Łukasz Wolański

Rys. Sławomir Makal
Ostatnie trzydzieści lat historii szkolnictwa wyższego w Polsce to czas nieustannych organizacyjnych reform i zmian. Dokonują się one w oparciu o dwa główne mechanizmy. Pierwszy to ciągła walka z niezliczoną liczbą legislacyjnych niedoróbek, objawiającą się względnie systematycznym „cerowaniem” niewielkiej ich części. Drugi to przeprowadzane co jakiś czas większe reformy, mające za każdym razem ostatecznie wszystko uzdrowić. Od początku jednak pozbawione są one jakiejkolwiek spójności i przejrzystości. Nigdy nie są też realizowane do końca. Nowoczesne w swojej strukturze i organizacji szkolnictwo wyższe, przejrzyste, pozbawione zbędnych artefaktów, tworzące system bez wyłomów, wyjątków i ustępstw na rzecz różnych grupek partykularnych interesów, mogące w końcu tak funkcjonować bez dalszych zmian przez rozsądnie dłuższy okres – tego wszystkiego nadal nie mamy. Mamy za to klimat jak przy wieszaniu wiechy na niedokończonym dachu budowlanej samowolki.
Największe sukcesy dotychczasowych reform szkolnictwa wyższego to w istocie dostosowanie krajowego systemu studiowania do wymogów obowiązujących w ramach Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego (EOSW). Uporządkowanie kwestii oceniania, wprowadzenie suplementów do dyplomów, zorganizowanie trzystopniowego systemu studiów czy upowszechnienie Europejskiego Systemu Transferu i Akumulacji Punktów (ECTS) – wszystko to wprowadzono jako ogólnounijne, odgórne regulacje. Włącznie z wisienką na tym torcie, jaką stanowiło wdrożenie uchwalonych przez Parlament Europejski ram kwalifikacji, odtąd stanowiących część EOSW.
Te zmiany pokazują, że odpowiednio silnym oddziaływaniem i konsekwencją da się zmusić wszystkie uczelnie do konkretnych reform. Oczywiście te wyżej wspomniane, mające głównie biurokratyczny wymiar, są łatwiejsze od prawdziwej zmiany mentalności, a tym samym rzeczywistości akademickiej. Ale od czegoś trzeba zacząć. Tymczasem, niezależnie od politycznej atmosfery, tendencje w tej materii zwykle są podobne: jeśli w jakimś aspekcie nie ma przymusu działania, to najlepiej nie zmieniać nic. Nie ma co się skupiać na mniej istotnych kwestiach. A jednak bierność ustawodawcy nie gwarantuje utrzymania w danej kwestii status quo. Szczególnie gdy jakaś niepozorna dotąd aktywność akademicka stanie się z czasem bardziej pożądana przez rynek. Gdy szczelina w tamie już jest, napór wody w końcu zrobi swoje. Wszelkie niedoskonałości i niedociągnięcia zostaną wtedy bez skrupułów wykorzystane. Doskonałym przykładem tego, jak taki mechanizm działa i do czego prowadzi, są studia podyplomowe.
Zasadniczo artefaktem czasów słusznie minionych, słomianym misiem naszej akademickiej edukacji. A „prawdziwe pieniądze zarabia się na drogich, słomianych inwestycjach!”. Jeśli ten cytat z filmu Stanisława Barei spowodował u czytelnika choć niewielki uśmiech, to trudno go będzie zachować, gdy zdamy sobie sprawę z tego, jak adekwatnie opisuje on tę formę kształcenia. Zanim jednak o tym, to uświadommy sobie pewne liczby, dla poznania skali problemu.
