logo
FA 12/2024 życie akademickie

Marek Misiak

Gdzie my jesteśmy?

Gdzie my jesteśmy? 1

Rys. Sławomir Makal

Brak odruchu szukania, sprawdzania, dowiadywania się itp. u profesjonalnych pracowników naukowych wydaje mi się mimo wszystko mocno niepokojący. Zawsze rodzi się we mnie wówczas ukłucie wątpliwości: co, jeśli tak samo bezrefleksyjnie podchodzą oni do jakichś aspektów własnej pracy?

Zdarzają się sytuacje, gdy nie wystarczy odpowiedzieć na pytanie zgodnie ze stanem faktycznym i najlepszą wiedzą na dany temat – odpowiedź musi jeszcze odnosić się do rzeczywistości, a nie tylko do wewnętrznej logiki danego pytania. To jak w dowcipie o matematyku, który podczas spaceru zobaczył przelatujący balon. Jeden z aeronautów krzyknął do niego: Panie, gdzie my jesteśmy? Matematyk odkrzyknął: W balonie! Była to odpowiedź zgodna z prawdą, precyzyjna, a jednocześnie całkowicie nieprzydatna. Analizowanie dowcipów skutecznie pozbawia je jakiejkolwiek zabawności (czego – zapewne nieumyślnie – dowiódł Henri Bergson w słynnej książce Śmiech. Esej o komizmie), jednak tutaj chciałbym pójść tą drogą, aby coś udowodnić. Odpowiedź matematyka z dowcipu nie tylko w żaden sposób nie pomogła pasażerom balonu, może też ona świadczyć o tym, że odpowiadający nie jest w stanie wyjść poza bańkę swojej specjalności i nawet nie pomyślał, że w danym momencie nie rozumie sytuacji. Mądre głowy w mediach regularnie wskazują, że w wyniku postępującej specjalizacji (także w nauce) i fragmentacji świata obserwowanej w mediach społecznościowych zanika nie tylko ogólna wiedza o świecie, ale też świadomość, że może być ona istotna. W mojej pracy regularnie obserwuję tego skutki: autorzy książek i artykułów naukowych, ludzie naprawdę mądrzy i doświadczeni, często udzielają odpowiedzi nie na temat, gdy tylko pytanie dotyczy czegoś spoza ich specjalności. Niektórzy wydają się wręcz nie rozumieć, że poza ich polem zainteresowań pewne rozróżnienia pojęciowe w ogóle mają znaczenie. Obszarem, na przykładzie którego można to zaobserwować szczególnie wyraźnie, jest – być może nieoczekiwanie – geografia.

Miasta? Państwa?

W publikacjach naukowych różnego typu często należy podać taką lub inną lokalizację geograficzną. Ma to znaczenie m.in. przy afiliacjach autorów, identyfikowaniu instytucji (naukowych, państwowych i innych) w jakiś sposób zaangażowanych w powstanie danej pracy, wskazywaniu producentów użytego sprzętu i oprogramowania, jak również konkretnego obszaru, na którym prowadzono badania. Niektóre czasopisma i wydawnictwa naukowe stawiają w tym kontekście konkretne wymagania i tu właśnie okazuje się, że pewne rozróżnienia są jednak istotne. Najczęściej spotykanym błędem jest mylenie przez autorów nazw miejscowości oraz większych jednostek administracyjnych, w obrębie których dane miasto lub mniejsza miejscowość się znajdują. W czasopismach, które redaguję, instrukcje dla autorów wyraźnie mówią, że należy podać trzy informacje: 1) nazwę instytucji lub firmy, 2) nazwę miejscowości i 3) nazwę państwa. Mimo to z zadziwiającą regularnością dowiaduję się, że są takie miasta, jak Kerala w Indiach czy Kalifornia w USA. Czasem wynika to po prostu z przyzwyczajenia – osoby często stykające się z materiałami z tego drugiego kraju mogą być wdrożone w podawanie nazwy stanu, a nie całego kraju, gdyż tak właśnie robi się za oceanem (jeśli podano, że np. dana uczelnia znajduje się w Teksasie, to jest raczej oczywiste, nie tylko dla Amerykanina, o który kraj chodzi). Jednak w licznych przypadkach próba uzyskania od autora prawidłowej informacji ujawnia coś innego: że dana osoba wyraźnie nie zdaje sobie sprawy z różnicy między miastem a stanem czy prowincją. Co najdziwniejsze, nawet powtarzające się pytania ze strony redaktora nie skłaniają wielu autorów do sprawdzenia, czy Kerala lub Kalifornia to miasta, stany/prowincje czy państwa, choć jest to informacja dziecinnie łatwo dostępna w sieci. Brak odruchu szukania, sprawdzania, dowiadywania się itp. u profesjonalnych pracowników naukowych wydaje mi się mimo wszystko mocno niepokojący. Zawsze rodzi się we mnie wówczas ukłucie wątpliwości: co, jeśli tak samo bezrefleksyjnie podchodzą oni do jakichś aspektów własnej pracy?

