Piotr Müldner-Nieckowski

Ernest Bryll. Źródło: Biblioteka Narodowa, www.bn.org.pl
Dnia 16 marca 2024 w wieku 89 lat umarł Ernest Bryll.
Był – i tym bardziej jest – jednym z najwybitniejszych pisarzy polskich w historii. Wciąż nieodgadnionym, niedocenionym, nieopisanym krytycznie, choć chyba każdy wykształcony człowiek jego nazwisko zna i używa jego języka. Napisał mnóstwo i znakomicie. Jego wiersze czytało się po domach jak gdyby nigdy nic, to była lektura tak obowiązkowa jak książka kucharska. Pisana ręką lekką, umysłem nieskażonym, polotem pomysłowości.
Miał dzieła epokowe. Jednym z nich jest niechciana przez władzę i establishment artystowski sztuka Wieczernik. Pierwszy raz widziałem ją w 1984 roku jako zapis filmowy z wystawienia 5 kwietnia 1985 w kościele Miłosierdzia Bożego przy ulicy Żytniej w Warszawie. To była, jak mi się wydaje, prapremiera. Reżyserował Andrzej Wajda i niestety poprzykrawał niewygodne miejsca. Jeszcze wtedy nie można było tego skonfrontować z tekstem, bo ten ukazał się w trudno dostępnym wydaniu podziemnym wydawnictwa „Krąg” w 1988 roku. Podobnie Wajda osłabił sztukę w Teatrze Telewizji 14 kwietnia 1990.
Lepsze były inne wystawienia telewizyjne i radiowe: w Teatrze Polskiego Radia 27 marca 2005 w kapitalnej reżyserii Janusza Kukuły, Krzysztofa Tchórzewskiego w Teatrze Telewizji 28 marca 2019 r. i z lekka okrojone, ale ciekawie udoskonalone ruchem, dźwiękiem i aktorstwem z 12 kwietnia 2021 w reżyserii Grzegorza Królikiewicza. Każde wydawało się zdarzeniem całkowicie nowym, dotychczas nieznanym. Może odstępy czasowe zatarły poprzednie wrażenia? Może realizatorzy, każdy inaczej, przetwarzali oryginał na potrzeby swoich wizji, a może inaczej pokierowali stylem wypowiadania kwestii, odmiennie rozumiejąc treść utworu lub choćby tylko pewnych jego partii?
Jednak to siła tego utworu jest tak duża, że ze swej natury wygłusza zapamiętane przez widza interpretacje i grę z poprzednich przedstawień. Wieczernik jest dziełem, które mimo upływu dziesiątków lat, nadal drażniąco przylega do aktualnej rzeczywistości, tej, w której właśnie znajduje się odbiorca; wyraziście nawiązuje do niej i za każdym razem zmusza do nowego odczytu, a więc dostosowuje się do kolejnego czasu. Ponieważ, i o to zadbał Ernest Bryll z zastanawiającą mocą, jest to dzieło nieprzemijające.
Być może na początku jeszcze odczuwa się fascynującą w Rzeczy Listopadowej czy w Na szkle malowane skłonność autora do przedstawiania spraw za pomocą piętrowej techniki „teatru w teatrze” i dzięki temu kreowania krytycznego czy nawet prześmiewczego patrzenia z góry na nasz prostacki, głupi i zły świat, ale już przy pierwszej kwestii jednego z głównych bohaterów Wieczernika, Tomasza, który wypowiada swoje przesłanie i oznajmia niewiarę w Zmartwychwstanie Jezusa, orientujemy się, że poeta jednak rezygnuje z tamtej formuły. Zapewne czuł, że żarty i kpiny z chwili obecnej się kończą, a zaczynają się pojawiać sprawy o wiele poważniejsze i ważniejsze. Decydujące.
Niemal od razu pojawia się więc sytuacja misterium, które będzie łączyło treści religijno-dydaktyczne ze świeckimi realistyczno-obyczajowymi i dyskretnie, podskórnie nawiązywało do naszego czasu, w którym – mimo upływu tysiącleci – w mentalności człowieka wciąż istnieją te same cechy główne. Nie chodzi tu o potrzeby codzienne, a nawet nie o brak wolności czy beznadzieję bytu, prymitywną stagnację z zaciskaną pięścią władzy, nawet nie o brutalną przemoc państwa, rozpoznaną jak w słynnym Bryllowym Psalmie stojących w kolejce z oratorium Kolęda Nocka. Chodzi bowiem o ducha, o głębię istnienia cywilizacji opartej na dogmacie chrześcijańskim ze Zmartwychwstaniem jako zdarzeniem przełomowym i zarazem centralnym. O tę głębię i te wartości, które poruszają i zobowiązują nie tylko Polaków, nie tylko Europejczyków, ale cały świat, i nie tylko chrześcijan. I które mimo ważności są zwalczane.
Poeta wyznaczył sobie zadanie karkołomne, a jednak w Wieczerniku wykonane. Wieczernik jest arcydziełem. To dlatego słucha się, ogląda i czyta ten utwór z nieustającym zainteresowaniem i przejęciem. Nie sposób oderwać się od tekstu ani telewizora przełączyć na inny kanał. Język dialogów, zróżnicowany odpowiednio do cech osób, u Brylla jest klarowny i czytelny. Mimo pojawiania się archaizmów, agramatyzmów i zaskakujących metafor, zrozumiały nawet dla nieoczytanych.
Wieczernik dzieje się w izbach tak nazywanej budowli, zbudowanej zgodnie z legendą na górze Synaj. To tam odbyła się Ostatnia Wieczerza. Tam też doszło do epifanii, Objawienia Bożego. Rozprawiają. Niewierny Tomasz snuje swoją podejrzliwość. Są Magdalena, Piotr, Jan, Jakub, Uczniowie, Nikodem, Józef z Arymatei. Jest Maria. Judasza reprezentuje sznur, który kilka dni wcześniej zacisnął mu się na szyi. Ale widzimy tego zdrajcę jakby między nami, bo o nim też się mówi. Pojawia się też adwokat diabła Nieznajomy, który podsuwa solidne argumenty przeciwko uznaniu tego wszystkiego, co – o paradoksie! – widać gołym okiem.
Jezus ukazuje się jednak jako potężne rozświetlenie sceny. Może między Gdańskiem a Krakowem albo Lublinem a Poznaniem. A jeśli ktoś chce, na linii Jerozolima – Melbourne. Widz musi przymierzać zdarzenia biblijnego Zmartwychwstania do faktów, smutków, postaw, emocji, radości i klęsk czasu dzisiejszego. Taki to jest tekst.
A kto nie wierzy, niech włoży rękę w ranę na boku ciała. Jezus jednak powiedział do Tomasza, który w końcu stał się sobą: „Uwierzyłeś dlatego, że mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. To mówi też językiem wieczności Ernest Bryll. Tymi słowami pieczętuje misterium.
e-mail: lpj@lpj.pl