Grzegorz Ostasz

Rys. Sławomir Makal
W ostatnich latach wyraźnie widać stały spadek zainteresowania studiami. To tendencja ogólnoeuropejska, a nawet globalna. Dane sprzed kilku lat mają już tylko historyczną wartość i szybko się zmieniają. Jak wynika z raportu Eurostatu w 2021 r. wyższe uczelnie ukończyło 40 proc. Polaków w wieku 25-34 lat. Z kolei średnia dla Unii Europejskiej wyniosła wówczas 41,2%. Dla porównania w Niemczech dyplomy akademickie zdobyło 35,7% młodych ludzi, we Włoszech niewiele ponad 28%, we Francji ponad 50%. Rekordzistami były Luksemburg (62,6%), Irlandia (61,7%) oraz Cypr (58,3%). Najmniej absolwentów miała Rumunia – 23,3%.
Oczywiście malejące zainteresowanie studiami ma charakter względny. Kiedy prawie dwie dekady temu osiągnęliśmy wyśrubowany rekord i na polskich uczelniach studiowało ponad 1,9 mln osób (teraz jest ich o 700 tys. mniej), do grona żaków należeli uzupełniający wykształcenie przedstawiciele różnych zawodów. Obecnie w Polsce jest około 8 milionów osób z wyższym wykształceniem (w II RP, przy podobnej liczbie mieszkańców, 330 tys. osób szczyciło się dyplomami, a w 1988 r., u schyłku PRL, 1,8 miliona). Tymczasem, biorąc pod uwagę wymogi programowe oraz jakość kształcenia, na dyplom zasługuje co najwyżej 10 procent każdej generacji.
Przyczyn jest kilka. Na pierwszym miejscu są zmiany demograficzne, które w Polsce niestety będą się pogłębiać. Co zrozumiałe, nadal mamy grupę obleganych kierunków studiów, z kilkoma lub więcej kandydatami na każde miejsce – to przede wszystkim medycyna i informatyka. Ale nie można się oszukiwać i trwać w ułudzie. Pojawiła się bowiem inna ważna przesłanka. Nastolatkowie przestają dostrzegać sens studiowania (przede wszystkim pożądanego efektu finansowego), a to problem nie tylko uczelni, lecz całego systemu szkolnictwa wyższego. W bieżącym roku ledwie co drugi maturzysta rozważał pójście na studia, podczas gdy w 2018 r. studiowanie planowało aż 95% kończących szkoły średnie. Tempo zmian jest dynamiczne i wymaga szybkich działań naprawczych. Dzisiejsza młodzież zrywa ze wzorem swoich rodziców i świadomie rezygnuje z kilkuletniej przygody na uniwersytecie. Cóż, jeszcze kilkanaście lat temu zarobki absolwentów uczelni rosły szybciej niż wynagrodzenia osób bez dyplomu. Ale to już przeszłość. Teraz ciekawe i atrakcyjne pod względem finansowym oferty pracy nie mają warunku ukończenia uniwersytetu, politechniki czy innej szkoły wyższej. Dla pokolenia Z i zbliżającego się do dojrzałości pokolenia Alpha kuszącymi karierami (zajęciami?) są influencer, youtuber, trendsetter, vloger. „Zawody przyszłości” nie odwołują się do konkretnych kierunków studiów, nie wymagają studiowania (choć pojawiły się takie profile w szkołach średnich), jednak skutecznie wabią zarobkami; nawet przewyższającymi w ciągu roku wynagrodzenia, jakie rodzice dzisiejszych maturzystów mogą otrzymać przez całą karierę zawodową.
Negatywny wpływ na autorytet uniwersytetów mają medialne doniesienia o patologiach w szkolnictwie wyższym, uczelniach wydających dyplomy ukończenia studiów bez udziału w zajęciach i egzaminach, o toczących się latami postępowaniach dotyczących plagiatów w badaniach i publikacjach, kontrowersjach związanych ze ścieżką awansu naukowego. Także polityczne ambicje części kadry akademickiej skutkują spadkiem zaufania społecznego do tej szacownej, ale dziś już mniej szanowanej grupy zawodowej.