Bywa, że autor dopiero ode mnie się dowiaduje, że dany kraj dzieli się na jakieś jednostki administracyjne i że w pewnych sytuacjach może to mieć znaczenie: USA, Australia, Meksyk czy Indie na stany, Kanada, RPA, Brazylia czy Chiny na prowincje, Rosja na kraje i obwody itp. Nie bez powodu wymieniam tu państwa bardzo rozległe, po prostu w ich przypadku podawanie także jednostki administracyjnej może być istotniejsze, choćby z racji większego prawdopodobieństwa, że znajduje się w nich więcej niż jedno miasto o danej nazwie (dla przykładu: dobrym pomysłem jest pisanie o Salem w stanie Massachusetts, gdyż w USA jest szereg innych miejscowości o takiej nazwie, wprawdzie mniejszych, ale jednak). Brak zainteresowania tym, że są jakieś inne kraje na świecie, i że mogą tam panować odmienne uwarunkowania, jest jednak proszeniem się o kłopoty – w którymś momencie taka dokładność może się jednak okazać istotna i dojdzie do poważnego nieporozumienia. Natomiast podawanie samej nazwy stanu lub prowincji bez nazwy miejscowości nie wystarczy, dana instytucja może mieć kilka siedzib w obrębie tej samej jednostki administracyjnej (tak jest często np. w przypadku amerykańskich uniwersytetów stanowych), a sam stan lub prowincja mogą być same w sobie bardzo rozległe (przywołana już Kalifornia ma więcej mieszkańców i większą powierzchnię niż cała Polska). Z kolei nazwa stanu lub prowincji bez nazwy państwa może w pewnych (dość rzadkich) sytuacjach być myląca, szczególnie że, jak już wskazałem, niektórzy autorzy mogą nie być świadomi poniższych subtelności. Jest więcej niż jedna Kalifornia, w Meksyku też są dwa stany z Kalifornią w nazwie: Kalifornia Dolna (Baja California) i Kalifornia Dolna Południowa (Baja California Sur). Stykałem się już z tekstami, w których miejscowości znajdujące się w tych stanach lokalizowano po prostu w jakiejś bliżej nieokreślonej „Kalifornii”. Z kolei w Kanadzie jest prowincja o nazwie Kolumbia Brytyjska i zdarzają się autorzy przekonani, że chodzi o Kolumbię w Ameryce Południowej (po angielsku to dwa różne słowa: w Kanadzie jest British Columbia, w Ameryce Łacińskiej Colombia).

