Marek Misiak

Rys. Sławomir Makal
Tytuł tego tekstu to polska wersja tytułu filmu Seules les bêtes (Francja-Niemcy 2019, reż. Dominik Moll), ale sformułowanie to pierwotnie usłyszałem po niemiecku (Nur die Tiere verirren sich nicht) jako zachętę, by nie przejmować się, że nie mówi się w danym języku w stu procentach poprawnie i być może nigdy się tej sztuki nie osiągnie. Piszący te słowa jest tego dobrym przykładem. Od lat żyję ze znajomości języków obcych, ale ani po angielsku, ani po niemiecku nigdy nie zostanę wzięty za native speakera, a po tekstach, które w nich piszę, także widać, że dla ich autora dany język nie jest językiem ojczystym. Cały czas się uczę i (nie tylko ze względów zawodowych) utrzymuję wysokie standardy, ale właśnie – chodzi o wysoki poziom, a nie o dążenie do perfekcji, która jest, jak horyzont, linią urojoną, oddalająca się w miarę przybliżania się do niej. Dla naukowca-niefilologa angielski jest narzędziem umożliwiającym przedstawienie globalnej społeczności badaczy wyników, hipotez i innych ważnych treści w zrozumiałej, intersubiektywnej formie. Ważne jednak, by zrozumiałość nie stała się jedynym kryterium. Rozumienie czytanego tekstu (czyli to, co na egzaminach z angielskiego określane jest mianem reading comprehension) można mierzyć, ale subiektywne przekonanie o zrozumiałości wysyłanego w świat przekazu jest z mojego punktu widzenia poważnym problemem, gdyż odbiorcy mogą się w tej materii nie zgodzić z autorem. Poprawność językowa, czyli posługiwanie się literackim językiem angielskim (w odmianie brytyjskiej, amerykańskiej lub innej), jest po prostu bezpieczniejsze, bo wtedy część odpowiedzialności za zrozumiałość przenosimy na żywy język jako system rządzący się określonymi prawami.
Jasne jest, że jeśli jakiś język przejmuje na danym etapie rozwoju ludzkiej cywilizacji funkcję języka międzynarodowej komunikacji (lingua franca), to nie zawsze będzie w tej roli używany we wzorcowej formie. Różnica między greką koinè, łaciną, potem francuskim, a stosowanym w tym celu mniej więcej od czasów II wojny światowej angielskim polega jednak na tym, że do czasów relatywnie niedawnych (lata pięćdziesiąte-sześćdziesiąte) w komunikacji takiej uczestniczyli przede wszystkim ludzie gruntownie wykształceni i np. Francuz wyjeżdżający za granicę na przełomie XIX i XX wieku mógł w różnych częściach Europy usłyszeć francuski może niewolny od błędów, ale też nie radykalnie uproszczony. Demokratyzacja znajomości angielskiego w ostatnich kilkudziesięciu latach w połączeniu ze znaczącym wzrostem liczby zawodowych naukowców w ciągu ostatnich trzydziestu lat zaczęły jednak rodzić pewne problemy. W 1989 roku Jean-Paul Nerrière zaproponował określenie Globish na uproszczoną odmianę angielskiego, często spotykaną zwłaszcza w nieformalnych kontaktach między osobami, dla których (tzn. dla żadnego z uczestników danej sytuacji komunikacyjnej) angielski nie jest językiem ojczystym. Koncepcja ta na gruncie języka Szekspira nie jest nowa. W 1930 roku brytyjski pisarz i lingwista Charles Kay Ogden przedstawił propozycję Basic English (skrótowiec od inicjałów angielskich wyrazów: British, American, scientific, international, commercial) obejmującego 850 podstawowych wyrazów o nieskomplikowanej budowie gramatycznej. Inne stosowane uproszczone wersje angielskiego to m.in. Simplified Technical English (początek lat osiemdziesiątych) i Voice of America Special English (używany od 1959 roku). Jednak opanowanie danej uproszczonej odmiany angielskiego też wymaga czasu i dyscypliny, a ponadto zasięg takiej standaryzacji w przypadku każdej z wymienionych odmian okazał się ostatecznie ograniczony. Także Globish, choć ma wielu zwolenników, wciąż pozostaje tylko projektem. Wernakularny Globish zaś każdy użytkownik tworzy (i upraszcza) według uznania, co moim zdaniem sprzyja raczej nieporozumieniom niż komunikacji.
