Marcin Wodziński

Fot. Tomasz Hołod
Nikt z nas nie pamięta czasów, w których nie narzekalibyśmy na stan nauki i politykę naukową kolejnych polskich rządów. Dlatego łatwo te skargi zignorować jako puste, rytualne narzekanie. Czy jednak rzeczywiście jest „jak zawsze”? Ministerstwo nauki robi wiele, żeby tak nie było.
Oczywiście, porównanie z poprzednim ministrem Przemysławem Czarnkiem poprawia wizerunek obecnych władz ministerialnych. Resort nie prowadzi dziś otwartej wojny z zarządzaną społecznością. Ale jak długo jeszcze środowiska naukowe mogą pocieszać się tym, że rok temu było gorzej?
Prawdą jest też, że wiele problemów nauki w Polsce ma charakter strukturalny, że nie naprawi się ich w rok ani nawet w dekadę. Ale czy to znaczy, że w ogóle nie warto się za to zabierać? Sporo można poprawić nawet bez skokowego, od dawna postulowanego zwiększenia nakładów finansowych czy radykalnych rozwiązań ustrojowych, jak proponowana niedawno przez Leszka Pacholskiego zmiana struktury zarządczej polskich uczelni (zob.: A gdyby rektorów zastąpili prezydenci? Anglosaska recepta na bolączki polskich uczelni, „Polityka”, 1 października 2024). Czy polskiego rządu naprawdę nie stać na racjonalną, nawet jeśli skromną i oszczędną, politykę naukową?
Rozmowy o poprawianiu polskiej nauki nie musimy zaczynać od pieniędzy. Bo jeden z dwóch największych problemów wcale nie dotyczy budżetu. Wprowadzona w 2018 r. przez ówczesnego ministra Jarosława Gowina „Konstytucja dla Nauki”, czyli ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, poważnie przebudowała polskie uczelnie. Po sześciu latach wiemy już, co się udało, a co zawiodło. Może więc przyszła pora, żeby poprawić to, co nie działa? Nie mówię o rewolucji (tych mamy już dość), a jedynie kuracji najgorzej działających elementów. Stosunkowo niewielkie zmiany mogłyby przynieść tu zaskakujące korzyści.
Trzeba przyznać, że ministerstwo zabrało się za naprawianie tego aspektu ustawy, na który środowisko naukowe narzeka najbardziej. System ewaluacji jednostek naukowych był od początku wadliwy, a w ostatnich latach został kompletnie rozregulowany ręcznymi ingerencjami ministra Czarnka. Dobrze, że ministerstwo nad tym pracuje. Skierowany ostatnio do konsultacji środowiskowych projekt rozporządzenia nie rozwiązuje wprawdzie największych problemów procesu ewaluacji, ale przynajmniej właściwie nazywa jego dysfunkcje. Jest nadzieja.
Ale to, co najgłośniej oprotestowywane, nie musi być wcale największym problemem. Znacznie poważniejsze zagrożenia czają się moim zdaniem w organizacji władz uczelni. Ustawa obdarzyła rektorów wyjątkowo silną, jednoosobową władzą, jednocześnie pozostawiając ich wybór w rękach quasi-demokratycznych struktur akademickich, a więc ciał elektorskich złożonych z przedstawicieli wykładowców, pracowników administracyjnych i studentów. To mieszanka wybuchowa. Bo z jednej strony pozycja rektora zdefiniowana w Ustawie 2.0 sprawia, że gra toczy się o wyższą stawkę, a więc w wyborach pojawiają się siły dotychczas w polityce akademickiej nieobecne, z partiami politycznymi włącznie. A z drugiej, społeczność akademicka jest w istocie pozbawiona bieżących instrumentów kontroli i wpływania na politykę uczelni. Nie powinno więc nikogo dziwić, że wybory wygrywają osoby, które potem bezwstydnie spłacają polityczne długi, dorabiają w radach nadzorczych, czy – ostatnio w Białymstoku – wygumkowują ze zdjęć nielubianych prorektorów. To co wygląda z zewnątrz jak wypadek przy pracy, jest w istocie regułą. Bez przemyślanej interwencji na poziomie ustawowym naprawa tego będzie niemożliwa. Tymczasem minister zdaje się problemu nie dostrzegać…
Sytuację komplikuje problem tzw. samorządności studenckiej. Obdarzony potężną władzą dwudziestu procent głosów elektorskich przy wyborze rektora, dysponujący znacznym budżetem samorząd na wielu polskich uczelniach przestał reprezentować studentów, a stał się aktywnym uczestnikiem gry politycznej. Często brudnej, sterowanej z zewnątrz, celowo ograniczającej udział szeregowych studentów w wyborach czy wręcz korumpującej system wyborczy.
