logo
FA 9/2024 życie akademickie

Rozmowa z Januszem Koziołem, kierownikiem Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie

„Gipsy” i modele

„Gipsy” i modele 1

Janusz Kozioł ze zwiedzającymi Muzeum ASP, kwiecień 2023. Fot. Robert Słuszniak

Muzeum w sensie ekspozycyjnym nie zamyka się na współczesność, jednak łatwiej nam jest ściągnąć odbiorców i zwiedzających, jeżeli puszczamy oko do historii, bo takie są wobec nas oczekiwania.

Muzeum ASP w Krakowie powstało w 2003 roku dzięki decyzji ówczesnego rektora, prof. Jana Pamuły. Tymczasem tradycje gromadzenia zbiorów sięgają początków uczelni. Jaki charakter miały najstarsze kolekcje?

Kiedy profesor Jan Pamuła podejmował decyzję o utworzeniu Muzeum, istniały już metody pozwalające realizować te zadania, których muzeum wobec dziedzictwa musi się podjąć, mimo że funkcjonujemy w codzienności muzeum uczelnianego. Pamiętajmy, że szkoła nazywana już wówczas Akademią została powołana w 1818 roku w strukturach Uniwersytetu Jagiellońskiego i zaczęła tworzyć swoją tradycję, której kontynuatorem jesteśmy. Już w XIX wieku pojawiła się świadomość, że jeżeli istnieje potrzeba kształcenia artystów, a nie tylko rzemieślników czy ludzi doraźnie zajmujących się sztuką, to trzeba też świadomie tworzyć kolekcje, które dzięki tej wartości, jaką jest czas, będą przybierać na wartości materialnej oraz wartości w sensie dydaktycznym, dokumentalnym, sentymentalnym, a także narracyjnym, bo pozwolą na rozpostarcie skrzydeł i stworzenie opowieści np. o początkach szkoły czy o XIX-wiecznym Krakowie. Ojcowie założyciele szkoły, dwaj Józefowie, Brodowski i Peszka, podróżują więc po całej Europie i kupują prace, których oryginały sięgają wielu wieków wcześniej. Gdy szliśmy na to spotkanie, minęliśmy całą kolekcję gipsowych odlewów rzeźb antycznych. Czas ich powstania jest niemal współczesny założycielom Szkoły Rysunku i Malarstwa.

Paradoksalnie więc – pierwsze zbiory to kopie dzieł sztuki.

„Gipsy” i modele 2

Otwarcie wystawy Tadeusz Kantor – Cafe Europe w Muzeum ASP, listopad 2023. Fot. Robert Słuszniak

Tak, musimy pamiętać, że świadomość potrzeby utworzenia muzeum w szkole artystycznej pojawiła się dużo później. Ergo – ta kolekcja rzeczywiście składała się z kopii, ale nie nazwałbym jej jeszcze kolekcją muzealną, tylko kolekcją tworzoną na potrzeby szkoły. Należy jednak z całą mocą podkreślić: kolekcją tworzoną świadomie.

Co mówią obecne zbiory muzealne na temat XIX-wiecznej dydaktyki prowadzonej w krakowskiej uczelni?

Wiele osób odwiedzających akademię jest zaskoczonych tym, że eksponowany w budynku zbiór odlewów nie służył tylko dekoracji, ale zaspokajał potrzeby dydaktyczne. Studium rysunku „z gipsu” było przedmiotem obowiązkowym, do zaliczenia. Pozostajemy pod wrażeniem umiejętności, ale także cierpliwości ówczesnych studentów.

Czy podstawą nauki malarstwa także było wykonywanie kopii uprzednio skopiowanych dzieł dawnych mistrzów?

