Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Bez krytyków i krytyki ludzkość zapewne znalazłaby sobie jakieś jaskinie do życia i współżycia z innymi, jednak być może pozostawałaby w nich do dzisiaj. Problem w tym, że nie każda krytyka buduje lepszą przyszłość nie tylko w życiu codziennym, ale także akademickim. W tych rozważaniach wskażę jedynie na dwa jej rodzaje, które jeśli nawet nie rujnują, to hamują jego rozwój. Spróbuję również odpowiedzieć na pytanie, jakie kwestie są szczególnie istotne w naukowej krytyce.
Tytułowe określenie nawiązuje do obrazów dzikich ludów, które kreślone były w opozycji do wykreowanego w okresie oświecenia mitu „szlachetnego dzikusa”. Jednym z krytyków tego mitu był Karol Dickens. W eseju pt. Szlachetny dzikus (1853) stwierdził: „Nie mam najmniejszej wiary w Szlachetnego Dzikusa. Uważam go za ogromne utrapienie i ogromny przesąd. (…) Szlachetny dzikus wyznacza króla, aby panował nad nim, któremu bez szemrania i pytania poddaje swoje życie i członki, i który przez całe życie brodzi głęboko w jeziorze krwi; ale który po nieustannym zabijaniu zostaje z kolei zabity przez swoich krewnych i przyjaciół w chwili, gdy na jego głowie pojawia się siwy włos. Wszystkie wojny szlachetnego dzikusa z innymi dzikusami (a nic innego nie sprawia mu przyjemności) są wojnami eksterminacyjnymi (…). Nie ma on żadnego rodzaju uczuć moralnych; a jego «misję» można podsumować jako po prostu diabelską”. Nie podzielam opinii, że taki dzikus nie miał żadnego rodzaju uczuć moralnych. Moim zdaniem je miał, tyle tylko że były one związane z jego elementarnymi potrzebami, jak zaspokajanie głodu, oraz elementarnymi instynktami i popędami, takimi jak instynkt przetrwania oraz popęd do rozmnażania się i zapanowania nad swoim bliższym i dalszym otoczeniem. Występują one nie tylko u ludzi, ale także u zwierząt. Ewolucja, która doprowadziła do pojawienia się homo sapiens, polegała m.in. na tym, że taki dzikus w większym stopniu niż inne gatunki potrafił opanować umiejętności, które pozwoliły mu przejąć kontrolę nad swoim bliższym i dalszym otoczeniem. Jedną z nich jest umiejętność krytykowania, które przynajmniej z założenia ma przynieść więcej korzyści niż strat.
Na pytanie, czy rodzaj krytyki, jaki był udziałem dzikusa, przetrwał wielowiekowe próby, skłonny jestem odpowiedzieć twierdząco. Potwierdzeniem tego są m.in. dzikie krytyki ideologów komunizmu wszystkich tych, których uznawali oni za klasowych wrogów, oraz dzikie krytyki różnego rodzaju rasistów, którzy przyjmują założenie o wyższości swojej rasy nad wszystkimi innymi. Nie chciałbym zanadto wchodzić na grunt polskich realiów politycznych. Powiem zatem jedynie ogólnie, że warto się nieco uważniej przyjrzeć pod tym kątem słowom krytyki pojawiającym się na mównicy sejmowej oraz na politycznych wiecach. Sporo takiej krytyki pojawia się również na forach internetowych, na których prym wiodą tzw. hejterzy. Dzikie „obrzucanie błotem” (z nadzieją, że coś z niego się „przyklei” do krytykowanych osób lub instytucji) pojawia się również od czasu do czasu na łamach prasy. Bardziej złożona jest odpowiedź na pytanie, czy pojawia się ono w akademickim życiu. Zapewne nie ma na to przyzwolenia w publicznych wystąpieniach uczonych. Takie przejawy dzikiej krytyki jak odmawianie innym prawa do bycia pełnoprawnym członkiem społeczności wprawdzie się pojawiają, ale raczej w rozmowach prywatnych. Podobnie jest z używaniem takich dyskredytujących słów jak „dureń” czy „kretyn” oraz takich gestów jak pukanie się w czoło po wypowiedziach konkurentów do akademickiego panowania. Życie akademickie jest jednak tak bogate w słowa i gesty, że nawet najbardziej prymitywne instynkty i popędy można wyrazić bez narażania się na uznanie za dzikusów w tym bądź co bądź cywilizowanym towarzystwie. Potwierdzeniem mogą być chociażby opinie w procedurach awansowych, w których opiniujący nie potrafią się zdobyć ani na jedno tzw. dobre słowo o osiągnięciach osób opiniowanych. Natomiast formułują zarzuty budzące zdumienie nie tylko u ocenianych osób, ale także u postronnych obserwatorów.