Minister Dariusz Wieczorek wydaje się zakładnikiem przekonania, że „samorządy” reprezentują studentów, a więc demokratyzują uczelnie. To w rozumieniu lewicowego ministra jest wartością samą w sobie. Mam wątpliwości, czy na przykład czterokrotna przewaga studentów nad pracownikami administracyjnymi (którzy w przeciwieństwie do studentów nie opuszczą uczelni za jeden lub dwa semestry) w senatach uczelni nie jest populistycznym nadużyciem. Ale nawet jeśli nie chcemy wchodzić w spór z samą ideą samorządności studenckiej, to czy nie powinniśmy rozważyć zmian, które poprawią rzeczywistą reprezentację studentów w ich ciałach – dziś tylko de nomine – przedstawicielskich? Niektóre z takich rozwiązań są łatwe do wprowadzenia, intuicyjne, a nawet oczywiście sprawiedliwe.
Na przykład, najbardziej niedoreprezentowaną grupą na uczelniach są dziś doktoranci, pozbawieni wpływu na wybór rektora i istotnej reprezentacji w ciałach wybieralnych. Wystarczyłoby zmienić proporcję między przedstawicielami studentów i doktorantów, by wyraźnie poprawić nie tylko pozycję doktorantów, ale i jakość uczelnianych ciał przedstawicielskich. No tak, ale to wymagałoby dostrzeżenia kryzysu tzw. samorządności studenckiej, sytuacji doktorantów, problemów zarządczych uczelni, a do tego połączenia tych kwestii.
Innym dość oczywistym działaniem, które mogłoby doprowadzić do szybkiej poprawy stanu nauki w Polsce jest konsekwentna likwidacja odziedziczonej po poprzednim rządzie alternatywnej rzeczywistości, czyli instytutów dublujących instytucje już istniejące, zaspokajających puste ambicje tego czy innego polityka. Rząd zabrał się za likwidację kilku najjaskrawszych przypadków, jak Instytut De Republica czy Akademia Kopernikańska. Świetnie, budżet zlikwidowanej pseudo akademii na pewno przyda się do zasilenia rzeczywistych działań naukowych. Tyle, że 25 milionów z Akademii Kopernikańskiej nijak się ma do naprawdę gigantycznych wydatków Instytutu Pamięci Narodowej (prawie 600 milionów rocznie) czy Sieci Badawczej Łukasiewicz (1,7 miliarda!). Zasilenie tymi kwotami Narodowego Centrum Nauki – najlepiej działającej, a jednocześnie najbardziej niedofinansowanej instytucji zarządzania nauką w Polsce – pozwoliłoby na dwuipółkrotne zwiększenie wydatków na projekty badawcze. A na nich przecież stoi niemal cały system badań naukowych w Polsce.
