Leszek Szaruga

Jacek Malczewski, Śmierć Ellenai, 1883
Zawsze się zastanawiałem, dlaczego wybitni tłumacze przekładający Fugę śmierci Paula Celana, będącą niewątpliwie jednym z najbardziej znanych i znaczących utworów poetyckich napisanych po wojnie i poświęconych Zagładzie, z uporem zdanie mówiące iż „der Tod ist ein Meister aus Deutschland” wykładali po polsku zwrotem „śmierć jest mistrzem z Niemiec”. Moc tego stwierdzenia tworzy tu mocne „der Tod” czyli „ta śmierć” – ta, konkretna, jednoznacznie określona i, oczywiście, po niemiecku męska w odróżnieniu od śmierci po polsku, w którym to języku musi być żeńska. Mistrz, rzecz jasna, w obu językach jest męski, co w niemczyźnie buduje związek rodzajowej zgody między oboma rzeczownikami, ale zważywszy, że to śmierć jest tu podmiotem, należałoby chyba poprawnie przełożyć całość jako „śmierć to mistrzyni z Niemiec”.
Czy taka wykładnia ma znaczenie dla rozumienia wymowy utworu? Zakładam, że ma i że polskie przekłady – skądinąd świetne, by przywołać tylko dwa nazwiska tłumaczy, Stanisława Jerzego Leca i Piotra Lachmana – naznaczone są nieuświadamianym przekonaniem o większej powadze męskiego „mistrza” nad żeńską „mistrzynią”. Męskość zdaje się przydawać grozy i w tym wypadku podkreślać fakt, że w obozach sprawcami i wykonawcami zbrodni byli w olbrzymiej większości mężczyźni. To oni wszak zawsze powoływani byli do czynów związanych z zabijaniem, o kobietach pełniących rzemiosło kata historia, o ile wiem, milczy.
Lecz cała rzecz ma szerszy kontekst. Gdy prowadzę wykłady, w których muszę się odwoływać do kwestii związanych ze sztuką translatorską, staram się wyjaśnić studentkom i studentom, że tłumacz porusza się w dwóch odmiennych światach, co właśnie na pograniczu polsko-niemieckim (i niemiecko-polskim, co nie zawsze jest tym samym) staje się szczególnie wyraziste, a to dlatego, że rodzajniki wielu ważnych, a często symbolicznych określeń są diametralnie odmienne: męskiej śmierci niemieckiej odpowiada żeńska śmierć polska, żeńskiemu czasowi niemieckiemu polski czas męski, świat niemiecki jest żeński i tym samym inny niż męski świat polski, żeńskie słońce, które w poezji Rilkego często nasycone jest erotycznym odniesieniem, zmienia się w nijakie słońce polskie i tłumacz, choćby miał sobie język odgryźć, nie jest w stanie rzeczy w jej istocie oddać w swym języku. O nieporozumienie też nietrudno. Swego czasu, młodzieńcem będąc, obejrzałem, zafascynowany obrazem, film Ingmara Bergmana Siódma pieczęć i, oglądając sceny gry w szachy, jaką prowadzi rycerz ze śmiercią, byłem przekonany, że parę tę łączy homoseksualna fascynacja erotyczna, dopiero po latach dowiedziałem się, że szwedzka śmierć, podobnie jak niemiecka, jest mężczyzną. Z drugiej strony porzekadło polskie powiadające, że „rycerz poślubiony jest śmierci” dosłownie przełożone na niemiecki może skłaniać do bardzo podobnych skojarzeń.
To oczywiście przykłady pierwsze z brzegu, można ich znaleźć nieskończoność na różnych językowych pograniczach. Toteż z coraz większą uwagą wczytuję się w rosnącą z roku na rok masę prac poświęconych przekładoznawstwu czy, uczenie się wyrażając, translatologii. Od czasu, gdy usłyszałem uwagę amerykańskiego filozofa-neopragmatysty Richarda Rorty’ego (1931-2007) powiadającą, że „wiek XXI będzie wiekiem tłumaczy albo go nie będzie”, uważam, że ta dziedzina badań, podobnie jak rozwijające się działy i dziedziny filozofii języka, ma do odegrania rolę dla naszej ludzkiej przyszłości fundamentalną.
Rzecz niby pozornie dość skomplikowana, lecz staje się może bardziej przejrzysta w momencie, w którym zdajemy sobie sprawę z funkcji dialogu, który pozwala na doprecyzowanie różnic między społecznościami wchodzącymi w coraz bardziej zagmatwane relacje kulturowe. Zdolność tłumaczenia i uzgadniania odmiennych językowo pojęć i terminów, jakimi posługują się ludzie przemieszczający się wraz z narastaniem fal migracyjnych współczesnego świata, jest sprawą zasadniczej wagi, a zważywszy, że uczestnikami owych zjawisk są członkowie rosnącego wciąż przyrostu naturalnego (liczba ludzi na planecie za mojego życia się podwoiła), zdolność wzajemnego rozumienia się jest warunkiem unikania potencjalnie katastrofalnych konfliktów. Tym bardziej że w dość szybkim tempie zmieniają się struktury życia społecznego. Jeszcze do niedawna usiłowano opisać stosunkowo nowe zjawisko, jakim było społeczeństwo masowe, dziś jednak społeczeństwo masowe to przeszłość, rzeczywistość staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Rzeczą tłumaczy – a przecież to najliczniejsza grupa zawodowa zatrudniona w instytucjach międzynarodowych, takich jak choćby parlament Unii Europejskiej – jest doprowadzenie do stanu, w którym rozmaite kultury będą mogły być wobec siebie kompatybilne, tak by projekt zarysowany w 1955 roku na słynnej wystawie fotograficznej Family of man Edwarda Steichena w nowojorskim Museum of Modern Art nie pozostawał sentymentalną utopią, lecz stał się realną wizją przyszłej ludzkiej wspólnoty.
Wróć