Rozmawiamy, siedząc w Sali Senackiej. Patrzy na nas Jerzy Nowosielski i patrzy Zygmunt Papieski namalowany przez Jacka Malczewskiego. Ale mamy tu także przedstawienia kobiet i mężczyzn w konkretnym świetle, w konkretnych pozach. Aby zrozumieć wartość takich prac, musimy cofnąć się do XIX wieku. Dzisiaj jesteśmy obdarzeni olbrzymią łaską dostępu do informacji, kiedyś takiej łatwości nie było. Wyobraźmy sobie sytuację młodego człowieka, który rozpoczynał kształcenie z nadzieją, że zostanie artystą – kopie oraz te dzieła, które wiszą dzisiaj na ścianach, stanowiąc stałą ekspozycję, były dla niego okazją zanurzenia się w świat tego, co może spotkać w oryginałach, gdy w przyszłości będzie podróżować po Europie. Nie kto inny, a wielki Wojciech Korneli Stattler w 1830 roku wyjechał do Rzymu, by uzyskać wsparcie materialne tamtejszej Polonii i przeznaczyć je na zakup odlewów gipsowych i kopii malarskich. Zresztą pozwolę sobie odejść od tematu kopii i odwołać się do oryginałów. W gabinecie rektora znajduje się zbiór prac przypisywanych Philippo Ferdinandowi de Hamiltonowi, malarzowi flamandzkiemu, który żył w latach 1664-1750 i tworzył na dworze cesarskim w Wiedniu. Zbiór określany jest jako Atlas roślin i zwierząt. W sensie artystycznym prace nie budzą wielkiego zachwytu, natomiast na pewno silnie oddziaływały na wyobraźnię ówczesnego studenta, który mógł zobaczyć egzotyczne rośliny i zwierzęta, jakich nigdy nie spotka w Polsce. Metody kształcenia artystów były na tyle ciekawe oraz odmienne od naszych współczesnych wyobrażeń, że stały się przedmiotem zainteresowania historyków. Zresztą, jeśli o historykach mowa, Salę Senacką zdobi obraz Audiencja posła polskiego u sułtana autorstwa Lucjana Wędrychowskiego. Wiadomo, że ten malarz, kształcący się u Feliksa Szynalewskiego, szlifujący później umiejętności u samego Matejki, znajdował inspirację w pracach Jeana Baptiste’a Vanmoura lub Pierre’a-Paula Sevina, niemniej mam przyjemność, jako historyk z wykształcenia, przynajmniej raz do roku spotykać się z historykami specjalizującymi się w relacjach Rzeczypospolitej z Imperium Tureckim, którym bardzo zależy na możliwości obejrzenia tego płótna.

Zasady kształcenia artystów ulegają pewnej zmianie w czasach Juliana Fałata, oprócz kopiowania odlewów czy obrazów wprowadza się także pracę z modelem.

„Gipsy” i modele 3

Otwarcie wystawy Tadeusz Kantor – Cafe Europe w Muzeum ASP, listopad 2023. Fot. Robert Słuszniak

Naturalnie, musimy jednak pamiętać o tym, że do pracy z modelem, z żywym człowiekiem, można było przejść dopiero po zaliczeniu rysunku z gipsu. Taka kolejność miała związek z nabywaniem swobody technicznej, po prostu posąg się nie poruszał, studenci mieli więcej czasu na rysunek i dopiero po nabyciu pewnej biegłości mogli rysować modela, który potrzebuje przerw w pracy albo może nieco zmienić pozę. To interesująca historia, albowiem od czasów Juliana Fałata, który chciał zrzucić bagaż historii na rzecz artystycznego „tu i teraz”, zaczęły się pojawiać spory o znaczenie rysunku. Byli i tacy, którzy chcieli go wyeliminować zupełnie. Co ciekawe, przeciwny takiemu rozwiązaniu był Jacek Malczewski, który twierdził, że figurę trzeba umieć narysować, by mieć swobodę jej późniejszego dowolnego potraktowania.

Jaka jest rola darczyńców w tworzeniu kolekcji obecnego Muzeum ASP?

Artyści związani z uczelnią mieli świadomość, że jeżeli kształcenie ma być coraz lepsze, to kolekcja musi się powiększać, także w ten sposób, aby studenci mieli kontakt z pracami swoich nauczycieli i mistrzów. Dziś może byśmy określili kolekcję tych prac jako muzealną, ale wówczas miała ona działać w sposób motywujący i dowartościowujący: „popatrzcie, jakie nazwiska pojawiają się w naszych murach; jeśli tak uznani artyści przekazują nam swoje prace, to nie jesteśmy zwykłą szkołą malarstwa i rysunku”. Trzeba jasno powiedzieć, że szkoła w Krakowie szybko uzyskała renomę, co spowodowało przypływ wartościowych dzieł. Józef hrabia Załuski, pełniący od 1826 roku funkcję kuratora generalnego instytutów naukowych Wolnego Miasta Krakowa, wprowadził zasadę zobowiązującą profesorów akademii do przekazywania jednej ze swoich prac do zbiorów uczelnianej galerii. Zarządzający szkołą, a później akademią, byli świadomi tego, że kolekcji nie tworzy się na rok, ale na całe dziesięciolecia czy nawet stulecia. Rola darczyńców miała wtedy oraz ma dzisiaj fundamentalne znaczenie.