Nie mam wątpliwości, że utrzymywanie odziedziczonych po poprzednich rządach fasadowych instytucji może być doraźnie łatwiejsze niż procesy likwidacyjne, zwłaszcza że instytucje są dziś rozproszone w różnych ministerstwach. I że przynajmniej niektóre z nich – jeśli tylko właściwie zarządzane – mogą prowadzić pożyteczną działalność. Dwie niedawne nominacje wybitnych specjalistów – prof. Adama Leszczyńskiego na szefa Instytutu Dmowskiego (przemianowanego na Instytut Narutowicza) i prof. Krzysztofa Ruchniewicza na szefa Instytutu Pileckiego – dają nadzieję, że nie chodzi tu o obsadzanie „swoich” i że rząd rzeczywiście próbuje znaleźć formułę ich sensownego funkcjonowania. Tyle, że jednocześnie rozwiązanie to ignoruje inne, fundamentalne pytanie, czy utrzymywanie tych paranaukowych instytucji nie oznacza rozproszenia środków, których jest w polskim systemie tak mało. A więc, czy nas na to stać? I czyim kosztem tak się dzieje?
Nie trzeba być detektywem, żeby odkryć, że pierwszą ofiarą tego systemu są radykalnie niedofinansowane „klasyczne” instytucje nauki: uczelnie, instytuty Polskiej Akademii Nauk, Narodowe Centrum Nauki. Powtarzane od miesięcy apele o zaprzestanie „głodzenia” polskiej nauki zaowocowały triumfalnie ogłoszonym programem dofinansowania uczelnianych inwestycji (ze wskazaniem, że nie pójdą one do „pieszczochów Czarnka”). W ten sposób obecny rząd wchodzi w buty poprzedniego, kontynuując politykę rozdawania kartonowych czeków. Świetnie, że nauka zostanie zasilona dodatkowymi środkami, bo przecież za kartonowymi czekami kryją się realne środki z obligacji skarbowych. Jaki jest jednak długofalowy plan? Czy za rok znów się dowiemy o piszczącej biedzie polskiej nauki, przy jednoczesnym marnowaniu środków na dublowanie jej struktur i zadań? A potem ktoś znów dosypie nam grosza, licząc że będziemy za to wdzięczni? Gdzie tu myślenie strategiczne?
Skoro ministerstwo nie zajmuje się tym, co mogłoby szybko i tanio poprawić, to czym właściwie się zajmuje?
Dwie najgłośniejsze awanturki, jakie w ostatnich miesiącach antagonizowały środowisko, to projekt ustawy o Polskiej Akademii Nauk i konkurs na szefa instytutu badającego sztuczną inteligencję IDEAS.
O konflikcie wokół Polskiej Akademii Nauk napisano już chyba dość. Dla mnie najważniejsze jest zasadnicze pytanie, dlaczego ministerstwo pisało ustawę, ignorując dwa wcześniejsze projekty przygotowane przez samo środowisko PAN-u. Odpowiedź wydaje się tyleż oczywista, co przygnębiająca. Jako historyk doskonale rozpoznaję mechanizmy zarządzania społecznościami, których się nie lubi lub którym się nie wierzy. Ministerstwo zwyczajnie nie ufa środowisku akademii. W PAN-owskich projektach zakłada istnienie pułapek i drugiego dna, obrony sprzecznych z interesem państwa interesów grupowych.
Co proponuje więc w zamian? Wielki skok na kasę, czyli próbę przejęcia kontroli nad znacznym majątkiem PAN-u i obniżenie statusu instytucji. Kto chce, może ministrowi uwierzyć, że wyszło mu tak tylko przez przypadek i że nie to było jego intencją. Równie kompromitująca dla władzy jest jednak sytuacja, w której minister nie jest w stanie przedstawić rzeczywistych celów regulacji prawnej, jej głównych założeń, a zamiast tego proponuje poprawianie pojedynczych zapisów.
Awantura z IDEAS obrazuje dokładnie ten sam problem: ministerstwo zarządza społecznością akademicką, całkowicie jej nie ufając. Z obu zderzeń minister wyszedł boleśnie poobijany. Można być więc umiarkowanym optymistą: w szczególnie drastycznych sytuacjach środowisko potrafi się obronić. Ale dlaczego w ogóle musimy się bronić?
