logo
FA 11/2023 życie naukowe

Zbigniew Drozdowicz

Oceny za całokształt

Oceny za całokształt 1

Rys. Sławomir Makal

Apeluję do Rady Doskonałości Naukowej, aby w doborze opiniodawców w procedurach awansowych nie kierowała się głównie niedoskonałym sposobem ich wyłaniania, jakim jest losowanie z grupy nie zawsze trafnie dobranych ekspertów. Sprawia on bowiem, że w gronie oceniających pojawiają się również osoby, których dokonania naukowe nie potwierdzają posiadania odpowiednich kompetencji do przeprowadzenia obiektywnej oceny.

Bycie członkiem akademickiej społeczności oznacza, że albo jest się ocenianym, albo oceniającym. Często występuje się raz w pierwszej, innym razem w drugiej roli. Problem w tym, aby pełnić je z zachowaniem krytycyzmu i samokrytycyzmu, które świadczą o naszej umiejętności wyważenia różnych „za” i „przeciw”. Nie jest o to łatwo, zwłaszcza w ocenie całokształtu osiągnięć uczonego i nauczyciela akademickiego. Wiele jednak zależy od okoliczności, w których oceny są formułowane.

Oceny zwyczajowe

Nie tylko w życiu akademickim są takie okoliczności, w których zwyczajowo dokonuje się podsumowania osiągnięć ocenianych osób. Ten zwyczaj jest przestrzegany m.in. w uczelnianych nekrologach. Jednak nie tylko w nich, bowiem również pojawiają się one przy okazji świętowania różnego rodzaju jubileuszy członków akademickiej społeczności. Takie oceny mogą mieć zarówno bardziej ogólnikowy, jak i bardziej szczegółowy charakter, a im osiągnięcia zawodowe ocenianych osób są bardziej znaczące, tym łatwiej jest oceniającym wskazać takie szczegóły. Rzecz jasna, nie o każdym ocenianym można powiedzieć w takich okolicznościach, że był wybitnym uczonym, bowiem jest to stosunkowo łatwe do zakwestionowania. Trudniej jest stwierdzić, że był doskonałym akademickim nauczycielem i opiekunem młodych uczonych. Problem zaczyna się w momencie, gdy nawet tego nie da się poprzeć żadnymi konkretami i trzeba poprzestać na ogólnikach, które wprawdzie nie krzywdzą nikogo, ale też mało komu dają satysfakcję.

Odrębną kategorię zwyczajowych ocen stanowią te, które pojawiają się w ankietach okresowych ocen osiągnięć pracowników. Wprawdzie w każdym przypadku są to oceny za wskazany w takiej ankiecie okres, jednak powinny one uwzględniać wszystkie obowiązki pracownika wynikające z jego umowy o pracę. W przypadku pracowników akademickich zatrudnionych na etatach badawczych są to nie tylko osiągnięcia naukowe, ale także ich upowszechnienie w czasopismach naukowych i wydawnictwach publikujących monografie naukowe oraz poprzez wygłaszanie referatów na kongresach i konferencjach naukowych. Istotne znaczenie w ocenie ma również pozyskiwanie znaczących grantów na realizację projektów badawczych lub przynajmniej udział w nich jako wykonawcy. Takich etatów badawczych z reguły na uczelniach jest stosunkowo niewiele, a ci, którzy je zajmują, zwykle muszą się wykazać osiągnięciami, które to uzasadniają. Co więcej, często ma ono charakter czasowy i jego przedłużenie wymaga osiągnięcia kolejnych naukowych wyników. Zdecydowana większość pracowników akademickich uczelni zatrudniona jest na etatach naukowo-dydaktycznych, a co za tym idzie, w ankietach oceniane są nie tylko ich osiągnięcia naukowe, lecz także dydaktyczne. Jest w nich również możliwość wskazania osiągnieć w zakresie organizacyjnym (np. organizacji konferencji naukowych, współpracy z innymi ośrodkami akademickimi oraz z pozaakademickim otoczeniem).