Kolekcja zapewne poszerzała się także za czasów Jana Matejki, który choć rzadko bywał w Szkole Sztuk Pięknych, to bardzo dbał o jej sprawy…

Tak, jednocześnie ze wspomnień ówczesnych słuchaczy wyłania się obraz Matejki, którego często fizycznie nie było w pracowni, ale wszyscy czuli jego obecność. Jest w tym jakaś metafizyka. Jan Matejko na pewno nie zaniedbywał swoich obowiązków jako dyrektor, co jest bardzo ważne chociażby z perspektywy tego budynku, w którym się znajdujemy. Dwa piętra wyżej, w naszym archiwum, są komplety dyplomów, a zarazem świadectw tego, w jaki sposób odbywało się kształcenie i ta administracja prowadzona była doskonale. Najważniejsze jest to, co Matejko dał akademii, bo przecież jesteśmy w budynku, który powstał na parceli ofiarowanej przez niego szkole – wówczas jeszcze nie w ścisłym centrum Krakowa, ale na Kleparzu – zaraz przy plantach i barbakanie. Budynek Szkoły Sztuk Pięknych według projektu Macieja Moraczewskiego, wykształconego w Berlinie architekta, został wzniesiony bardzo szybko. Uroczyste otwarcie gmachu nastąpiło w 1880 roku. To nie było przypadkowe budowanie; świadomie wznosi się gmach, w którym będzie się kształcić artystów, który buduje zaufanie tych, co na niego patrzą, i w którego murach mogą kształtować się kolekcje przydatne do kształcenia malarzy, rysowników czy rzeźbiarzy, chociaż muszę dodać, że już za wspomnianego wcześniej Juliana Fałata miały miejsce studenckie protesty wynikające z niewystarczających warunków pracy. Wracając jednak do czasów Matejki, naszą wielką wartością są rysunki ilustrujące działania młodych artystów. Rysunki gipsów, ale także modeli, mężczyzn. To stanowi trwałe dziedzictwo Akademii, a będąc świadomymi jego istnienia i znaczenia, jesteśmy zobowiązani wykorzystać muzealne instrumenty, by je chronić, zachować, ale także, a może przede wszystkim, informować o nich i zachęcać do dialogowania z artystyczną przeszłością i reinterpretowania jej.

Prace składające się na kolekcję były pozyskiwane także od społeczności Krakowa oraz od studentów, którzy niejednokrotnie działali potem jako czynni artyści, można więc obserwować całą ich drogę twórczą.

Prace pozyskuje się na skutek świadomego działania ludzi związanych z akademią. My deklarujemy, że chcemy budować sieć przyjaciół i mecenasów ASP. Dość wcześnie, wszak już w połowie XIX wieku, powstał pomysł przekazywania prac studenckich, ale nie jesteśmy w stanie stwierdzić, na ile był on skuteczny. Mamy jednak piękne zespoły i teki rysunków, dzięki którym widać, jak wiele samodyscypliny i zaangażowania ówcześni studenci wkładali w to, żeby zaliczyć przedmiot, żeby ich praca została zaakceptowana i oceniona pozytywnie. Są też i słabsze prace studentów, którzy gdzieś przemknęli przez akademię, widać w nich tęsknotę do przedstawienia tego, co widzą, co jednak przychodzi im z trudem. Żeby była jasność: tych tzw. nieudanych prac nie jest wiele.

A w jaki sposób obecnie pozyskuje się prace?

„Gipsy” i modele 4

Spotkanie w Sali Senackiej ASP w Krakowie, kwiecień 2024 Fot. Robert Słuszniak

Każde muzeum powiększa zbiory na drodze zakupów, darów lub przekazów. Nasze dzisiejsze działania głównie oparte są na tym, co możemy zaobserwować podczas wystawy końcoworocznej. Próbujemy zjednać sobie sympatię studentów, aby przekazywali swoje prace do zbiorów. Chcemy pozyskiwać i pokazywać zwłaszcza dobre prace, świadczące o tym, co młodych ludzi fascynuje w danym czasie, aby gdy nas tu już nie będzie, za 50 czy 60 lat, można było uchwycić pewne tendencje, które dotyczą np. obecnego dziesięciolecia.

Studenci przekazują swoje prace w darze, czy może akademia dysponuje środkami na ich zakup?

