logo
FA 2/2024 życie akademickie

Marek Misiak

Mów do mnie

Mów do mnie 1

Rys. Sławomir Makal

Szczególną pułapką są dla Polaków inne języki słowiańskie, gdyż pozorne podobieństwa sprawiają, że odruchowo wymawiamy nazwy i nazwiska tak, jakby pochodziły one z polszczyzny. Tymczasem różnice mogą być drobne, lecz kluczowe.

Redakcja – przynajmniej publikacji naukowych – jest pracą na tekście. Redaktor opracowujący utwory w języku, który nie jest dla niego ojczysty, może nie mówić w nim płynnie ani poprawnie. Znane są przykłady znakomitych tłumaczeń czy opracowań dokonanych przez osoby, które dany język znają jedynie w piśmie (Adam Mickiewicz tłumaczył z angielskiego, ale – według jego biografów – porozumiewać się w mowie po angielsku nie potrafił). Sam czasem padam ofiarą cudzych wyobrażeń. Znam angielski biegle, ale gdy mówię, słychać, że to dla mnie obcy język, podczas gdy wielu słuchaczy sądzi, że usłyszą wzorcowy BBC English (jeśli już, to byłby to Standard American English, bo w tej odmianie głównie pracuję). Przestałem mieć na tym punkcie kompleksy, nie pracuję jako tłumacz ustny (ani symultaniczny, ani konsekutywny), gdyż nie mam takich predyspozycji. Zauważyłem jednak, że opory przed mówieniem po angielsku ma też wielu pracowników nauki, których spotykam na mojej drodze. Nierzadko są to osoby zarówno utytułowane, jak i władające angielszczyzną w stopniu, który zawstydziłby niejedną osobę znacznie pewniejszą swoich umiejętności w tym zakresie. Kompleksy w odniesieniu do innych języków są mniejsze, zwłaszcza jeśli ktoś ma świadomość, że część obecnych danego języka nie zna i nie będzie w stanie ocenić poprawności wymowy czy leksyki (ale taka sytuacja jest mało prawdopodobna, gdyż na ogół spotkanie odbywa się w języku, który znają wszyscy uczestnicy – do tego właśnie służy lingua franca, czyli współcześnie angielski).

Chciałbym podkreślić tu jedną rzecz: wzorcowa angielska wymowa, czy to brytyjska, czy amerykańska, nie jest prosta i nie każdy jest w stanie w pełni ją opanować (ja nie jestem). Jest wielu aktorów francuskich, niemieckich, hiszpańskich czy włoskich, którzy w anglojęzycznych filmach mogą grywać tylko obcokrajowców, gdyż nie są w stanie pozbyć się silnego akcentu, a głos to przecież dla aktora narzędzie pracy i mają oni nad nim znacznie większą kontrolę niż zwykły śmiertelnik. Brzmienie głośno przeczytanego tekstu istotne jest przy przekładach literackich, jeśli mówimy o przekładaniu z języka ojczystego na ten dla nas obcy (taka sytuacja jest rzadsza, ale nie niespotykana, np. przekłady polskiej poezji romantycznej na angielski dokonane przez Jerzego Pietrkiewicza). Natomiast dla naukowca szczególnie ważne jest to, by poprawnie wymawiać nazwiska, nazwy i terminy wzięte z innych języków, gdy mówi w tym ojczystym lub po angielsku.

Pretensjonalna hiperpoprawność

Podstawą jest świadomość, do jakiego języka przynależy wymawiana przez nas nazwa czy wyrażenie. Fonetyka różnych języków może się znacząco różnić od systemu fonetycznego tych, które znamy, nawet jeśli jest ich kilka. Szczególnie dotyczy to języków dalekowschodnich, w których występują dźwięki i inne elementy fonetyczne w ogóle niemające odpowiedników w językach europejskich – np. obu odmian chińskiego (mandaryńskiej i kantońskiej) oraz języków używanych na subkontynencie indyjskim – ale skupię się tu na językach europejskich. Podając prawidłową wymowę, będę stosował jej uproszczony fonetyczny zapis za pomocą polskiego alfabetu zamiast Międzynarodowego Alfabetu Fonetycznego (IPA), którego znajomość w dobie elektronicznych translatorów jest coraz rzadsza, a oczekiwanie jego znajomości od czytelników, którym nie jest on do niczego potrzebny, byłaby nieporozumieniem. Zastosowany przeze mnie zapis oddaje wymowę w sposób mniej dokładny, ale zrozumiały dla wszystkich i wystarczający na potrzeby tego tekstu.

