Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Tytułowe pytanie można postawić w niejednym zawodzie. Udzielane na nie odpowiedzi będą zależały zarówno od specyfiki zawodu, jak i zmieniających się okoliczności, które sprawiają, że raz bardziej efektywne jest jego wykonywanie zespołowe, natomiast innym razem indywidualne. Nie inaczej jest w badaniach naukowych.
Pytanie to postawił Max Weber w wykładzie wygłoszonym na Uniwersytecie w Monachium w 1917 r., ściślej, zatytułował go: Nauka jako zawód (Wissenschaft als Beruf). W części krytycznej stanowił on głos sprzeciwu wobec „zdążania uniwersytetu w kierunku modelu amerykańskiego”, tj. takiego, w którym funkcjonuje on tak jak każdy inny „zakład kapitalistyczny” – „z oddzieleniem robotnika od środków produkcji” i traktowaniem instytutu przez dyrektora tak jakby był on jego własnością. W części obrończej wykład ten stanowił opowiedzenie się za takim traktowaniem uniwersytetu, jakby kształcenie było zajęciem „duchowo arystokratycznym”, a badania były pochodną nie tylko „osobistego talentu” uczonego, ale także pasji badawczej, którą można nazwać powołaniem. Weber podkreślał przy tym, że „nawet jeśli ma się w sobie wiele z tej pasji, to niezależnie od tego, jak bardzo jest ona prawdziwa i głęboka, rezultaty każą na siebie długo czekać. Stanowi ona wszakże dopiero warunek wstępny najistotniejszego: «natchnienia». Wśród młodych ludzi bardzo rozpowszechnione jest dzisiaj mniemanie, że nauka stała się zadaniem rachunkowym, czymś, co niczym w «jakiejś fabryce» produkowane jest przez zimny intelekt w laboratoriach czy statystycznych kartotekach, a nie tworzone całą «duszą»”. Sto lat temu te słowa były jedynie ostrzeżeniem. Natomiast dzisiaj są już tylko stwierdzeniem stanu rzeczy, który istnieje w wielu znaczących na świecie uniwersytetach.
Rzecz jasna nie opowiadam się za takim uprawianiem nauki, które przynosiło znaczące efekty w czasach Kopernika, tj. wówczas, gdy pojedynczy i funkcjonujący poza środowiskiem akademickim uczony potrafił dokonywać wielkich odkryć naukowych. Nie opowiadam się również za takim jej uprawieniem, jakie było udziałem Newtona, który był wprawdzie uniwersyteckim uczonym, ale swoje najbardziej znaczące osiągnięcia zawdzięczał osobistej pasji i odwadze w kwestionowaniu funkcjonujących w ówczesnej fizyce, optyce i astronomii błędnych poglądów. W XIX i na początku XX wieku pojawiali się uczeni, którzy badania prowadzili poza środowiskiem akademickim i osiągali w nich znaczące sukcesy. Przykładem może być James P. Joule (1818–1889). Był z zawodu piwowarem i jego badania nad naturą ciepła i związkiem między pracą mechaniczną a energią podyktowane były nie tylko pasją poznawczą, lecz także dążeniem do uczynienia bardziej efektywnymi urządzeń mechanicznych wykorzystywanych w browarze, w którym najpierw był zwykłym pracownikiem, a później zarządcą. Albert Einstein i Leopold Infeld w Ewolucji fizyki przypominają, że „Joule potwierdził doświadczalne przypuszczenie, że ciepło jest postacią energii i wyznaczył stosunek zmiany”. Posłużył się w swoich badaniach „pomysłową odmianą takiego urządzenia, które pozwala zmierzyć straty energii”. Dodają przy tym, że „dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie niemal podstawowe prace dotyczące istoty ciepła zawdzięczamy fizykom-amatorom, dla których fizyka była tylko ulubioną rozrywką”. Jednak nawet ci, którzy funkcjonowali wówczas w środowisku akademickim, mieli często do dyspozycji laboratoria daleko odbiegające wyposażeniem od współczesnych placówek badawczych. Dotyczy to m.in. laboratorium, w którym Maria Skłodowska-Curie i jej mąż Pierre Curie prowadzili badania nad promieniotwórczością i za osiągnięte w tym zakresie wyniki otrzymali (razem z Antoine’em H. Becquerelem) w 1903 roku Nagrodę Nobla.