W takiej ankiecie są co najwyżej trzy warianty oceny końcowej, tj. pozytywna, negatywna lub warunkowa. Można wprawdzie uzyskać ocenę pozytywną, mając nieco słabsze wyniki w jednym ocenianym zakresie, ale znacznie lepsze w innych. W końcu ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Rzecz jednak w tym, aby nie były to tak niewielkie „ziarnka”, by owa „miarka” stawała się daleka od wymaganej od pracownika naukowo-dydaktycznego. Jej uznanie za wystarczającą do pozytywnej oceny zależy jednak również od tego, jakie „miarki” stosują oceniający w stosunku do własnych osiągnięć, a te na wielu uczelniach, a nawet na różnych wydziałach tej samej uczelni, są mocno zróżnicowane. Gdyby to były miary akademickich ocen, które są stosowane na wiodących uczelniach zachodnich, to zapewne przetrwałaby na uczelnianych etatach jakaś część naszych uczonych, ale nie byłoby ich aż tak wielu jak dzisiaj (w 2022 r. – ok. 125 tys., co stawiało Polskę pod tym względem na 5. miejscu w UE).

Oceny awansowe

Społeczność akademicka posiada swoje specyficzne hierarchie pracownicze i jedynie w niektórych z nich w grę wchodzą oceny całościowe osiągnieć osób ubiegających się o awans. Co więcej, na różnych uczelniach stosowane są różne zasady awansowe. Przykładem może być awans ze stanowiska adiunkta na stanowisko uczelnianego profesora. Są uczelnie, na których następuje on „automatycznie”, po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego, a nawet bez uzyskania tego stopnia, ale po znalezieniu uznania u władz rektorskich (dotyczy to głównie uczelni prywatnych). Są jednak również takie, na których wymagane jest spełnienie dodatkowych warunków (np. uzyskania publikacji w znaczących czasopismach). Jeszcze do niedawna spora uznaniowość występowała również przy ocenie osiągnięć osób ubiegających się o tytuł profesora w określonej dziedzinie nauki lub sztuki. Wprawdzie w środowisku akademickim funkcjonowało coś takiego jak „monografia profesorska”, jednak nie miało to umocowania w regulacjach prawnych, nie było też jasno określone, co można uznać za taką monografię. W efekcie tytuł otrzymywali nie tylko ci, którzy po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego opublikowali poważną monografię naukową, lecz także ci, którzy co najwyżej dokonali połączenia w książkową całość wcześniej opublikowanych artykułów.

Wprowadzone w 2018 r. i później regulacje prawne dopuszczają możliwość uzyskania stopnia doktora habilitowanego na podstawie „cykl(u) powiązanych tematycznie artykułów naukowych opublikowanych w czasopismach naukowych lub w recenzowanych materiałach z konferencji międzynarodowych, które w roku opublikowania artykułu w ostatecznej formie były ujęte w wykazie sporządzonym zgodnie z przepisami wydanymi na podstawie art. 267 ust. 2 pkt 2 lit.”. W niektórych dziedzinach nauki oczekuje się jednak od kandydatów do tego stopnia stworzenia monografii. Podobnie jest w przypadku ubiegania się o tytuł profesora. Takie wymagania nie występują jednak w ustawowych zapisach. W świetle obowiązującej obecnie Ustawy 2.0 od osoby ubiegającej się o tytuł wymagane jest posiadanie: „1. stopnia naukowego doktora habilitowanego; 2. wybitnych osiągnięć naukowych krajowych lub zagranicznych (do osiągnięć stanowiących podstawę do nadania tytułu profesora można także zaliczyć oryginalne osiągnięcia projektowe, konstrukcyjne lub technologiczne); 3. uczestnictwa w pracach zespołów badawczych realizujących projekty finansowane w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych lub odbyte staże naukowe w instytucjach naukowych, w tym zagranicznych, lub prowadzenie badań naukowych lub prac rozwojowych w uczelniach lub instytucjach naukowych, w tym zagranicznych” (Dz. U. 2020 poz. 85; art.227 – art.23). Istotnym dopełnieniem tych zapisów są regulacje wprowadzające obowiązek uzyskania opinii pięciu specjalistów w danej dziedzinie nauki lub sztuki, przy czym żaden z nich nie może być zatrudniony w jednostce, w której zatrudniona jest osoba ubiegająca się o tytuł profesora. Pomocny dla nich ma być przygotowany przez Radę Doskonałości Naukowej (organ uprawniony do procedowania nadawania tytułu) poradnik praktyczny zatytułowany Postępowanie w sprawie nadania tytułu profesora. Dookreśla się w nim m.in. takie kwestie, jak „wybitne osiągnięcia” i „uczestnictwo w pracach badawczych”), oraz zaleca się powołanym w takiej procedurze recenzentom, aby ich recenzje były „rzetelne, skrupulatne, dokładne i obiektywne, a oceny uzasadnione”.