Nadto niepokoi, że młodzi ludzie utracili poczucie dumy ze statusu studenta. Mało kto jeszcze się szczyci studencką czapką. Również bluzy czy T-shirty z logo uczelni chętniej zakładają nauczyciele akademiccy niż generacja żaków. Przyczyna jest prozaiczna: studia straciły prestiż i z niegdyś elitarnego towaru stały się zbyt powszechne i łatwo dostępne. Zresztą analogicznie jest z maturą; panuje dziwne przekonanie, że to szkoły powinny się wstydzić, kiedy uczeń oblewa egzamin dojrzałości.
Również niemała grupa studentów jest krytyczna wobec własnego środowiska. Traci zaufanie do swoich reprezentacji, zauważa, że władze samorządów bardziej troszczą się o swoje kariery niż o problemy społeczności żaków. Nic dziwnego, że przekłada się to na niskie frekwencje podczas wyborów studenckich samorządów. Co znamienne, w skali kraju martwimy się, kiedy frekwencja w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich spada poniżej 50%. Tymczasem na uniwersytetach i politechnikach przyszła elita w jeszcze mniejszym stopniu angażuje się w proces wyłaniania studenckich samorządów.
Co może zaskakujące, w jakimś wymiarze na zainteresowanie studiowaniem negatywnie wpłynęły także decyzje polityczne, administracyjne. Na przykład z 2010 r. kiedy zniesiono obowiązek służby wojskowej, przed którym uczelnie dawały ochronę.
Według jednego z raportów tegoroczni maturzyści mają sporo pomysłów na przyszłość i to niezwiązanych ze studiowaniem (potocznie przydatnym tylko prawnikom i lekarzom). Jak wspomniano, zdolnych nastolatków bardziej motywuje ciekawa, a co jeszcze ważniejsze, dobrze płatna praca. Doskonale się orientują, że wykwalifikowany fachowiec zarabia więcej niż najlepszy absolwent renomowanego uniwersytetu. Pokolenie Z posiada też niezłą wiedzę z zakresu finansów osobistych. Nic dziwnego, że młodzi ludzie rozważają uruchomienie własnej działalności, emigrację zarobkową, a niekiedy kierują się chęcią odkrywania świata i podróżowania. Refleksję, ale też niepokój uczelnianych decydentów, muszą budzić i inne dane. Otóż 75% pokolenia Z ma świadomość nieustannego doskonalenia i kształcenia, ale uważa, że jest wiele lepszych sposobów na zdobycie wiedzy niż studia.
Problem z malejącą atrakcyjnością uniwersytetów wynika z faktu, że „podaż nie zaspokaja popytu”. Ale przecież to nie maturzysta jest od wytworzenia produktu, czyli zapewnienia podaży (w naszym przypadku pożądanej usługi kształcenia), ale to młody człowiek kształtuje popyt. Jeżeli coś nie cieszy się zainteresowaniem (studia), to nie jest to wina potencjonalnego klienta, lecz bez wyjątku instytucji, która oferuje usługę. Naturalnie można wpływać na popyt (rozbudzać zainteresowanie studiami), ale trzeba mieć atuty, a tych większości uczelni brakuje. Zbyt powszechnie oferowany model studiowania opiera się na zabetonowanej akademickiej tradycji. A przecież, jeśli coś się nie zmienia – nie unowocześnia, usprawnia, modernizuje – przegrywa. Tymczasem zmiany w dynamicznie ewoluującym otoczeniu rynkowym, w świecie cyfrowym, są coraz większe. Z kolei próba lekceważenia, niedoceniania tych zmian na uczelniach, to nic innego jak oszukiwanie rzeczywistości.
Również liczby ubiegających się na studia oraz kandydatów na jedno miejsce nie stanowią kryteriów popytu i podaży. Bezrefleksyjnie analizowane nie są wiarygodne i przekłamują dane, bo wielu kandydatów stara się o przyjęcie nawet na kilka kierunków na tej samej lub na różnych uczelniach. Inna sprawa, że kandydaci często nie kierują się racjonalnymi argumentami. Wybierają studia, które zapewnią im perspektywę zawodową, ale opierają się na pogłoskach, reklamie, a nie biorą pod uwagę własnych kompetencji.
Zamieszanie w procesie rekrutacji – dla szkół wyższych oraz kandydatów – wynika z nadmiernej liczby proponowanych, nieatrakcyjnych rynkowo, zbyt specjalistycznych kierunków (w których gubią się nawet pracownicy uczelni). Warto skorzystać z doświadczenia innych i prześledzić tryb oraz formę rekrutacji na topowe uczelnie: MIT, Harvard, Cambridge, Oksford, Stanford, Sapienzę, Sorbonę, Politechnikę Federalną w Zurychu.