Gdy wymawiamy obcojęzyczną nazwę, nazwisko czy termin, mówiąc po polsku, często nie obowiązuje nas wymowa dokładnie taka, jak w języku wyjściowym – taka hiperpoprawność także jest błędem, a przynajmniej w uszach wielu słuchaczy zabrzmi dość pretensjonalnie. Dlatego największe miasto w stanie Illinois, mimo zachowania oryginalnej pisowni (Chicago), należy po polsku wymawiać jako [szikago], a nie [czikagoł], a drugie co do wielkości miasto we Francji (Lyon) to po polsku [ljon], a nie [liją]. Dotyczy to również akcentu, jeśli wymowa głosek pozostaje niezmieniona: Berlin jest po niemiecku akcentowany na drugą sylabę, a po polsku na pierwszą. Są też jednak nazwy, które należy oddać dokładnie tak, jak brzmią w oryginale, i np. Glasgow to [glazgoł], a nie [glezgoł], choć tę drugą wersję podsuwałyby ogólne zasady wymowy w British English. W przypadku nazwisk na ogół konieczna jest większa zgodność z oryginałem, ale i tu warto nie posuwać się do hiperpoprawności i wymawiać np. niemieckich nazwisk zawierających „r” z miękkim, gardłowym [r] (ale już po francusku taką głoskę można zastosować), a nazw angielskich z gulgoczącym angielskim [r] (np. Portland, Denver), choć już przy nazwach mniej znanych można zastosować oryginalną wymowę (np. Shreveport).

Częstym błędem jest traktowanie wszystkich obcojęzycznych nazw i nazwisk tak, jakby pochodziły one z angielszczyzny. Stąd zapewne bierze się wymowa [karl dżaspers] (myśliciel i psychiatra Karl Jaspers był Niemcem) czy wymawianie niemieckiego „von” jako [won]. Litera „v” jest po niemiecku – z wyjątkiem zapożyczeń z innych języków (łaciny, francuskiego, angielskiego) – wymawiana jako [f] i stąd choroba von Willebranda to po polsku [fon wilebranda], podczas gdy w USA poprawna jest wymowa [won łilebrend]. Natomiast po niderlandzku „van” jest już wymawiane przez [w] i adwersarz Drakuli to Abraham van [wan] Helsing. Podobne błędy mogą też dotyczyć języka włoskiego. Kilka razy słyszałem, jak sycylijski pisarz Leonardo Sciascia był wymawiany [skaskja] lub nawet [skejskja], podczas gdy poprawna wymowa jego nazwiska to [szasza]. Zdarzają się też jednak utrwalone u wielu Polaków błędy polegające na oddawaniu nazw i nazwisk w innych językach tak, jakby pochodziły one z niemieckiego. Jednostka dawki równoważnej promieniowania jonizującego to po polsku siwert, a nie „ziwert”, gdyż Rolf Maximilian Sievert był Szwedem, a po szwedzku „s” jest w takiej pozycji wymawiane jako [s]. Francuski antropolog Claude Lévi-Strauss to zaś [klod lewi stros], a nie [sztraus]. To ostatnie nazwisko jest zresztą dobrym przykładem tego, jak ważna jest świadomość, z jakiego języka pochodzi dane słowo. Ta sama osoba zapisująca swoje imię i nazwisko jako Peter Strauss może być czytana [pejter sztraus], jeśli jest niemieckojęzyczna, i [piter strołs], jeśli mówi po angielsku (jak amerykański aktor Peter Strauss, notabene niemieckiego pochodzenia).