W czasach, w których do znaczących odkryć naukowych dochodziło się indywidualną pasją i wielkim uporem w dążeniu do rozwiązania problemów stanowiących dla poszczególnych uczonych wielkie intelektualne wyzwanie, do najistotniejszych plusów funkcjonowania w zespołach badawczych należała konieczność poddawania osiąganych wyników ocenie tych, którzy albo podążali w nauce „utartymi szlakami”, albo nawet wybierali nowe, ale odmienne od tych, które prowadziły do trafnych rozwiązań. Przykładem mogą być chociażby XVII– i XVIII-wieczne dyskusje nad naturą światła (ścierała się w nich opcja korpuskularna z falową). Coś z tego pozostało do dzisiaj. Jednak obecnie wielkim plusem pracy zespołowej jest przede wszystkim możliwość współpracy uczonych o specjalistycznych kwalifikacjach niezbędnych do rozwiązania wieloaspektowych problemów, które wprawdzie mieszczą się jeszcze w określonej dziedzinie nauki, ale już nie w jednej dyscyplinie. Przykładem może być chociażby tegoroczna Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii. Otrzymali ją amerykański biolog rozwojowy Victor R. Ambros i amerykański biolog molekularny Gary Ruvkun za okrycie mikroRNA (miRNA) „stanowiącego klasę małych cząsteczek RNA, które ogrywają kluczową rolę w regulacji aktywności genów”. Komitet Noblowski w swoim uzasadnieniu stwierdza, że „laureaci przyczynili się do bezprecedensowego tempa rozwoju szczepionek podczas jednego z największych zagrożeń dla zdrowia ludzkiego współczesności”. Rzecz jasna odkrycie nie byłoby możliwe bez wyposażenia laboratoryjnego, środków finansowych i grupy współpracowników, których miał do dyspozycji pierwszy z nich w University of Massachusetts Medical School, a drugi w Harvard Medical School w Bostonie.
Dopóki trwa świętowanie otrzymania prestiżowego wyróżnienia przez tych uczonych, opinia publiczna dowiaduje się głównie o zaletach ich współpracy. Niewiele natomiast wiadomo o kontrowersjach, które są częścią składową praktycznie każdej pracy zespołowej. W końcu nawet najwybitniejsi uczeni miewają dni słabości, niecierpliwości i zwyczajnej ludzkiej złości. Przekonuje o tym m.in. głośny przypadek zespołu badawczego, który w 1953 r. dokonał odkrycia DNA (wielocząsteczkowego organicznego związku chemicznego z grupy kwasów nukleinowych, pełniącego rolę nośnika informacji genetycznej żywych organizmów). Zespół ten składał się z biochemika i genetyka Francisa Cricka, biochemika i biologa molekularnego Maurice’a H.F. Wilkinsa, biochemika Jamesa D. Watsona i laborantki Rosalind Franklin (obroniła doktorat z chemii fizycznej). W 1962 roku trzej pierwsi otrzymali za to odkrycie Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii. Funkcjonowanie tego zespołu opisane zostało przez J.D. Watsona w książce pt. Podwójna helisa (The Double Helix: A Personal Account of the Discovery of the Structure of DNA). W świetle tego opisu najbarwniejszą postacią był F. Crick, zdaniem Watsona „nigdy nie zdarzało się spotkać Francisa Cricka w nastroju skromnej powściągliwości” i „często przychodziło mu do głowy coś nowego i niezwykle podniecony mówił o tym każdemu, kto tylko gotów był go słuchać”. Natomiast najbardziej irytowała otoczenie Rosalind Franklin, zwłaszcza Cricka („niemal od chwili jej pojawienia się w laboratorium obydwoje działali sobie na nerwy”) oraz Wilkinsa („wcale nie myślała ona o sobie jako jego asystentce”). Jakby tego opisu nie oceniać, to przecież mamy tutaj do czynienia z wielkim odkryciem naukowym i z uczonymi światowego formatu.
Jak to wygląda na lokalnych poziomach badań i stosowania ich wyników w praktyce? W ostatnim czasie „zaliczyłem” szpitalne łóżko. Na ścianach oddziału, w którym przebywałem, wiszą zdjęcia jego kierownika i licznego zespołu. Generalnie znajdujące się na nich osoby sprawiają wrażenie zadowolonych z sytuacji zawodowej. Trudno zresztą temu się dziwić, bowiem jest to uniwersytecka klinika ciesząca się opinią jednej z najlepszych w Wielkopolsce i dostanie się do niej chociażby na staż zapewne nie jest łatwe, a awansowanie w hierarchii zespołu jeszcze trudniejsze. Nie mam powodu do narzekania na jakość świadczonych przez ten zespół usług medycznych. Inna sprawa to podejście poszczególnych lekarzy i personelu pomocniczego do pacjenta. Najlepiej wspominam podejście lekarza, który przeprowadził ze mną konsultacyjną rozmowę i niezwłocznie przekazał swoje sugestie lekarzowi, który wykonywał zabieg. Przyczynił się w ten sposób do skrócenia mojego pobytu w szpitalu o kilka dni. Gorzej wspominam podejście lekarki, która wykonywała stosunkowo proste badania wstępne i wyglądało na to, że nie jest specjalnie zadowolona ze swojej pozycji w hierarchii zespołu. Na szpitalnym oddziale istotną rolę odgrywa osoba zarządzająca rotacją pacjentów i czasami trzeba mieć szczęście, aby trafić na jej chwile życzliwości. Ja takiego szczęścia niestety nie miałem przy przydziale łóżka w sześcioosobowej sali (przy odrobinie życzliwości mógłbym trafić do dwuosobowego pokoju). Zapewne nie tylko w takim zespole medyków można znaleźć osoby eksponujące swoją ważność przy wykonywaniu prostych czynności.