Aby odpowiedzieć na tytułowe pytanie, wypada ustalić, po co studiujemy oraz jak postrzegamy uniwersytety i jak definiujemy studiowanie. A w tej fundamentalnej kwestii mamy spore zróżnicowanie i skrajne oczekiwania. Uniwersytety (i inne szkoły wyższe) uczyły i uczą dochodzenia do prawdy, rozwijają rozum jako zdolność myślenia, ale też rozum praktyczny, który później absolwenci poddają sprawdzeniu, pracując zawodowo. Aby ów rozum wszechstronnie ukształtować, potrzeba – w najlepszym i najważniejszym okresie życia, czyli w młodości – kilku lat studiów oraz zgłębiania przedmiotów teoretycznych i zawodowych. Uniwersytety urabiają zainteresowania, wzbogacają dusze, formują osobowości, uczą radości życia, jednoczą. I tak się dzieje, pod warunkiem że się o to umiejętnie staramy (a nie ulegniemy pokusie jałowego googlowania).
Choć programy nauczania szeregu polskich uczelni koncentrują się na kluczowych kompetencjach, na wykorzystaniu zaawansowanych umiejętności cyfrowych, to biegłość studentów wielu kierunków (w tym robotyki, informatyki czy mechatroniki) wciąż ma wymiar teoretyczny, a absolwenci nie czują się w pełni przygotowani do pracy. Powodów jest kilka. Po pierwsze, kadra akademicka nie widzi sensu dodatkowego angażowania się, wychodzenia przed szereg, modyfikowania przestarzałych programów nauczania. Po drugie budżety publicznych i niepublicznych szkół wyższych z reguły uniemożliwiają dostęp do najnowszych technologii. Inwestycje w laboratoria były, są i będą kosztowne i najczęściej nie podążają za najnowszymi trendami i rozwiązaniami, a do tego szybko się starzeją. Po trzecie na wielu uczelniach brak stałej, planowej współpracy z biznesem. Po czwarte, nawet najwyższej jakości wiedza praktyczna serwowana na uczelni dezaktualizuje się po kilku latach kariery zawodowej. Nic dziwnego, że część młodych inżynierów i absolwentów innych kierunków niedługo po odebraniu dyplomu przekonuje się, że ich studia nie są przydatne w pracy. Stąd opinia, że dyplom nie gwarantuje sukcesu na rynku pracy, a tym bardziej awansu czy podwyżki.
Współczesna tendencja do zdobywania wiedzy praktycznej kłóci się z ideą tradycyjnego uniwersytetu. Ale to właśnie studenci, pewnie słusznie, domagają się większej liczby zajęć z praktykami. Z jednego z raportów wynika, że to opinia ponad 80% studentów z kilku topowych polskich uczelni technicznych. Ponadto dwie trzecie bardziej sobie ceni zajęcia z fachowcami z branży niż z nauczycielami akademickimi. A zatem studencką młodzież coraz mniej pociąga wykładana teoria, nawet wsparta świetnymi publikacjami i najwyższymi umiejętnościami dydaktycznymi.
Tylko czy to wciąż będą uniwersytety, czy specjalistyczne kursy zawodowe? Przecież bez żmudnego studiowania w ciągu mniej niż dwóch lat można zdobyć certyfikat zawodowego pilota komunikacyjnego. A uposażenie w tej grupie zawodowej jest bardzo kuszące i to od początku kariery za sterami samolotu. Barierą, na szczęście dla uczelni kształcących pilotów, jest wyłącznie koszt kursu (około 200 tys. zł).
Aktualna generacja studentów ma określone wymagania odnośnie do nowoczesnych metod kształcenia. Zajęcia przede wszystkim muszą być ciekawe i angażujące. Ale młodzież również wie, że takie wymogi lepiej spełniają specjalistyczne kursy i szkolenia. Zresztą nowocześnie zarządzane firmy same wychodzą z odpowiednią inicjatywą i zapewniają pracownikom praktyczną edukację, często na poziomie, jakiego nie umożliwi żaden uniwersytet.