Według źródła danych GUS w roku akademickim 2023/24 w Polsce uczyło się łącznie na studiach wyższych, czyli pierwszego i drugiego stopnia oraz jednolitych magisterskich, 1245,2 tys. osób. W studiach podyplomowych uczestniczyło zaś 177,9 tys. słuchaczy (o 21,2 tys. więcej niż przed rokiem!). Słuchacze stanowili więc liczbowo niecałe 15% liczby studentów. Trzeba jednak uwzględnić, że studia podyplomowe są relatywnie krótką formą kształcenia, trwającą od dwóch do zwykle czterech semestrów, realizowaną w miażdżącej większości przypadków niestacjonarnie i kończoną przez większy odsetek uczestników niż studia wyższe. W efekcie liczba rokrocznie wydawanych świadectw ukończenia studiów podyplomowych w stosunku do liczby nadanych w związku z ukończeniem studiów wyższych tytułów zawodowych jest znacznie większa niż stosunek liczby słuchaczy do liczby studentów. A przecież kluczowe jest, ilu i jakiego rodzaju absolwentów „produkuje” co roku system. W roku akademickim 2022/23 studia wyższe ukończyło 292,1 osób, w 2023/2024 – 62,7% stacjonarne. W opracowaniach GUS brak jest danych o tym, ile osób ukończyło w tym czasie w Polsce studia podyplomowe. Możemy jednak pokusić się o pewne szacunki. Informacje dostępne dla województwa małopolskiego są bowiem nieco dokładniejsze. Wynika z nich, że w roku akademickim 2023/2024 na uczelniach mających siedzibę w tym województwie kształciło się 148,4 tys. studentów, a w poprzednim roku akademickim dyplom uzyskało 35,9 tys. osób, z czego 72,3% absolwentów studiowało stacjonarnie. Warto podkreślić, że stosunek liczby studentów do liczby wydanych dyplomów dla województwa małopolskiego jest zbliżony do danych ogólnokrajowych. Z kolei w prowadzonych przez małopolskie uczelnie studiach podyplomowych uczestniczyło w analogicznych terminach 11,0 tys. osób, wydano zaś 8,6 tys. świadectw potwierdzających ich ukończenie. Zakładając, że również w kwestii studiów podyplomowych dane dla województwa małopolskiego są choćby z grubsza podobne do ogólnokrajowych, rocznie w Polsce wydaje się zapewne ponad 100 tysięcy świadectw ukończenia studiów podyplomowych. To zaś liczbowo stanowi aż kilkadziesiąt procent wydanych dyplomów ukończenia studiów wyższych. Nie tylko nie jest to więc kwestia marginalna, ale wręcz stanowi ona wraz ze studiami wyższymi ścisły mainstream kształcenia akademickiego.
Jeśli dodatkowo wziąć pod uwagę, że uczelnie akademickie i publiczne prowadzą studia podyplomowe w niewielkim wymiarze, jasne staje się to, że zdecydowana większość świadectw, o których mowa wyżej, jest wydawana przez uczelnie zawodowe oraz niepubliczne. I nie jest to raczej zaskakujące. Jeśli jednak studia podyplomowe stanowią problem, to z racji tak wielkiej liczby absolwentów kończących je każdego roku jest to dla kształcenia akademickiego problem bardzo poważny.
Zacznijmy od miejsca w systemie wyższej edukacji. Wiele lat temu, gdy studia były głównie studiami jednolitymi trwającymi najczęściej pięć czy sześć lat, potrzebna była forma krótsza, dająca możliwość doskonalenia się w wąskiej dziedzinie, rozwijania międzyobszarowego albo przekwalifikowania dla osób, które już raz wykazały swoją akademicką dojrzałość, zdobywając tytuł zawodowy. Pomijając np. podyplomowe kształcenie medyczne, które rzeczywiście służy doskonaleniu zawodowemu po uzyskaniu dyplomu, nader popularne stały się „podyplomówki” kwalifikacyjne, czyli służące uzyskaniu przygotowania do wykonywania kolejnego zawodu. Sęk w tym, że już dawno polskie szkolnictwo wyższe wcieliło w życie proces boloński, w którym właściwą drogą do uzyskania pełnych nowych kwalifikacji są same studia odpowiedniego stopnia, ewentualnie odpowiednio skrócone na skutek uznania dotychczasowych efektów uczenia się. Liczne kierunki studiów podyplomowych tworzą więc alternatywny, pozaboloński system umożliwiający w praktyce zdobycie takich samych uprawnień, jak odpowiednie studia wyższe. Zamiast studiów podyplomowych stają się one więc często studiami „zamiastdyplomowymi”. Jest to nie tylko zwyczajnie niepotrzebne, lecz zaciemnia system, szczególnie gdy polskie kwalifikacje mają zostać uznane za granicą. Powinno być więc prościej: magister geografii, który chciałby zostać w przyszłości nauczycielem matematyki, powinien ukończyć studia drugiego stopnia z matematyki, nie zaś studia podyplomowe. Te bowiem, nawet według obowiązujących ram, nie dają możliwości osiągnięcia pełnej kwalifikacji określonego poziomu, a jedynie kwalifikacje cząstkowe. W tym kontekście istnienie tzw. kwalifikacyjnych studiów podyplomowych, tj. dających kwalifikacje identyczne jak po studiach pierwszego czy drugiego stopnia, stoi też w jawnej sprzeczności z ideami, które leżą u podstaw funkcjonowania ram kwalifikacji. Za uzasadnione można by jeszcze uznać funkcjonowanie studiów podyplomowych jako doskonalących czy rozwijających, ale już nie uzupełniających. A i to pod warunkiem, że nie miałyby one na tyle wąskiego, praktycznego charakteru, iż powinny raczej stanowić kurs niż studia.