Dzisiaj jest wprawdzie mniej miejsca na działalność takich indywidualności, bez których w przeszłości nie był możliwy postęp w nauce, jednak nie oznacza to, że nie ma miejsca na dochodzenie w niej na drodze indywidualnych badań do znaczących wyników. Problem w tym, aby otoczenie prowadzących badania uznawało nie tylko prawo do podążania własną drogą, ale także do bycia indywidualnością, która swoim zachowaniem czasami odbiega od przyjętych standardów. Z tym w praktyce różnie bywa, nawet w naukach znajdujących się na stosunkowo najwyższym poziomie rozwoju. Pozytywnym przykładem takiego podejścia do indywidualności może być przypadek Nielsa Bohra, duńskiego uczonego, który za „badania struktury atomów oraz emitowanego przez nie promieniowania” w 1922 r. otrzymał Nagrodę Nobla. Abraham Pais w Czasie Nielsa Bohra przedstawia uczonego jako osobę, która „wkładała całą swoją istotę i potrafiła skupić swą ogromną moc w maleńkim punkcie”, a gdy „odczuwał potrzebę przerwania dyskusji, wychodził na dwór i zabierał się do pielenia, co robił w sposób, który trzeba określić jako agresywny”. Autor tej biografii był najpierw uczniem, a później bliskim współpracownikiem uczonego i na podstawie wieloletnich obserwacji twierdzi, że „Bohr zachowywał się jak człowiek obdarzony całkowitą pewnością siebie i poczuciem przeznaczenia, wolnego od pośpiechu, lecz zawsze pochłoniętego, być może kompulsywnie, realizacją tego, czy innego projektu”. Do historii nauki przeszedł jego spór z A. Einsteinem w kwestii realności kwantów światła (Bohr nie wierzył w ich realne istnienie). Zdaniem Paisa, mimo że ci uczeni „zostali intelektualnymi przeciwnikami, w żaden sposób nie wpłynęło to na ich wzajemne stosunki”. Takie sytuacje zdarzają się również dzisiaj, nie tylko zresztą w naukach, w których ma miejsce swoisty „wyścig” o Nagrody Nobla. Wiele jednak zależy od cech osobowościowych konkretnych uczonych.
Stosunkowo największe przyzwolenie na funkcjonowanie indywidualności zdaje się występować w naukach o sztuce. Problemem jest jednak nie tylko to, że czymś innym jest uprawienie sztuki, a czymś innym jej analizowanie i ocenianie, ale także to, że podlegają one odmiennym kryteriom oceny niż stosowane w naukach ścisłych i przyrodniczych. Ta swoistość jest zresztą uwzględniana w obowiązującym obecnie wykazie dziedzin i dyscyplin naukowych. Spore przyzwolenie na indywidualności może również występować w naukach humanistycznych, zwłaszcza w takich jak filozofia, która tradycyjnie odwołuje się do wielkich indywidualności filozoficznych i na tym m.in. opiera swoją „legitymację” do znajdowania się w gronie akademickich nauk. Problem nie tylko w tym, aby od tych indywidualności przejmować to, co najlepsze i nie powielać ich błędów, ale także w tym, aby „wybić się” na samodzielność w analizowaniu i ocenianiu ich dokonań. Jak jest o to trudno, mogłem się przekonać, oceniając wnioski w procedurach awansowych. W niejednym przypadku osoby ubiegające się o status samodzielnego uczonego (w naszych realiach akademickich jest on związany z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego) jako swoje główne osiągnięcie badawcze przedstawiały to, co było lepszym lub gorszym streszczeniem poglądów innych filozofów. Dobrze jeszcze, jeśli byli to znaczący i wpływowi filozofowie. Zdarzyło mi się oceniać wniosek, w którym do roli głównych „bohaterów” wyniesieni zostali ci, o których wcześniej mało kto słyszał, a rola osoby ubiegającej się o naukową samodzielność polegała głównie na znalezieniu w archiwach ich pism, ich przeanalizowaniu oraz opatrzeniu licznymi odsyłaczami do literatury pomocniczej (procedura ta zakończyła się zresztą powodzeniem kandydatki). Zdarzają się również „osiągnięcia” badawcze, w których takich odsyłaczy jest niewiele. Nieco uważniejsze przyjrzenie się narracji przekonuje jednak, że to, co w niej przedstawiane w mowie niezależnej, jest w gruncie rzeczy albo podanym bez cudzysłowu cytatem, albo też parafrazą, która w niewielkim stopniu odbiega od oryginału. Stawia to oczywiście pod wielkim znakiem zapytania nie tyle nawet naukowość filozofii, co rzetelność badawczą filozofa, który ubiega się o akademicki awans.
Wróć