Czy uczelnie w ogóle mogą obiecywać absolwentom atrakcyjne zatrudnienie? Biorąc pod uwagę, jak nasze otoczenie dynamicznie ewoluuje, trudno prognozować, jakie specjalności będą oczekiwane za kilka lat. Dlatego aplikowanie na poszukiwany w danym momencie kierunek może po trzech czy pięciu latach studiów przynieść rozczarowanie, brak zawodowego spełnienia. Eksperci przekonują, że wkraczający na rynek pracy młodzi ludzie kilka razy zmienią zawód. Tymczasem skostniały system akademicki wymaga zatwierdzania planów studiów na rok przed rekrutacją, a więc jeszcze wydłuża proces „produkcji” absolwenta. Kolejny uczelniany mankament to brak możliwości modyfikowania i unowocześniania na bieżąco planów studiów. Zatem, jeśli ktoś rozpoczął studia na bazie planu, który właśnie się zdezaktualizował, to ma pecha i nadal będzie musiał przyswajać przestarzałą wiedzę.
Na liście najpopularniejszych kierunków studiów w Polsce znajdują się zarządzanie, informatyka, administracja, logistyka, ekonomia. Jednak zainteresowanie kandydatów nie zawsze idzie w parze z oczekiwaniami rynku pracy. Z drugiej strony mamy deficyt nauczycieli. Ale jak przyciągnąć do studiów pedagogicznych, skoro pensje w tej profesji są nieatrakcyjne dla młodych osób, a sami nauczyciele, rozczarowani wynagrodzeniami, odchodzą z zawodu.
Obecnie poszukiwani są też pracownicy służb mundurowych. Według Komendy Głównej Policji liczba wakatów w tej instytucji wynosi ok. 15 tys. Jednak czy do służby w policji potrzeba studiów wyższych, do tego na uczelni cywilnej, a nie resortowej?
Wciąż wartościujemy studia przez pryzmat spodziewanych zarobków. Nagłówek jednego z portali głosi: „Medycyna, informatyka i rachunkowość – absolwenci m.in. tych kierunków otrzymują najwyższe wynagrodzenie zaraz po studiach. Niektórzy mogą liczyć nawet na 16 tys. zł brutto”. Autor jednak nie wyjaśnił, czy w przypadku informatyki i rachunkowości wystarczą studia inżynierskie (bądź licencjackie), czy trzeba mieć dyplom magisterski. Nie uwzględnia też, że studia trwają co najmniej trzy lata, a w tym czasie wiele czynników może ulec zmianie. Zatem tego rodzaju newsy mącą w głowach maturzystom i ich rodzicom. To tak, jakby reklamować: „Zostań policjantem, komendant główny otrzymuje fajne uposażenie”. Albo: „Wybierz studia na kierunkach artystycznych. Kiedy zyskasz sławę, będziesz miał świat u stóp”. W rezultacie nie zainteresowania, nie predyspozycje, tylko pożądane dochody kształtują decyzje o wyborze kierunku studiów.
Czy można uniknąć sytuacji, kiedy ponosimy koszty edukacji, a umiejętności absolwentów są niezgodne z potrzebami rynku pracy? Chyba nie, bo nie sposób idealnie dopasować wykształcenia absolwentów do lokalnego rynku pracy i przewidzieć, czy zrekrutowani kandydaci znajdą pracę po studiach. Część zmian jest zaskakująca, jak w przypadku boomu na programistów, a potem gwałtownego spadku koniunktury pod wpływem sztucznej inteligencji. Podobnie jest z niedoborem specjalistów od cyberbezpieczeństwa oraz analizy danych (big data). Kto zaręczy, że za kilka lat absolwenci takich studiów też znajdą zatrudnienie? I z jakim uposażeniem? A może i te zawody zdominuje AI?
Nie ulega wątpliwości, że w pewnym stopniu malejące zainteresowanie studiami jest pochodną wszechogarniającej środowisko akademickie biurokracji, korporacjonizmu. Przemęczony, zestresowany natłokiem zadań i obowiązków, a nierzadko również wypalony zawodowo nauczyciel akademicki nie ma czasu i ochoty na rolę mistrza, naukowego przewodnika dla studenta. Nie znajduje motywacji na poświęcanie dodatkowego czasu nawet wybitnym jednostkom. A przecież nowoczesna, przyciągająca uczelnia musi uwzględniać to, że student jest podmiotem, a nie przedmiotem kształcenia, a nauczyciel akademicki mentorem rozwijającym samodzielność studiowania, pobudzającym pasje i ciekawość, promotorem modelu lifelong learning.