Nie różnimy się tutaj od muzeów w Rzeczypospolitej. Wiemy, że naszym zadaniem jest powiększanie kolekcji, a jednocześnie borykamy się z niewielką ilością środków, jakimi dysponujemy. Wciąż liczymy na sympatię studencką i chęć wsparcia naszej misji. Przed nami jednak bezwzględnie jest konieczność określenia warunków i sposobów pozyskiwania prac do kolekcji w oparciu o transfer środków płatniczych. Ufam, że ten duch przekazywania prac, zostawienia jakiegoś śladu po sobie w akademii nie zagaśnie. Natomiast – szczęśliwie – mamy olbrzymią konkurencję. To mnie cieszy, że bardzo dużo prac jest pokazywanych poza Akademią, są one przedmiotem zainteresowania ludzi, którzy prowadzą galerie, kuratorów, którzy organizują wystawy. Z jednej strony trochę zatem żałuję, widząc, co opuszcza ten gmach i już tu nie wróci, ale z drugiej mam świadomość, że muzeum podlega pierwotnej funkcji akademii. Niech więc studenci idą w świat, bo to jest dla nich najważniejsze.

Sytuacja muzeów jest różna. Muzea samorządowe w większości borykają się z absolutnym brakiem środków i toczą walkę o utrzymanie się na powierzchni, jeśli chodzi o powiększanie kolekcji. Towarzyszy nam świadomość tego, jak istotne jest budowanie dziedzictwa miejsca, dziedzictwa czasu, w którym dane dzieło powstało. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ma program, który sprzyja tworzeniu kolekcji sztuki współczesnej, ale jak zawsze środki są niewspółmierne do potrzeb. Instytucje, niezależnie czy to wiodące muzea państwowe, czy mniejsze, samorządowe, muszą dialogować z twórcami, także z posiadaczami prywatnych kolekcji, których istnienie może być w przyszłości zagrożone. I podobnie może być w Akademii Sztuk Pięknych. Co prawda nie jesteśmy w koszyku muzeów uprawnionych do aplikowania o środki ministerialne ze wspomnianego programu, ale często uczelnie i instytucje mają przyjaciół i my też tę ścieżkę eksplorujemy. Jeżeli będziemy robić dobre wystawy, dobre programy edukacyjne, to ściągniemy tu nie tylko osoby zainteresowane studiami, ale ludzi, którzy wcześniej bali się przekroczyć próg akademii, tymczasem teraz mogą wejść do akademii jak do muzeum, nasycić się wystawami, ale także tym niepowtarzalnym zapachem, tą atmosferą… Jeżeli zbudujemy i utrwalimy w Krakowie markę miejsca, gdzie dzieją się ciekawe rzeczy, to będzie nam łatwiej występować w roli partnera działań kulturalnych, a w sensie muzealnym – godnego przechowawcy dzieł sztuki.

„Gipsy” i modele 5

Fot. Krystyna Matuszewska

Jak skomentuje pan stwierdzenie, że wystawy aranżowane w budynku ASP „mówią o przeszłości, ale zawsze w kontekście tego, co jest istotne teraz”?

Fantastyczny dla mnie jest dwugłos pomiędzy muzeum ASP a naszą galerią uczelnianą, która świetnie funkcjonuje i proponuje znakomity program. Galeria nie ma swoich zbiorów, zbiory gromadzi tylko muzeum, ale dzięki współpracy jesteśmy w stanie zwrócić uwagę na to, co w danym momencie historii jest istotne. Muzeum w sensie ekspozycyjnym nie zamyka się na współczesność, jednak łatwiej nam jest ściągnąć odbiorców i zwiedzających, jeżeli puszczamy oko do historii, bo takie są wobec nas oczekiwania. Nie znaczy to, że mamy mówić tylko o Matejce czy Wyspiańskim. Mówimy o przeszłości, ale i teraźniejszości.

A które eksponaty muzealne są panu szczególnie bliskie?