Trudno zrozumieć, dlaczego obecnemu rządowi tak źle współpracuje się ze środowiskiem naukowym. Co prawda sam minister Wieczorek nie ma żadnego doświadczenia w tym zakresie, ale jego wiceministrowie wywodzą się z polskich uczelni i na własnej skórze doświadczyli dysfunkcji tego systemu. Środowisko akademickie w większości popierało też w jesiennych wyborach obecną władzę, a po 15 października uznało nową koalicję za swoją. Skąd więc takie zgrzyty?
Być może źródłem problemu jest właśnie to szerokie sympatyzowanie z obecną władzą i wynikłe z niego przeświadczenie ekipy rządzącej, że środowiska akademickie są skazane na popieranie liberalno-lewicowych ugrupowań politycznych. A skoro tak, to o ich głosy nie trzeba zabiegać. Dochodzi do tego dość wyraźnie artykułowane przekonanie o niewielkim znaczeniu środowiska naukowego oraz o drugorzędnym wpływie nauki na bieżącą politykę i przyszłość państwa. Manifestacją tego było powierzenie resortu nauki najsłabszemu koalicjantowi i zgoda na oddanie go w ręce osoby tak nieprzygotowanej jak Dariusz Wieczorek. A na co dzień wyraża się nieobecnością przedstawicieli władz państwowych w życiu środowiska naukowego. Trudniej o mocniej wyrażone désintéressement. Ostatni przykład to nieobecność jakiegokolwiek przedstawiciela prezydenta, rządu czy ministerstwa podczas wręczania Nagród Fundacji na rzecz Nauki Polskiej – być może najważniejszej polskiej nagrody naukowej przyznawanej przez niewątpliwie najważniejszą pozabudżetową instytucję polskiej nauki. Obecność marszałek Senatu, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, nie uratuje jednoosobowo honoru państwa polskiego.
Wszystkie te założenia – o bezwzględnym poparciu środowisk naukowych dla obecnej władzy, o wpływie tych środowisk na opinię publiczną i niewielkim znaczeniu nauki dla bieżących i przyszłych sprawa państwa – są moim zdaniem błędne. Nawet jeśli większość naukowców w poczuciu odpowiedzialności nie przerzuci swoich sympatii politycznych na partie skrajne i populistyczne, nie znaczy to, że coraz głośniej artykułowane niezadowolenie nie wybrzmiewa w przestrzeni publicznej. A to ma pośredni wpływ na zachowanie wyborców. Wystarczy, że część z nich, w poczuciu rozczarowania, nie będzie odnajdowała się w żadnej politycznej opcji i w dniu wyborów zostanie w domu.
Równie fatalne jest założenie, że politykę naukową państwa możemy zacząć „od jutra”, a dziś zajmiemy się sprawami naprawdę ważnymi (czytaj: pilnymi). Konserwowanie obecnego dysfunkcyjnego systemu zarządzania uczelniami z każdym rokiem pogarsza ich kondycję. Każdy budżet utrzymujący naukę polską na poziomie niedofinansowanego skansenu opóźnia nas nie tylko o kolejny rok, ale powiększa dystans, który kiedyś będziemy musieli nadrobić. Z każdym kolejnym rokiem będzie to coraz trudniejsze.
Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest za późno. Może właśnie w słabości jest nadzieja. Z wszystkich ministrów Dariusz Wieczorek jest tak jednoznacznie najsłabszy, że jest dość naturalnym kandydatem do wymiany przy najbliższej rekonstrukcji gabinetu. A później może być tylko lepiej. Zmiany – nawet stosunkowo niewielkie, jak drobne, ale konsekwentne przesunięcia budżetowe czy naprawa samorządności studenckiej i statusu doktorantów – mogą przynieść szybkie i wymierne efekty. Od rządu tylko zależy, czy takie działania podejmie.
Wróć