Wypada przytoczyć cięte określenie – Homo bureaucratis – użyte ponad pół wieku temu przez kanadyjskiego biologa Farleya Mowata. Mowat sprzeciwiał się biurokratycznym błazeństwom w swoim kraju i wyjaśnił, że Homo bureaucratis to „zwyrodniały produkt naszych czasów, który opatuliwszy się w kokon konwencji, po kretyńsku ożeniony z głupstwem, pogrążony w obskuranckich obsesjach i babrzący się w błahostkach mimo wszystko uważa się za jedynego Prawego Posiadacza Prawdy Objawionej i co za tym idzie: za jedynego samozwańczego arbitra”.
O konieczności poszerzenia wolności i ograniczenia biurokracji na uczelniach od lat wspominają kolejni szefowie resortu. Niestety nie widać rezultatów. Niegdyś pozytywne zmiany deklarował Jarosław Gowin, a wtórował mu prof. Andrzej Białas, prezes PAU, który o uczelnianej biurokracji mówił: „Mamy do czynienia z koszmarną hydrą i to z taką, do której sami się dokładamy”.
Wbrew intencjom nie zahamowano zalewu uczelni przez nakazy, zakazy, rozporządzenia, regulaminy i wytyczne. A przecież obietnice, choćby ministra Gowina, były bardzo konkretne. „Te tony papieru, to będzie oszczędność nie tylko dla lasów, ale przede wszystkim dla być może najcenniejszego kapitału, jakim dysponuje Polska: tym kapitałem są umysły polskich uczonych. Trzeba ich odciążyć od zadań biurokratycznych, po to by mogli skoncentrować się na tym, co jest ich misją, czyli na kształceniu następnych pokoleń, formacji polskich przyszłych elit i uprawianiu nauki”. W 2016 r. minister zapowiadał, że „eksperci PKA mają być nie kontrolerami, tylko mentorami, którzy pomagają uczelniom podnosić poziom edukacji na jak najwyższy szczyt, aż do szczebla doskonałości”, a „radykalnemu odchudzeniu ulegną Krajowe Ramy Kwalifikacji, coś, co było do tej pory przekleństwem”.
W rzeczywistości polskie szkolnictwo wyższe jeszcze mocniej ugrzęzło w odmętach biurokracji. W niezliczonych uczelnianych zarządzeniach gubią się nawet prawnicy. Kadra akademicka zamiast pracować naukowo, doskonalić warsztat dydaktyczny, szlifować nowe studenckie talenty zderza się z mobbingiem proceduralnym. Skupia się na wypełnianiu tabel i sprawozdań, zmaga się z abstrakcyjną dla studentów listą filadelfijską czy indeksami cytowań, nieżyciowymi, absurdalnymi zadaniami, wymogami i obowiązkami, rzekomo poprawiającymi jakość nauki i dydaktyki. W tym wszystkim ginie akademicka wolność, autonomia, różnorodność, kreatywność, inicjatywa i entuzjazm do nauki. Nie porwie młodych ludzi uniwersytet nieoparty na spełnionych, usatysfakcjonowanych pracownikach.
Kilka lat temu znajomy naukowiec otrzymał propozycję cyklu wykładów w jednym z topowych uniwersytetów w Europie Zachodniej. Szybko zawitał w „kadrach” i ochoczo przystąpił do wypełniania obowiązkowej dokumentacji. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy nowy szef arbitralnie stwierdził, że profesor i jego czas są zbyt cenne dla uniwersytetu, dlatego w pracy papierkowej otrzyma wsparcie uczelnianej administracji.
W Polsce machina akademickiej biurokracji dotyka również studentów: obowiązkowe papierowe podania, dziesiątki bezrefleksyjnych, sprzecznych i oderwanych od rzeczywistości wymogów, różne niezrozumiałe ograniczenia i formalne przeszkody. Zamiast z pasją studiować wybrane kierunki, dostają ofertę szkoleń: „rozumienie języka prawnego jako języka regulaminów i decyzji wydawanych na uczelni w sprawach indywidualnych”. Do tego wciąż pojawiające się kolejki do dziekanatów i uczelnianych biur, problemy ze zmianą grup zajęciowych, chaos w rozkładach zajęć, które rozpoczynają się nawet o siódmej rano, archaiczna forma wykładów (w nieuwzględniających percepcji słuchaczy dwugodzinnych blokach, a na studiach niestacjonarnych nawet dłuższych), fikcyjne zapisy o liczbie godzin „pracy własnej” studenta, nieakceptowalna kultura organizacyjna (na szczęście coraz rzadsza pośród kadry akademickiej) skutkują zniechęceniem do studiowania.