Zapewne dzikie ludy wypracowały swoje formy grzecznościowe. Jednak przestały one być przydatne w okresie, gdy przeszły proces ucywilizowania i doszły do grzeczności, jaka obowiązuje chociażby w dyplomacji. Rzecz jasna, nawet w niej zdarzają się przypadki krytyki, która budzi poważne zastrzeżenia krytykowanych. Jeśli nie została ona wcześniej uzgodniona z tymi, którzy powołali dyplomatów na stanowiska, to zwykle oznacza ona dla nich koniec dyplomatycznej kariery. W środowisku akademickim reakcja krytykowanych na nieokrzesanego krytyka może się sprowadzać do uznania go za źle wychowanego i ewentualnie unikania z nim kontaktów. Wiele jednak zależy od tego, jaką pozycję w środowisku ma krytyk i kogo krytykuje. Można powiedzieć, że im większego formatu jest to uczony, tym ma większe przyzwolenie na krytykowanie tych, którzy nie podzielają jego poglądów. Rzecz jasna, niejednokrotnie korzysta z takiego przyzwolenia. O jego wielkości świadczy jednak również to, w jaki sposób z niego korzysta i kogo krytykuje. Przynajmniej w przypadku najbardziej znaczących uczonych jest to krytyka, w której nie brakuje grzecznościowych zwrotów w rodzaju: „wielce szanowny kolego” czy „mój drogi przyjacielu”. Przykładem może być chociażby bogata korespondencja Alberta Einsteina z innymi uczonymi, w tym z Maxem Bornem, którego wprawdzie uznawał za swojego przyjaciela, ale którego poglądów na indeterminizm nie podzielał. Niestety nikt nie jest tak doskonały, aby nie można mu było zarzucić jakiejś niegrzeczności. Dotyczy to również Einsteina. Żona Borna – Hedwig Born – „wspominała, że pewnego razu Einstein oświadczył: «Jeśli chodzi o was, kobiety, waszym narządem twórczym nie jest mózg»”. Natomiast jego biografowie – R. Highfield i P. Carter – dodają przy tym, że „wykazywał niewiele zrozumienia dla dążeń do równouprawnienia płci”.
Problem jednak nie tylko w tym, aby nie wypowiadać się w sposób niegrzeczny, ale także w tym, aby ugrzecznione wypowiedzi nie zastępowały merytorycznej krytyki. Rzecz jasna, zdarza się to nie tylko w nauce. Jednak w niej jest szczególnie szkodliwe, bowiem może oznaczać przyzwolenie na bylejakość lub nawet powielanie starych błędów. Z takimi przypadkami można spotkać się zarówno u mało, jak i bardziej doświadczonych uczonych. Ci pierwsi mogą się tłumaczyć nie tylko brakiem akademickiego doświadczenia, ale także obawą, że merytoryczna krytyka mogłaby im bardziej zaszkodzić niż pomóc w dalszej karierze. Niejednokrotnie też pozostają oni pod takim „urokiem” swoich mistrzów i nauczycieli, że nawet do głowy nie przychodzi im krytykowanie, a jeśli już któryś dostrzega u nich jakieś błędy, to są one w gruncie rzeczy drugorzędne. Z takimi przypadkami spotykałem się niejednokrotnie jako opiniodawca w procedurach awansowych. Z kolei bardziej doświadczeni uczeni w ugrzecznionej krytyce mogą się kierować zarówno źle pojmowaną spolegliwością, jak i zwyczajnym wygodnictwem. Znacznie łatwiej bowiem jest sformułować opinię ugrzecznioną niż zakończoną negatywną konkluzją. W grę wchodzić może jednak jeszcze wiele innych czynników, jak chociażby zrozumienie dla sytuacji osób, dla których negatywna opinia może oznaczać koniec akademickiej kariery, czy presja otoczenia, aby mimo wszystko dać im kolejną szansę na „rozwinięcie naukowych skrzydeł”. To, że osiągnęli oni już apogeum swoich intelektualnych możliwości i żadna ugrzeczniona krytyka tego nie zmieni, oznacza wprawdzie, że blokują miejsca dla zdolniejszych od siebie, ale nie musi przecież oznaczać katastrofy w nauce. Jeśliby zastosować wobec nich „brzytwę Ockhama” i „wyciąć” nią wszystkie mało uzdolnione osoby, to zapewne pozostałaby jeszcze grupa uzdolnionych badawczo uczonych, ale byłaby dużo mniej liczna niż obecnie. Co więcej, można byłoby spotkać się z zarzutem, że takie postępowanie nie różni się w swoich następstwach od tego, które K. Dickens przypisywał dzikim ludom, a tego przecież nie chcą nawet ci, którzy wypowiadają się bardzo krytycznie o uzdolnieniach i kwalifikacjach zawodowych członków akademickiej społeczności.
Na temat tej krytyki wypowiadali się zarówno naukoznawcy, jak i filozofowie. Karl. R. Popper w swoim dziele pt. Wiedza obiektywna przypisał jej główną rolę nie tylko w rozwoju nauki, ale także w innych obszarach zachodniej kultury. W świetle tego dzieła jest ona kulturotwórcza wtedy i tylko wtedy, gdy wychodzimy w niej od jasno sformułowanej sytuacji problemowej, następnie formułujemy możliwie wiele śmiałych hipotez oraz poddajemy je falsyfikacji (próbie wykazania ich fałszywości) i dochodzimy do nowej sytuacji problemowej, w której prawo bytu mają jedynie hipotezy, których fałszywości nie udało się wykazać. Powtarzamy jednak próby, zawężając coraz bardziej „pola możliwości”, zbliżając się z każdym kolejnym krokiem do wiedzy, którą uznajemy za obiektywną. Takie pojmowanie krytycyzmu spotkało się z krytyką m.in. Jürgena Habermasa. W Teorii działania komunikacyjnego zarzucił on Popperowi „uwięzienie w empirystycznym kontekście”. Przywołuję te poglądy na naukową krytykę przede wszystkim dlatego, że zawierają takie jej sztandarowe pojęcia jak: obiektywizm, sprawdzalność hipotez czy empiryzm.