U nas tylko Czech Republic i Turkey

Warto mieć też na uwadze, że niektóre czasopisma i niektórzy wydawcy mogą mieć własną politykę dotyczącą zapisu lokalizacji instytucji czy podawania afiliacji i takie zasady mogą (gdyż nie muszą) być zgodne z regułami obowiązującymi w danym kraju czy języku. Niekiedy w celu ujednolicenia dla wszystkich państw przyjmuje się jedną regułę: nazwa instytucji + nazwa miejscowości + nazwa państwa. Wówczas dla żadnych krajów nie podaje się nazw stanów czy prowincji, nawet jeśli istnieje tam taki zwyczaj. Nie należy wówczas oczekiwać wyjątków dla jednego czy kilku państw ani próbować forsować swoich przyzwyczajeń, konsekwencja także jest w edytorstwie istotną wartością (chyba że miałoby to prowadzić do nieporozumień, wówczas oczywiście jednoznaczność jest ważniejsza).

Osobną (i często sporną) kwestią jest używanie konkretnych nazw konkretnych państw, zarówno po polsku, po angielsku, jak i w innych językach. Zdarzają się kraje, które w trakcie swej historii zmieniły nazwę albo we wszystkich językach, albo oficjalną nazwę po angielsku. Nie ma rzecz jasna kontrowersji, jeśli jakiś kraj rozpadł się na większą liczbę państw (jak ZSRR) lub radykalnie zmienił ustrój i granice (jak Cesarstwo Niemieckie w 1918 roku), wówczas zostaje w sformalizowany sposób ogłoszone, że od dnia X państwo Y przestaje istnieć, a na jego miejsce pojawia się inne państwo lub powstają inne państwa o ustalonych nazwach i granicach. Kłopot może się natomiast pojawić, jeśli modyfikacja dotyczy jedynie nazwy. Władze Czech zaraz po rozpadzie Czechosłowacji zalecały, aby ich kraj po angielsku nie nazywał się już Czech Republic, ale Czechia. Jednak, choć w 2016 roku zostało to nawet uregulowane ustawowo, nazwa Czech Republic zdążyła się już na tyle mocno ugruntować w anglojęzycznych mediach i piśmiennictwie, że Czechię można spotkać głównie w źródłach po angielsku, ale pisanych przez samych Czechów. Również władze Turcji silnie lansują formę Türkiye, tożsamą z wersją w języku tureckim, aby uniknąć skojarzeń Turcji z indykiem (turkey), ale obecność w tej nazwie nieznanej w angielszczyźnie litery i trudność z wymówieniem takiej nazwy dla osób nieznających tureckiego sprawia, że – podobnie jak z Czechami – formy tej używają po angielsku głównie sami Turcy. Chodzi o to, że tak naprawdę władze danego kraju mają kontrolę nad nazwą własnego kraju w języku urzędowym tego kraju i na jego terenie, ale nie mogą zmusić innych krajów czy podmiotów niepaństwowych (np. firmy Google) do używania konkretnej formy tej nazwy w innych językach (może poza oficjalnymi dokumentami organizacji międzynarodowych, do których dane państwo należy).

Także redakcje czasopism naukowych zachowują w tym obszarze swobodę i mają prawo wskazać w ramach konwencji wydawniczej, że na łamach danego anglojęzycznego periodyku stosowane będą tylko formy Czech Republic i Turkey. W języku polskim dobrym przykładem analogicznej zmiany, która nie musi przekładać się na inne języki, jest Holandia. W 2019 roku władze holenderskie postanowiły, że zrezygnują z anglojęzycznego określenia Holland, dotychczas stosowanego w marketingu dotyczącym tego kraju, na rzecz nazwy the Netherlands, a wprowadzanie zmiany rozpoczęto z początkiem roku 2020. Zmiana ta ma charakter wewnątrzkrajowy i dotyczy holenderskich instytucji, uniwersytetów, urzędów i ambasad itd., nie wiąże się zaś z apelem do innych państw o zastosowanie analogicznej zmiany w ich językach. Nie wpłynęło to na zmianę zalecanej krótkiej nazwy tego państwa w języku polskim. Nazwa „Niderlandy” we współczesnym języku polskim stosowana jest zazwyczaj dla krainy historycznej, odnosi się do krajów dawniej pozostających we władaniu Habsburgów (Niderlandy Habsburskie, Niderlandy Hiszpańskie, Niderlandy Austriackie).