A wystarczy na bieżąco unowocześniać i upraszczać systemy obsługi toku studiów, wdrażać nowatorskie i wartościowe programy studiów, stosować efektywne rozwiązania projakościowe (wybieralność przedmiotów, elastyczny układ i blokowanie zajęć w semestrach, możliwość udziału w zajęciach na innych kierunkach i wydziałach, budowanie przez studenta własnej ścieżki programowej, odchudzenie przeładowanych programów), zamiast skupiać się na drugoplanowych środkach z zakresu nadzoru i kontroli administracyjnej. Priorytetem powinien stać się innowacyjny model dydaktyczny, czyli praktyczne zajęcia laboratoryjne i projektowe, które rozwijają wiedzę merytoryczną oraz umiejętność krytycznego myślenia, przygotowują do pracy zespołowej w grupach interdyscyplinarnych.
Prof. Arkadiusz Mężyk, niedawny rektor Politechniki Śląskiej i przewodniczący KRASP, podkreślił, że nowoczesne, atrakcyjne uczelnie muszą odejść od sztywnych, represyjnie rozliczanych programów studiów na rzecz jak największej elastyczności. Muszą zerwać z przestarzałą formułą prowadzenia zajęć i nie czekać na odgórne wytyczne, tylko inicjować konieczne zmiany. Student powinien mieć możliwość uzupełniania wybranego kierunku studiów o przedmioty zgodne z zainteresowaniami. To nic nowego, bo środowisko dobrze zna zachodni model z przedmiotami wybieralnymi, zresztą z powodzeniem stosowany na polskich renomowanych uczelniach niepublicznych. Jednak dla świętego spokoju większość szkół wyższych wciąż tkwi w archaicznych schematach.
Równolegle ze spadkiem zainteresowania studiowaniem pogłębia się zjawisko porzucania uczelni. Nie może dziwić, że Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozpoczęło we wrześniu br. nabór wniosków na konkurs „Efektywne zarządzanie uczelnią w celu minimalizowania zjawiska drop outu”. Celem jest wsparcie uczelni w niwelowaniu ryzyka przedwczesnego kończenia studiów. Ciekawe, ile państwowych szkół wyższych podejmie wyzwanie i zgłosi propozycje rozwiązań hamujących drop out?
A jakie są powody rezygnacji ze studiów? Te prozaiczne wynikają z faktu, że na uczelnie trafiają kandydaci nie w pełni świadomi, czego oczekują, niekiedy bez predyspozycji do studiowania danego kierunku oraz tacy, którzy nie powinni zostać studentami. Z kolei w grupie tych zdolnych pewna część w różnym czasie zniechęca się do studiowania z powodów merytorycznych, leżących po stronie uczelni (przestarzały program studiów, nieodpowiedni wykładowcy, zły rozkład zajęć, słaba infrastruktura obiektów dydaktycznych, akademików, brak wsparcia dla osób łączących studia z pracą itp.). Niekiedy życie zawodowe studentów rozmija się z wybranym kierunkiem studiów. A takim powodom można z powodzeniem przeciwdziałać. Niestety część uczelnianych ofert sprzyja drop outowi. To przede wszystkim kierunki tworzone na siłę, które od tradycyjnych różnią się wyłącznie „marketingową nazwą”. Pół biedy, jeśli studenci zniechęceni „nadmuchaną” ofertą spróbują sił na innym kierunku czy uczelni. Gorzej, jeśli trwale uprzedzą się do edukacji akademickiej.
Współczesne uczelnie stoją przed koniecznością kompleksowych, radyklanych zmian. Nie liftingu, pudrowania, ale reform planowych, przemyślanych, opartych na kompleksowej analizie zjawiska. Przede wszystkim muszą dotyczyć kierunków studiów, a jeszcze bardziej form kształcenia. Przegra każda uczelnia, która nie będzie nadążać, która ugrzęźnie w jałowych dyskusjach o jakości kształcenia. Stracą również te, które nie skorzystają z możliwości oferowanych przez sztuczną inteligencję i nie wdrożą studentów do efektywnego funkcjonowania w zmieniającym się świecie cyfrowym. Jest pewne, że pożądanych modyfikacji dokonają rektorzy – liderzy, kreatywni, wytrwali, odważni w decyzjach, przekonani i rozumiejący sens ulepszeń. Miejmy nadzieję, że pomocne będą deklaracje ministerstwa o zwiększeniu autonomii i apolityczności uczelni.