W mojej pracy stykam się z licznymi przykładami takich nieporozumień. Nie chcę zostać odebrany jako surowy krytyk, ale zdarza się, że otrzymuję od autorów z różnych krajów e-maile napisane w taki sposób, że naprawdę nie rozumiem, o czym jest mowa i czego się ode mnie w danej sytuacji oczekuje. Mętność (to chyba najlepsze określenie) takich komunikatów wynika najczęściej z dwóch problemów. Pierwszy jest mniejszego kalibru: autorzy wiadomości ekstensywnie korzystają z pomocy elektronicznych narzędzi tłumaczących, które (na tym etapie swego rozwoju) niekoniecznie podpowiadają jako pierwszy właściwy odpowiednik danego słowa. Jednak mając pojęcie, jaka jest ogólna tematyka komunikatu, można wstecznie dojść do słowa, o które chodziło (zwłaszcza że często nadawca i odbiorca posługują się tymi samymi narzędziami wspomagającymi). Drugi problem jest jednak poważniejszy: język to nie tylko jednostki (tj. wyrazy), ale także reguły ich łączenia. Jeśli autor komunikatu nie potrafi tworzyć spójnych, poprawnych gramatycznie i logicznie zdań, a narzędzia wspomagające go w tym nie wyręczą (ich możliwości są w tym obszarze wciąż relatywnie ograniczone), to szansa na porozumienie się, w znaczeniu wyjaśnienia jakiejś konkretnej sprawy, są niewielkie.
Pracownicy nauki powinni zatem z jednej strony dbać o autentyczną znajomość angielskiego (i nie liczyć, że już teraz zastąpi ich w tym sztuczna inteligencja; co będzie w przyszłości, nie wiem), z drugiej zaś pamiętać, że: 1) nikt nie oczekuje od nich angielszczyzny na poziomie Daniela Craiga, od tego są redaktorzy tacy jak ja, żeby pomóc; 2) nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Są błędy, które można przewidzieć i ich unikać. Natomiast ludzie, którzy zwracanie uwagę na błędy (i te do uniknięcia, i te nieuniknione) wykorzystują do wywyższania się nad innych, dają świadectwo tylko i wyłącznie własnym kompleksom i ograniczeniom. Warto też pamiętać, że (o czym pisałem już na tych łamach) mnogość odmian regionalnych angielszczyzny nie powoduje wcale, że poprawność ma w tym języku mniejsze znaczenie, po prostu nie ma jednego metaforycznego centrum, jednej instytucji (jak Rada Języka Polskiego) lub jednego regionu geograficznego (jak Paryż dla języka francuskiego), które mogłyby stanowić niekwestionowany przez większość punkt odniesienia. W związku z tym może się zdarzyć (i byłem świadkiem takich sytuacji), że dwaj polscy badacze, obaj z dłuższą praktyką w USA, będą obstawać przy dwóch różnych rozwiązaniach tego samego problemu poprawnościowego. Czasem obaj mogą mieć stuprocentową rację, a czasem jeden z nich może preferować rozwiązanie wprawdzie spotkane w American English, nieznajdujące jednak poparcia w wydawnictwach poprawnościowych uważanych za autorytatywne w amerykańskim edytorstwie (najlepszym przykładem są kolejne wydania Chicago Manual of Style). Dlatego nie należy się zniechęcać ani (co jeszcze gorsze) popadać w skutkujący leseferyzmem relatywizm, ale szkolić się, na ile to możliwe. Sam tak robię i postępy widać gołym okiem.
Poniżej opisuję kilka usterek, które często napotykam w artykułach naukowych po angielsku. Ich unikanie pozwoli obserwowalnie poprawić szatę językową nawet nieskomplikowanych tekstów. Przykłady, z racji że specjalizuję się w publikacjach medycznych, pochodzić będą z obszaru medycyny, ale opisane spostrzeżenia znajdują zastosowanie w każdej tematyce poruszanej w nauce.
Polscy językoznawcy, ale też zainteresowani poprawnością językową laicy-użytkownicy polszczyzny od lat zwracają uwagę na inwazyjność przyimka „dla”, stosowanego w konstrukcjach będących kalkami angielskich, gdzie poprawne jest „for”. Jednak również w samej angielszczyźnie upraszczanie jej przez nienatywnych użytkowników powoduje wypieranie jednych przyimków przez inne. Najlepszym tego przykładem jest „by” w znaczeniu „przy użyciu”, „przez”, „z zastosowaniem” itp. Kwestia ta nie jest – przynajmniej na obszarze amerykańskiej odmiany tego języka – rozstrzygnięta jednoznacznie, jednak wiele wydawnictw poprawnościowych skłania się ku tezie, że w takim zastosowaniu „by” może odnosić się do wykonawców czynności, ale nie do metod lub materialnych obiektów, za pomocą których zostały one wykonane. W pełni poprawne jest zatem sformułowanie „the genes were synthetized by XYZ Biotechnology”, jeśli jest to nazwa firmy, można bowiem założyć, że syntezy dokonali jej pracownicy. Natomiast zdanie „the proteins were detected by western blot” nie jest już w pełni poprawne stylistycznie (choć nadal w pełni zrozumiałe), w odniesieniu do metody „by” należałoby zastąpić „with” albo „using”. Jednak już zdanie „the bound antibodies are then detected by developing the film” jest poprawne także stylistycznie, gdyż „by” można zastosować do wskazania metody, jeśli po tym przyimku następuje nie nazwa metody (nazwa własna, czyli gramatycznie zwykły rzeczownik), ale rzeczownik odczasownikowy (Gerundium) albo imiesłów czynny (Present Participle). Może się to wydawać bardzo skomplikowane, ale jeśli zapamiętamy, że chodzi po prostu o wyraz kończący się na „-ing” (osobowa forma czasownika w prawidłowo skonstruowanym angielskim zdaniu i tak nie może wystąpić w tym miejscu), powinno być znacznie prościej. Podkreślam: chodzi tu o poprawność czysto stylistyczną, ale jeśli chcemy posługiwać się English, a nie Globish, to ten wymiar także jest istotny.