Pułapki nietypowych liter

Szczególną pułapką są dla Polaków inne języki słowiańskie, gdyż pozorne podobieństwa sprawiają, że odruchowo wymawiamy nazwy i nazwiska tak, jakby pochodziły one z polszczyzny. Tymczasem różnice mogą być drobne, lecz kluczowe. Rosyjski, ukraiński i białoruski także zawierają głoski miękkie, ale funkcjonują one inaczej niż po polsku i np. rosyjska wersja imienia Szymon, tzn. Семён, to [sjemjon], a nie [śemion, tak jak aktor Wojciech Siemion], a imię Aleksiej (Алексей) to [aleksjej], a nie [alekśej]. Nie warto też przenosić na języki słowiańskie przyzwyczajeń z języków z innych grup, np. po czesku połączenie „ou” jest czytane jako [oł], a nie jak w wielu innych językach [u], stąd czeski reżyser filmowy Jaroslav Papoušek to [papołszek], a nie [papuszek].

W większości języków europejskich zapisywanych alfabetem łacińskim występują też litery lub sposoby zapisu głosek za pomocą znaków interpunkcyjnych nieznane ani w polszczyźnie, ani w angielszczyźnie. Tylko ortografia angielska, niderlandzka i włoska (a przynajmniej wzorcowych ich odmian) obywają się bez takich uzupełnień. Nawet jeśli nie znamy w danym języku ani słowa, warto umieć prawidłowo odczytać takie znaki, rośnie wtedy szansa, że wymówimy dobrze całą nazwę, nazwisko lub termin. Wielu Polaków wie, jak odczytywać litery typowe dla niemieckiego, ale na wszelki wypadek przypomnijmy, że „ü” to samogłoska między [u] a [i], „ö” – między [o] a [y], „ä” to współcześnie po prostu [e], zaś „ß” (scharfes S) to „ss”, odczytywane jako [s]. Dla ułatwienia można przyjąć, że w kilku innych językach, do zapisu których stosowana jest litera „ö”, odczytywana jest ona podobnie, jak po niemiecku (np. po węgiersku i turecku); po szwedzku natomiast jej wymowa przypomina raczej [e] (np. Malmö). Turecki zapisywany jest alfabetem łacińskim dopiero od około stu lat i opracowując na jego potrzeby adaptację alfabetu łacińskiego, starano się nie wymyślać zbyt wielu nowych znaków, lecz przypisać te istniejące już w innych językach do podobnie brzmiących głosek, stąd nie tylko „ö”, ale także „ü” czytane jak po niemiecku. Natomiast „ç” to [cz], „ş” – [sz], „ğ” – [j], a „ı” („i” bez kropki) – [y]. Po węgiersku inne samogłoski z diakrytami oznaczają długą wersję danej głoski; długą wersję ma też „ö”, zamiast dwóch kropek są dwie kreski, tj. „ő”.

Po czesku „š” to [sz], „č” – [cz], „ž” – [ż], „ň” – [ń], ď – [dź], zaś ť – [ć]. Poprawna wymowa litery „ř” powstaje przez połączenie [r] i [ż] w jedną drżącą głoskę (niemającą odpowiednika po polsku), ale polskie [ż] powinno w takiej sytuacji wystarczyć, byśmy zostali zrozumiani. Litera „ě” ma różne znaczenie w zależności od otaczających ją liter w wyrazie. Kreski lub kółka nad samogłoskami oznaczają długie samogłoski (polszczyzna nie rozróżnia długich i krótkich samogłosek). Charakterystyczna tylko dla słowackiego litera Ľ/ľ to [lj], popularne w tym kraju imię Ľudovít można po polsku odczytać [ljudowit]. Użycie apostrofu do oznaczenia głoski można też napotkać po niderlandzku, ale taki zapis oznacza tam coś innego – apostrof poprzedzony spacją to tam bardzo krótkie [e], najczęściej spotykane w cząstce „van ’t” [wanet] stanowiącej element nazwiska (np. reguła van ’t Hoffa).