Cały czas chciałbym stawiać się w roli widza, nawet w muzeum, w którym pracuję. Jest fascynujące, że jeszcze mnie nie znudziło codzienne przekraczanie tych samych korytarzy. Patrzę na to, co mijam w drodze do muzeum, jak akademia żyje, i mimo że jestem muzealnikiem i drogi jest mi numer inwentarzowy na każdym muzealium, to z olbrzymią radością patrzę, co się tworzy w galeriach zarządzanych przez studentów, co ciekawego jest na wystawach. Jako muzealnik wiem, że chciałbym te prace mieć wpisane we własne inwentarze, nie po to, by je schować na zawsze, ale z przekonaniem, że będą jeszcze wykorzystane. Z tego, co zastałem, fascynuje mnie wiele wątków, a zwłaszcza zbiór rysunków studenckich, ilustrujący to, co się tutaj działo. Niektórzy z autorów stali się później profesorami i przyznam, pomimo tego, że fizycznie jest uciążliwe przygotowanie się do kwerendy, żeby pokazać komuś rysunki, które być może wejdą do wystawy, to jednak przeglądanie każdej teczki jest dla mnie fascynującą przygodą, także dlatego, że patrzę na człowieka, który został w rysunku utrwalony. Nie przestanie mnie to fascynować.

Kto zajmuje się konserwacją prac zdeponowanych w muzeum?

Mam przywilej codziennej pracy z koleżanką dr Magdaleną Szymańską-Alonso, która jest konserwatorką i zarazem absolwentką krakowskiej ASP. Jak w każdym muzeum przeglądamy i typujemy muzealia do konserwacji, a jeżeli przychodzi prośba o wypożyczenie jakiegoś muzealium, to sprawdzamy, czy jego stan zachowania na to pozwala. Bardzo się cieszę, że studenci przychodzą do naszego muzeum przynajmniej na wernisaże. Marzy mi się sytuacja wysuniętego przyczółku ASP i to nam się powoli udaje. Ostatnio mamy dobry czas. W 2022, dzięki uprzejmości i zaangażowaniu Andrzeja Starmacha, pokazaliśmy wystawę obrazów Nowosielskiego, w ubiegłym roku mieliśmy wystawę rysunków Kantora dzięki współpracy z Cricoteką. Mamy cudowne wnętrza, a więc marzy mi się także sytuacja, w której ta współczesna, pełna fantastycznych studentów akademia będzie miejscem, do którego można wejść, ale gdzie nikt nie będzie krzyczał „proszę nie dotykać eksponatów”. Wydaje mi się, że akademia potrafi już o sobie opowiadać i ta opowieść jest bardzo ciekawa: z różnych punktów widzenia, o różnych okresach, o różnych postaciach, które się tutaj przewinęły. Wiem, że zasadniczą misją akademii jest kształcenie, ale czemu nie pokazywać, jak to kształcenie wyglądało, albowiem tych, którzy się tutaj wykształcili, możemy dziś spotkać w różnych muzeach narodowych i w najlepszych galeriach europejskich. Chciałbym więc, żeby w naszym wielkim gmachu te małe drzwi wejściowe coraz częściej się uchylały.

„Gipsy” i modele 6

Fot. Krystyna Matuszewska

Czy pojawia się idea narracyjnej wystawy opowiadającej o historii akademii poprzez prace osób z nią związanych, a zarazem mówiącej o specyfice dydaktyki artystycznej, która zmieniała się na przestrzeni lat?

Nasze Muzeum jest częścią Akademii Sztuk Pięknych. Jedną z moich niewielu zalet jest to, że umiem mierzyć siły na zamiary. Na wielką wystawę brakuje nam miejsca, natomiast będziemy pokazywać idee związane z historią czy postaciami ważnymi dla uczelni. W zeszłym roku odwołaliśmy się do naszego patrona, pokazując ekspozycję W Szkole Sztuk Pięknych Jana Matejki. Gdybyśmy zapytali kogoś pod barbakanem, kto założył Akademię Sztuk Pięknych, wszyscy odpowiedzą: Jan Matejko. Tymczasem tak nie jest, choć szkoła zawdzięcza Matejce bardzo dużo. Na wystawie pokazaliśmy to, co mamy w zbiorach, nad czym pracowali studenci w czasach Matejki. Krakowskie muzea zapewniają narrację o dziejach miasta i nierzadko całej Polski, natomiast Muzeum ASP, jak każde uczelniane, powinno zadawać sobie jak najczęściej pytanie o to, jakie chce być dla odwiedzających, dla wspierających, jak ma współgrać z Akademią, której jest częścią. Choć mamy ponad 200-letnią tradycję, najważniejsze dzieje się teraz, w głowach i sercach osób studiujących, i to jest żywioł akademii. Mamy całkiem silne karty w tej rozgrywce: jedni z największych artystów patrzą ze ścian na to, że akademia żyje i wypełniona jest fantastycznymi młodymi ludźmi, którzy niebawem także zostaną artystami.

Rozmawiała Krystyna Matuszewska

Wróć