Inną częstą usterką stylistyczną jest traktowanie metod i urządzeń w opisach procedur badawczych i eksperymentalnych jak osób i łączenie ich z czasownikami w stronie czynnej. W wielu artykułach możemy zatem przeczytać, że „western blot detected the proteins in the serum”, podczas gdy prawidłowa wersja to raczej „the protein were dectected using western blot”, względnie „western blot facilitated detecting the proteins/the detection of proteins”, jeśli zależy nam na wyeksponowaniu nazwy metody na początku zdania (czasownik „to facilitate” łączy się zarówno z rzeczownikami, jak i z gerundiami). Na ogół takie posługiwanie się stroną czynną nie zakłóci przekazu, ale jeśli popełnimy taki błąd, pisząc np. o osobach, na których wykonywano określone działania, może to spowodować niejasność co do tego, czy osoby te były biernymi, czy czynnymi uczestnikami danej procedury (a to już może mieć znaczenie).
Zdarzają się jednak rozróżnienia uważane często za stylistyczne, a w rzeczywistości znacznie głębsze. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla wielu piszących po angielsku badaczy czasy Past Simple i Present Perfect są wymienne i mogą służyć po prostu do urozmaicania tekstu. Tak nie jest. Po niemiecku faktycznie różnica między czasami Präteritum i Perfekt ma charakter czysto stylistyczny, ale wynika to z ich jednakowego znaczenia: pierwszy jest czasem przeszłym prostym, a drugi złożonym, ale oba są odpowiednikiem angielskiego Past Simple (mimo nazwy – Perfekt – po niemiecku nie ma w ogóle odpowiednika angielskiego Present Perfect). Angielski Present Perfect nie jest czasem przeszłym w takim sensie, jak jest nim polski czy rosyjski czas przeszły albo niemieckie czasy przeszłe, służy przede do wskazywania związków między przeszłością a teraźniejszością albo do mówienia o zdarzeniach z przeszłości bez określania, kiedy miały miejsce, a nie po prostu do mówienia o przeszłości, tyle że w innej formie gramatycznej. Nie można go zatem używać do opisywania np. procedur eksperymentalnych, które, po pierwsze, są już zamkniętą przeszłością, a po drugie, ma znaczenie, kiedy się odbyły i w jakiej sekwencji; do mówienia o żadnej z tych sytuacji czas Present Perfect nie służy. Mylące może być też to, że z kolei różniący się tylko formą czasownika posiłkowego („have done – had done”) czas Past Perfect jest faktycznie czasem przeszłym, a właściwie zaprzeszłym, czyli wskazującym, że wyrażana w nim czynność miała miejsce przed inną czynnością lub sytuacją w przeszłości (czas o takiej funkcji występował też do pewnego momentu w polszczyźnie: byłem zrobiłem). Nie znaczy to oczywiście, że trzeba wystrzegać się stosowania czasu Present Perfect, on też jest przydatny w tekstach naukowych, ale trzeba wiedzieć, do czego służy.
Doktor Bartosz Rydliński w artykule dla „Gazety Wyborczej” z 23 czerwca 2023 roku (Narodowe Centrum Nauki jest niczym Instytut Pamięci Narodowej) napisał, że „[n]ie każda badaczka czy badacz ma talent do nauki języków obcych, nie wszyscy wywodzą się z rodzin, które było stać na finansowanie prywatnej nauki języka od najmłodszych lat”. Tekst dr Rydlińskiego jest na zupełnie inny temat, ale w tym miejscu autor dotknął ważnej kwestii, do której regularnie powracam: nie, nie każdy naukowiec perfekcyjnie zna angielski. Nie każdy jest w stanie i moim zdaniem nikogo to nie dyskwalifikuje. Zamiast popadać w kompleksy, wystarczy krok po kroku poprawiać własne umiejętności językowe, m.in. poprzez unikanie błędów, które opisałem powyżej. Tylko zwierzęta nie błądzą, a każda zmiana na lepsze będzie zauważalna, będzie dawać satysfakcję, ale i zwiększać szansę na publikację prac danego badacza i skracać czas ich redagowania w czasopismach.
Wróć