Na pytanie, jak sobie radzą z tymi zróżnicowanymi wymaganiami kandydaci do profesorskich tytułów, można krótko odpowiedzieć, że różnie to wygląda w różnych dziedzinach i dyscyplinach nauki. Sporo do myślenia daje fakt, że stosunkowo wiele osób uzyskuje obecnie tytuł w medycynie oraz naukach o zdrowiu. Czyżbyśmy mieli w Polsce tak wielu specjalistów od zdrowia na światowym poziomie, że o odpowiednią opiekę zdrowotną nie powinniśmy się martwić? Nie twierdzę, że w ogóle takich nie mamy. Problem jednak w tym, że nie ma ich aż tak wielu, aby ci, którzy musieli skorzystać z pomocy naszej służby zdrowia, nie mieli powodów do narzekania na jakość świadczonych przez nią usług; a przecież takie narzekanie jest powszechne i nawet rządzący są skłonni zgodzić się z tym, że w wielu przypadkach uzasadnione. Być może jest tak, że dzisiaj łatwiej uzyskać w medycynie i w naukach o zdrowiu tytuł profesora niż takie kwalifikacje, że określenie: „zna się na czymś jak profesor” nie jest jedynie potocznym wyobrażeniem o profesorskich kwalifikacji. Nie będę tutaj jednak wchodził w szczegóły. Wygląda jednak na to, że najbardziej prominentna część naszej służby zdrowia lepiej od innych opanowała sztukę zdobywania akademickich szczytów. Miejmy nadzieję, że odbywa się to bez wielkiej szkody dla zdrowia ich pacjentów.