W niektórych językach dodatkowych liter jest niewiele. Hiszpańskie n z tyldą, czyli „ñ”, można wymówić jak polskie „ń”. Po portugalsku jest już trudniej, gdyż dodatkowe elementy (trzy do wyboru) mogą mieć nad sobą wszystkie samogłoski, co oznacza akcent, a w ślad za nim często także modyfikację wymowy. Warto natomiast zapamiętać, że litera „ç” jest praktycznie zawsze czytana jako głoska zbliżona do [s]. Podobne znaki występują też po rumuńsku (to także język romański), ale mają inne znaczenie: „ş” to [sz], a „ţ” – [c], zaś „ă” to dźwięk między [a] a [e], a „â” i „î” wskazują na dźwięk zbliżony do polskiego [y]. Po francusku można przyjąć, że „ç” to – jak po portugalsku – [s]; znaki nad samogłoskami modyfikują ich wymowę w stopniu nieistotnym dla osoby nieznającej francuskiego. W niektórych językach używane są zapożyczone z łaciny, tzw. ligatury, czyli połączenia dwóch liter: po francusku i po duńsku, szwedzku i norwesku „æ” (dźwięk między [a] a [e]), a tylko po francusku „œ” (dźwięk między [o] a [e]). Ortografia języków skandynawskich (nie piszę tu o islandzkim) zawiera też literę „å” (długie [a]). Duńskie „ø” jest zbliżone do [e], szwedzkie „ä” (w odróżnieniu od niemieckiego) to dźwięk między [a] a [e], a „ö” (także inaczej niż po niemiecku) między [o] a [e].

Nie wolno zapominać o naszych sąsiadach Litwinach. Samogłoski „ą”, „ę” į „ų” oznaczają długie odpowiedniki tych samych samogłosek bez diakrytów. Spółgłoski „č”, „š” i „ž” są odpowiednikami naszych [cz] [sz] i [ż], znaki zapożyczono z czeskiego. Samogłoski „ū” i „y” oznaczają długie [u] i [i]. Litera „ė” to tzw. wąskie e (lit. e siauroji), oznacza dźwięk między [i] a [e]. Po fińsku mamy samogłoski „å” (wymowa to po prostu [o], „ä” (między [a] i [e], ale bliżej [a]) i „ö” (między [o] a [e], bliżej [e]).

Dobrze jest wreszcie mieć świadomość, że transkrypcja na języki zapisywane alfabetem łacińskim i jego modyfikacjami z języków, których użytkownicy posługują się innym alfabetami (grecki, ukraiński, rosyjski, białoruski i bułgarski; język serbski może być zapisywany zarówno cyrylicą serbską, jak i modyfikacją łacinki), jest zawsze tylko pewnym przybliżeniem. Opracowano wprawdzie systemy zapisu rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego na alfabet łaciński, ale zasady transkrypcji (w tym na polski) nie są na nich oparte, np. litera „щ” w cyrylicy rosyjskiej jest po polsku oddawana jako „szcz”, choć w wymowie przypomina raczej nasze [ść], zaś „ч” to po rosyjsku [ć], po ukraińsku w sąsiedztwie niektórych liter [cz], a innych [ć], a polsku jest ona oddawana jako „cz”.

Angielski wystarczy do komunikowania się w społeczności naukowej, ale nie uciekniemy przed poznawaniem innych języków, choćby tylko poprzez wymowę nazw i nazwisk, gdyż transkrypcja lub (w przypadku naszego języka ojczystego) spolszczenie dotyczy tylko niektórych, (niekonsekwentnie) wybranych. Sam odczuwam silną satysfakcję, gdy rozmawiam z badaczem z innego kraju, który chwali mnie za to, że poprawnie (a przynajmniej akceptowalnie) wymówiłem jego/jej nazwisko lub nazwę miasta, w którym pracują. Tymczasem gdy dzwonią Anglicy, zawsze pytają, jaka jest teraz pogoda [in łrosłof]. Już przywykłem, że mają wtedy na myśli Wrocław.

Wróć