Brzegu. Jeden z tekstów dotyczył Jadwigi Andegaweńskiej i jej zasług dla utworzenia uczelni. Z okazji 550 rocznicy bitwy pod Grunwaldem historyczka opracowała mowę mistrza Jana z Kluczborka, wygłoszoną latem lub jesienią 1410 roku do społeczności uniwersyteckiej Krakowa. Budkowa włączyła się też w dyskusję na temat chronologii powstawania kolejnych kolegiów Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym celu analizowała m.in. przekaz Jana Długosza w „Annales”. Przekonywała, że tzw. kolegium kazimierzowskie zaczęło powstawać od około 1366 roku.
Zofia Kozłowska-Budkowa była skromna i krytyczna wobec siebie. W ankiecie zamykającej rok akademicki 1952/1953 napisała: „nie posiadam wybitnych zdolności i słabe zdrowie. Pracuję, a zwłaszcza piszę powoli i z wysiłkiem, ale praca naukowa jest dla mnie koniecznością wewnętrzną i ilekroć ją miałam przerwać, czułam się nieszczęśliwa. Uznanie, z jakim spotkały się moje niezbyt liczne i stosunkowo drobne prace, zawdzięczam względnie dużemu zmysłowi krytycznemu, sumienności i staraniu się o jasność i przejrzystość ujęcia. To ostatnie jest wynikiem wielokrotnego przerabiania konceptu każdej pracy. Sądzę, że nadaję się do prac krytyczno-analitycznych, nie syntetycznych.
Interesuję się wielu zagadnieniami i łatwo rozpoczynam poszukiwania, ale trudno mi przychodzi skończyć je w formie spisania wyników, dlatego wiele moich robót nie wyszło i nie wyjdzie poza notatki.
Prace wydawnicze nie pociągają mnie, ale zajmuję się nimi z poczucia obowiązku, ponieważ uważam je za najważniejszy, podstawowy postulat nauki historycznej. Sądzę, że nie ma postępu nauki bez ciągłego rozszerzania podstawy źródłowej przez publikowanie nowych tekstów. Reedycja dawniej znanych ma mniejsze znaczenie. Dlatego wolałabym wydawać nieznane teksty z XV wieku, których sporo zdołałam zebrać, niż dobrze znane roczniki.
Za właściwy cel mojej pracy dydaktycznej (kursów paleografii) uważam kształcenie przyszłych wydawców źródeł. Napotyka to obecnie na nieprzezwyciężone trudności z powodu słabej znajomości łaciny u studentów historii, co utrudnia im nie tylko naukę paleografii, ale wszelki bezpośredni kontakt ze źródłem historycznym” (Wspomnienia… s. XXX).
Zofia Kozłowska-Budkowa była skromną a jednocześnie interesującą postacią w środowisku krakowskim. Po pierwsze, wybrała dość jeszcze nietypową drogę jak dla kobiety. Mimo to, profesorowie doceniali jej rzetelność i pracowitość. Po drugie, zajmowała się najdawniejszymi polskimi dokumentami, co stanowiło istotną wartość dla polskiej historii. Mimo że przeżyła dwie wojny i wiele osobistych tragedii, zachowała pogodę ducha i etos pracy.
Wróć