Szukając skutecznego lekarstwa na spadek zainteresowania studiami, uczelnie muszą postawić na profesjonalne zespoły promocji i komunikacji, ale także wyspecjalizowane komórki, których zadaniem będzie analiza wyników rekrutacji, studenckiego drop outu, ekonomicznych losów absolwentów. Ważne jest, aby uczelnie umiały identyfikować zdolnych, ale nieusatysfakcjonowanych studentów i diagnozować przyczyny tego stanu. Należy weryfikować, co jest rezultatem niedopasowania studenta do wymogów uczelni, a co wypadkową lekceważenia oczekiwań młodzieży i pracodawców. Zespoły marketingowe nowoczesnych uniwersytetów muszą przewidywać zainteresowania kolejnych generacji oraz przyciągać maturzystów z predyspozycjami do studiowania danego kierunku.
Pozostaje jeszcze ustalić, ilu potrzebujemy absolwentów szkół wyższych, bo przecież mieliśmy ewidentną nadprodukcję. Ponadto, czy malejąca atrakcyjność uniwersytetów, a co za tym idzie topniejąca liczba kandydatów na studia niesie pozytywy? Zdecydowanie tak, bo jawi się szansa na odzyskanie przez studiowanie należnej, elitarnej rangi, a dydaktyka w mniejszych grupach zawsze podnosi jakość. Wraz z redukcją liczby studentów pojawi się szansa na odbudowanie tak ważnej, klasycznej dla uniwersytetów relacji uczeń-mistrz oraz wspólne, efektywne rozwiązywanie naukowych problemów, kształcenie interdyscyplinarne, szlifowanie indywidualnych uzdolnień i pożądanych umiejętności społecznych oraz pracy w zespole.
Pewna dobrze przygotowana merytorycznie rzesza maturzystów zawsze była i będzie zainteresowana studiowaniem, a nie przyspieszonym wejściem w dorosłość. Nie można też lekceważyć atrakcyjności różnych aspektów studiowania, powszechnie traktowanego jako wyjątkowy okres życia. Ta atrakcyjność wymaga zrozumienia roli profesjonalnych centrów kultury studenckiej, fabryk kreatywności dla kół naukowych, nowoczesnych zespołów biblioteczno-informacyjnych, obiektów sportowych, miejsc coworkingu, akademików o wysokim standardzie itp. Oczywiście niebagatelne znaczenie ma również dobrze prowadzona, „fleksybilna” wymiana międzynarodowa.
Uniwersytet nowoczesny, otwarty na nowe wyzwania i trendy na pewno zostanie doceniony przez klientów – studentów. Tak się już dzieje w przypadku studiów podyplomowych, kursów i szkoleń oferowanych przez większość uczelni. Kształcenie podyplomowe zyskało status elitarności i jest powodem do dumy, a jednocześnie potwierdza, że świadomość klientów uniwersytetów wzrasta dopiero po zdobyciu dyplomu licencjata, inżyniera czy magistra. Przyciąga kandydatów ambitnych, zmotywowanych dążeniem do perfekcji w swoich dziedzinach, rozwijaniem intelektualnych aspiracji, networkingiem. Uczestnicy podyplomówek również budują prawdziwą tożsamość akademicką i społeczną, co niegdyś było standardem na studiach inżynierskich i magisterskich. Studia MBA, EMBA i DBA stały się trendem światowym, pozwalają na dopasowanie do szybko zmieniających się wymagań rynkowych i przemian gospodarczych. Okazały się pożądanymi ścieżkami edukacji dla menedżerów i liderów, a DBA alternatywą dla tradycyjnych doktoratów w zarządzaniu. Choć w Polsce DBA jest wciąż niszowe, budzi zainteresowanie menedżerów oraz osób szukających zaawansowanej wiedzy akademickiej i biznesowej. Nic dziwnego, że uczelnie intensywnie rozwijają kompetencje do prowadzenia takich studiów podyplomowych, a niektóre sięgają po międzynarodowe akredytacje.
Prof. dr hab. Grzegorz Ostasz, historyk, kierownik Katedry Nauk Humanistycznych i Społecznych Politechniki Rzeszowskiej