Kluczowym problemem jest więc to, że studia podyplomowe powszechnie stały się łatwiejszą alternatywą dla studiów wyższych, zwykle drugiego stopnia, dając w praktyce tożsame uprawnienia swoim absolwentom. Ale ten mało uczęszczany skrót nie bez powodu osiągnął przepustowość drogi ekspresowej. Jest to efektem dosyć powszechnej niskiej jakości tej formy kształcenia. Za pieniądze dają one słuchaczom złudne poczucie osiągnięcia edukacyjnego sukcesu, w zamian stanowiąc przede wszystkim źródło łatwego zysku dla uczelni. Nadal zaś egzystują, bo są pożądane społecznie. A właściwie nawet nie tyle one, co przekazywane po ich ukończeniu dokumenty, firmowane przez instytucje mające pieczęcie z „orzełkiem”. Ultima ratio ich istnienia sprowadza się często do krótkiego: „przecież były od zawsze”.
Przez wiele lat ustawa regulująca funkcjonowanie szkolnictwa wyższego stanowiła, iż „uczelnia może prowadzić studia podyplomowe w zakresie obszaru kształcenia, z którym związany jest co najmniej jeden kierunek studiów prowadzony przez uczelnię”. Teoretycznie nakładało to na szkoły wyższe obowiązek spełnienia podobnych wymogów zarówno po to, by prowadzić studia wyższe, jak i po to, by uzyskać prawo do prowadzenia studiów podyplomowych. Były od tej zasady wyjątki, gdyż uczelnia mogła starać się również o indywidualną zgodę na prowadzenie studiów podyplomowych, gdy miała trudności ze spełnieniem kryteriów ogólnych. Jednak podstawowa regulacja ustanawiała choćby z grubsza pewną równowagę w systemie. Skoro na danym kierunku podobne kwalifikacje dają zarówno studia wyższe, jak i podyplomowe, to prawo ich prowadzenia powinno być obłożone podobnymi wymaganiami. Dotyczyły one nie tylko kadr, ale również szeroko rozumianego zaplecza.
Nierzadkie były próby obchodzenia tego przepisu. Sprowadzały się zwykle do tego, że uczelnia prowadząca studia wyższe na jakimś kierunku starała się w każdych studiach podyplomowych zawrzeć choć ułamek zajęć im przypisanych, by móc uważać wymóg ustawowy za spełniony. Klasyką było prowadzenie studiów przygotowujących nauczycieli do nauczania jako drugiego przedmiotu matematyki, fizyki, chemii, biologii, geografii itp. oraz utrzymywanie, że wszystkie te studia podyplomowe przynależą do kierunku pedagogika. A przecież germanista chcący zdobyć kwalifikacje do nauczania historii powinien uzupełnić nie tyle wiedzę pedagogiczną, gdyż tę już zasadniczo posiada, co przede wszystkim osiągnąć efekty kształcenia powiązane z historią. Studia takie są więc przede wszystkim historyczne, a nie pedagogiczne.
W każdym razie, skoro studia podyplomowe od dawna stanowią przestrzeń nadmiernie podatną na nadużycia, należało wprowadzić szczegółowe regulacje, które ucięłyby te niepożądane zjawiska, w istocie rzeczy jedynie degradujące jakość kształcenia akademickiego. W 2016 roku ówczesny minister Jarosław Gowin wykonał jednak ruch w zupełnie przeciwnym kierunku, doprowadzając do całkowitego usunięcia wyżej wspomnianej regulacji z ustawy. Spowodowało to otwarcie na oścież i tak już mocno uchylonych drzwi, umożliwiając odtąd właściwie niekontrolowane prowadzenie przez szkoły wyższe dowolnej liczby i rodzaju studiów podyplomowych. Pewna grupa uczelni ochoczo skorzystała z tej możliwości. Niektóre powstały właściwie jedynie po to, by takie studia prowadzić.
To „podyplomowe Eldorado” od kilku lat ma się coraz lepiej. Wszak nawet Polska Komisja Akredytacyjna – instytucja powołana do działania na rzecz doskonalenia jakości kształcenia, która dokonuje ocen istniejących i planowanych do utworzenia kierunków studiów – nie ma żadnych narzędzi do kontroli studiów podyplomowych. Te bowiem mogą być otwierane przez szkoły wyższe zupełnie dowolnie, a już funkcjonując, nie podlegają żadnym ocenom. Z niedawnej wypowiedzi obecnego ministra Dariusza Wieczorka (podczas konferencji prasowej pod koniec maja 2024 roku na Uniwersytecie Gdańskim) wynikało też, że problem jest w resorcie znany.