Niewiedza i brak szacunku

Zdarzają się też anglojęzyczne nazwy krajów, które mogą być mylące i dlatego należy ich unikać. Niektórzy autorzy z Korei Południowej (ale nie tylko) określają ten kraj mianem „Korea”, tak jakby istniało tylko jedno państwo koreańskie. Sytuacji, gdy istniało więcej niż jedno państwo, którego władze uważały się za emanację całości danego narodu, było już w najnowszej historii kilka, ale redakcje czasopism naukowych na ogół starają się zachowywać w takich sprawach neutralność i używają nazw pozwalających na rozróżnienie, o który kraj chodzi. Dlatego w odniesieniu do lat 1949–1990 piszemy po angielsku zawsze o West Germany lub East Germany, a do dziś o South Korea albo North Korea (nie można zakładać, że sama Korea to domyślnie Korea Południowa). Amerykanie często piszą U.S. lub US (gdyż wiadomo, o jakie Stany Zjednoczone chodzi) i w wielu innych językach też tak jest (po polsku Stany Zjednoczone, po hiszpańsku Estados Unidos), ale wiele czasopism wymaga używania skrótu USA, a nie U.S.

Istotne jest wreszcie odróżnianie pełnych i skróconych nazw państw. Jakiś czas temu pewien utytułowany naukowiec wyjaśniał mi, że „nie ma takiego państwa jak Czechy, jest tylko Republika Czeska”. To właśnie znakomity przykład pomylenia tych dwóch pojęć. Jak najbardziej istnieją i Czechy, i Republika Czeska – to skrócona i pełna nazwa tego samego kraju (na tej samej zasadzie, co Polska i Rzeczpospolita Polska). Stąd m.in. pragnienie czeskich władz, aby Czechy po angielsku nazywały się Czechia, aby pełna i skrócona nazwa kraju również po angielsku były odmienne. W niektórych krajach częściej niż w innych używa się pełnej nazwy i stąd np. autorzy z Chin nalegający, aby po angielski używać nazwy People’s Republic of China (PRC), a w przypadku Korei Południowej – Republic of Korea (Korea Północna to po angielsku Democratic People’s Republic of Korea – DPRK). Jednak polityka redakcji czasopisma lub wydawnictwa w tym obszarze powinna być spójna: stosujemy (przynajmniej w konkretnym kontekście, np. w afiliacjach) albo konsekwentnie nazwy pełne, albo skrócone. Nie może być zatem tak, że mamy np. Germany (a nie Federal Republic of Germany), ale People’s Republic of China (a nie China). W tekście ciągłym może się zdarzyć, że użycie w niektórych sytuacjach pełnych nazw państw (względnie podanie ich w nawiasie lub przypisie) pozwoli z całkowitą pewnością odróżnić dwa państwa o podobnych nazwach, zwłaszcza jeśli wiedza o tym, że są to dwa inne byty, nie jest powszechna poza danym rejonem świata. Dobrym przykładem są tu dwa państwa kongijskie: Kongo (Kongo-Brazzaville) i Demokratyczna Republika Konga (DRK, Kongo-Kinszasa). Problem pojawił się, gdy w 1997 Zair (czyli dawne Kongo Belgijskie) zmienił nazwę na DRK.

Na koniec warto powrócić do zasygnalizowanego już aspektu omawianego zagadnienia. Jeśli ktoś nie zadaje sobie trudu, żeby sprawdzić podstawowe informacje o innych krajach, jakie podaje w swoim tekście, jak choćby nazwy krajów, stanów/prowincji czy miast, może to zostać odebrane nie tylko jako zawiniona niewiedza, ale także brak szacunku do innych państw i kultur. Jeśli chcemy uprawiać naukę, pewien podstawowy poziom wiedzy ogólnej oraz odruch sprawdzania tego, czego się nie wie, jest warunkiem przynajmniej sprawiania wrażenia, że interesuje nas to, co poza granicami naszego kraju i naszego świata.

Wróć