Problem nie tylko w tym, że pojęcia te mają charakter wieloznaczny, ale także w tym, że dzisiaj jest już stosunkowo niewielu skłonnych podążać za wskazaniami filozofów. Nie brakuje również głosów, które stawiają pod znakiem zapytania miejsce filozofii na liście dyscyplin zasługujących na miano naukowych. Dziedziny i dyscypliny, które mają na niej mocną pozycję, są jednak tak mocno zróżnicowane, że to, co może być i jest w nich przedmiotem naukowej krytyki, również jest mocno zróżnicowane. W naukach formalnych (takich np. jak matematyka) szczególnie istotna jest zarówno niesprzeczność, którą może dać jedynie rygorystyczne trzymanie się reguł logicznego wynikania, jak i jednoznaczność, którą mogą dać jedynie jasne i jednoznaczne definicje. Pojawienie się tzw. błędu kwantyfikacji, w którym kwantyfikator przesłanki jest sprzeczny z kwantyfikatorem wniosku, może być i nadal jest uznawane za najpoważniejsze uchybienie. W naukach empirycznych (takich np. jak biologia) priorytetem może być m.in. sprawdzanie twierdzeń poprzez eksperymenty. Przedmiotem naukowej krytyki mogą jednak w nich być zarówno błędy merytoryczne, np. oparcie rozumowania na fałszywych założeniach, jak i błędy formalne, np. nieprecyzyjne formułowanie twierdzeń. Jeśli jednak takie błędy się nie pojawiają, to pozostaje jeszcze szerokie pole do ich popełnienia w procedurze sprawdzania prawdziwości lub fałszywości formułowanych twierdzeń. Zdaniem przywoływanego tutaj K.R. Poppera, większe ryzyko popełnienia błędu występuje w sprawdzeniu przez weryfikację (próbie wykazywania ich prawdziwości) niż falsyfikację (próbie wykazywania ich fałszywości). Problem w tym, że w tych naukach twierdzenia ogólne nie mogą być bezpośrednio rozstrzygane empirycznie, lecz muszą być „przełożone” na twierdzenia jednostkowe. Takie „przekładanie” może również dawać okazję do popełnienia poważnych błędów, jak np. błąd podwójnego liczenia zdarzeń w rozumowaniu probabilistycznym. Jeszcze więcej okazji do naukowej krytyki dają nauki humanistyczne i społeczne, bowiem w nich niejednokrotnie do wymienionych tutaj błędów dochodzą błędy ekwiwokacji (swobodnego używania terminów mających wiele różnych znaczeń), błędy historyczne (używanie współczesnych standardów poprawności do oceniania zdarzeń niekiedy z odległej przeszłości) oraz bazowanie na autorytetach, które swoje znaczące osiągnięcia miały w przeszłości, ale zostały skorygowane albo nawet sfalsyfikowane.
Istotne role w każdej grupie tych nauk odgrywać mogą również negatywne lub pozytywne nastawienia oraz uprzedzenia, od których trudno się uwolnić nawet najwybitniejszym uczonym. Przykładem może być chociażby uprzedzenie Einsteina do możliwości intelektualnych kobiet. Można również zasadnie postawić pytanie: czy opinia Dickensa o dzikich ludach nie była także wynikiem uprzedzenia lub negatywnego nastawienia? Przebywając w Stanach Zjednoczonych, zapoznał się on wprawdzie z wystąpieniami Indian przeciwko białym kolonizatorom, którym towarzyszyły krwawe rozrachunki, jednak mimo wszystko nie było to „brodzenie w jeziorze krwi” przez indiańskich wodzów. Rzecz jednak w tym, że Dickens był literatem, nie zaś uczonym, a jego dokonania pisarskie oceniane były i są w kategoriach literackich, jak chociażby używanie sugestywnych metafor. Nie potrafię jednak krótko i jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co jest szczególnie ważne w krytyce literaturoznawczej. Rzecz jasna Dickensa można chwalić za oryginalność stylu, ale raczej należałoby go krytykować za takie przedstawianie dzikich ludów, jakby nie miały nic lepszego do roboty niż mordowanie swoich wrogów oraz starców, którzy byli dla nich już tylko ciężarem w zdobywaniu i dzieleniu się wojennym łupami. W XIX w. mogło ono bowiem mieć wpływ na kreowanie i upowszechnianie obrazu „szlachetnego” kolonizatora, który przekazuje dzikim ludom wszystko to, co w cywilizowanym świecie najlepsze.
Wróć