Na sprawę trzeba też spojrzeć od strony biznesowej, wszak w naszym jawnie biznesowym świecie przyczyna zjawisk jest zwykle materialna. Czy pracodawcy aż tak bardzo cenią sobie studia podyplomowe, że przeżywają one taki boom? Raczej każdy woli osobę z odpowiednim tytułem zawodowym po porządnej akademii. Dopiero niedobory takich kadr, szczególnie tam, gdzie trzeba spełnić przepisowe wymogi co do posiadanego wykształcenia, otwierają drzwi dla tych, którzy choćby formalnie je spełniają. To wytwarza rynek pożądający dokumentów, a nie rzetelnego kształcenia umiejętności. To nawozi istnienie „drukarni dyplomów” (FA 1/2024) oraz uczy „kreatywnego” korzystania z e-learningu, co jednak postaram się omówić oddzielnie w niedalekiej przyszłości.
Dając jak zwykle kolejnemu ministrowi mandat zaufania, ucieszyłem się, widząc rozporządzenie ministra nauki z dnia 18 lipca 2024 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie dokumentów wydawanych w związku z przebiegiem lub ukończeniem studiów podyplomowych i kształcenia specjalistycznego. Wprowadziło ono szereg nowych regulacji: obowiązek umieszczania na świadectwach ukończenia studiów podyplomowych daty ich rozpoczęcia i zakończenia oraz liczby semestrów. Świadectwa te mają odtąd zawierać wykaz zrealizowanych zajęć, liczbę ich godzin (ZZU) oraz przypisane im punkty kredytowe (ECTS). Odtąd należy również wyszczególniać liczbę godzin zajęć kształtujących umiejętności praktyczne oraz liczbę godzin zajęć przeprowadzonych z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość.
Chciałbym uznać te zmiany za pierwszy krok „ku lepszemu”. Mam jednak pewne obawy. Pierwsza dotyczy motywacji. Punktowość działania i brak kontynuacji wskazują, że nie jest to zaplanowana reforma, a przykład bieżącego „cerowania”, stanowiący odpowiedź na ostatnie akademickie skandale. Co gorsza, mam przekonanie, że w praktyce jest to działanie w dużym stopniu pozorne. Jeśli bowiem jakaś uczelnia nie ma skrupułów, by potwierdzać w dokumentach nieprawdę (np. ukończenie studiów przez kogoś, kto naprawdę nie studiował), to tym bardziej nie będzie dla niej problemem umieszczanie nieprawdziwych informacji w przytoczonych wyżej kwestiach szczegółowych.
Za wyjątkowo dyskusyjne uważam również podejście do kwestii zajęć zdalnych. Zamknięcie tego tematu poprzez ograniczenie się jedynie do wyszczególnienia liczby godzin zrealizowanych w ten sposób zdaje się określać z urzędu tę formę kształcenia jako gorszą. Tymczasem to nie ona jest problemem, a jej wynaturzone odmiany i brak szczegółowych regulacji. Ale o tym postaram się szerzej napisać kolejnym razem.
Aby doszło do jakichkolwiek zmian projakościowych, trzeba by rewolucji. Ale lista wydaje się łatwa do ustalenia. Po pierwsze należałoby zlikwidować dwutorowość kształcenia w taki sposób, aby określone kwalifikacje były możliwe do uzyskania albo w drodze studiów wyższych, albo podyplomowych. Pomóc powinny szczegółowe przepisy precyzujące sposób organizacji studiów i studiów podyplomowych przez uczelnie zawodowe i niepubliczne, pozostawiając jedynie uczelniom akademickim dużo większą wolność w tej materii. Studia podyplomowe należy też objąć wszystkimi obostrzeniami, jakie obecnie dotyczą prowadzenia studiów wyższych oraz szkół doktorskich. W szczególności w systemie POL-on każda uczelnia powinna niezwłocznie odnotowywać moment przyjęcia słuchacza oraz ukończenia przez niego studiów podyplomowych. W końcu trzeba by też tak skonstruować prawo, by dokumenty wydawane z jego naruszeniem mogły być uznane, np. wskutek kontroli, za nieważne. Utrudniałoby to zmowę interesów, jaka niekiedy naturalnie funkcjonuje między słuchaczem zainteresowanym jedynie „papierkiem” a szkołą wyższą. Gdyby zaś studiujący został oszukany, mógłby dochodzić w sądzie roszczeń od takiej uczelni z tytułu wydania nieważnego dokumentu.
Dr inż. Łukasz Wolański, doktor nauk chemicznych (Politechnika Wrocławska), obecnie adiunkt badawczy w Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. Z zamiłowania nauczyciel.