Osobiste doświadczenia i dwa apele

Byłem opiniodawcą w procedurach awansowych zarówno „po staremu”, jak i „po nowemu”, w tym już po wprowadzeniu do Ustawy 2.0 i dopełniających ją rozporządzeń korekt (ostatnia z nich została wprowadzona 1 maja br.). Korekty te okazały się konieczne nie tylko dlatego, że ta regulacja dosyć szybko ujawniła niedoskonałości, ale także dlatego, iż społeczność akademicka wykazała się taką zaradnością, że uprawnienia do nadawania stopnia doktora habilitowanego zyskały m.in. jednostki uczelniane, które zatrudniają w zdecydowanej większości doktorów bez habilitacji, a habilitację mogły uzyskiwać osoby, których kompetencji nie można było sprawdzić poprzez „przepytanie” na kolokwium. Rzecz jasna, do dyspozycji oceniających była i jest wymagana w tej procedurze dokumentacja, w tym autoreferat kandydata. W procedowaniu „po nowemu” powinny być w nim przedstawiane wszystkie te osiągnięcia, o których jest mowa w regulacjach prawnych. Trzeba jednak je posiadać, a z tym był i jest niejednokrotnie problem. Dotyczy to zarówno osób ubiegających się o tytuł profesora, jak i stopień doktora habilitowanego. Szczególnie trudny do spełnienia okazuje się ustawowy wymóg udziału w realizacji znaczących projektów badawczych oraz odbycia staży naukowych w instytucjach innych niż zatrudniająca kandydata do tytułu lub stopnia. Przyznam, że w przypadku opiniowania osób ubiegających się o stopień doktora habilitowanego nieco łagodniej oceniałem spełnienie wymagań w sytuacji, gdy kandydat mógł się wykazać znaczącymi publikacjami naukowymi w prestiżowych czasopismach i wydawnictwach, przy czym samo ich znajdowanie się na ministerialnej liście nie wystarczyło do uznania za prestiżowe (po ostatniej aktualizacji tej listy można mieć co do tego jeszcze większe wątpliwości). Inaczej sprawa wyglądała w przypadku oceniania osiągnięć osób ubiegających się o tytuł profesora, zarówno „po staremu”, jak i „po nowemu”. Nie do zaakceptowania dla mnie było i jest nadawanie tytułu osobom, których osiągnięcia naukowe mają głównie lokalny charakter, a ich udział w życiu akademickim sprowadza się do aktywności naukowo-dydaktycznej i administracyjnej na swojej uczelni. To, że takich osób jest dzisiaj wiele i niektóre z nich legitymują się nawet profesorskim tytułem (uzyskanym jednak w większości w procedurze „po staremu”), nie może, a przynajmniej nie powinno stanowić okoliczności usprawiedliwiającej „przymykanie oka” na ich odbieganie od doskonałości akademickiej, o którą się apeluje przy różnych okazjach i realizuje na najlepszych uczelniach zachodnich.

Apeluję zatem do Rady Doskonałości Naukowej, aby w doborze opiniodawców w procedurach awansowych nie kierowała się głównie niedoskonałym sposobem ich wyłaniania, jakim jest losowanie z grupy nie zawsze trafnie dobranych ekspertów. Sprawia on bowiem, że w gronie oceniających pojawiają się również osoby, których dokonania naukowe nie potwierdzają posiadania odpowiednich kompetencji do przeprowadzenia obiektywnej oceny. Natomiast do różnego szczebla władz uczelnianych apeluję, aby w dobrze pojętym interesie uczelni wyróżniały swoimi świadczeniami nie tyle tych, którzy czymś się im zasłużyli w przeszłości lub przynajmniej potrafią dobrze się zaprezentować na różnych spotkaniach, lecz tych, którzy wprawdzie rzadko się na nich pokazują, ale mogą się wykazać aktualnymi osiągnięciami badawczymi trudnymi do zakwestionowania nawet przez najbardziej „wiernych” krytyków.

Nikt się nie rodzi z wysokimi umiejętnościami oceniania akademickich osiągnięć członków tej społeczności. Opanowanie tej sztuki okazuje się czasami dużo trudniejsze niż zdobywanie wysokiego „stołka” uczelnianej władzy. W swoim długim akademickim życiu miałem do czynienia z różnymi uczelnianymi władzami, w tym z takimi, których umiejętność obiektywnego oceniania pracowników budziła moje poważne wątpliwości. Nie będę jednak podawał przykładów. Jestem bowiem przekonany, że to samo może powiedzieć wielu innych członków społeczności akademickiej. Problem jest nie tyle personalny, co instytucjonalny. Dodam jednak, że daleko idące rozszerzenie uprawnień rektorskich w obecnie obowiązujących regulacjach prawnych oznacza m.in. ich większą odpowiedzialność za oceny całościowe osiągnięć pracowników, a popełnione w tym zakresie błędy przekładają się na kondycję naukową i dydaktyczną całej uczelni.

Wróć