logo
FA 10/2023 życie akademickie

Marek Misiak

Czytać, dużo czytać

Czytać, dużo czytać 1

Rys. Sławomir Makal

Podczas czytania nie należy skupiać się na tym, aby rozumieć każde słowo. Jeśli będziemy sprawdzać każde niezrozumiałe sformułowanie, tempo lektury spadnie do tego stopnia, że szybko się zniechęcimy. Lepiej dać się wciągnąć tekstowi, a sprawdzać albo jedno słowo/wyrażenie na stronę, albo te sformułowania, których zrozumienie jest niezbędne do uchwycenia sensu np. całego akapitu, ale wówczas warto zanotować to, co sprawdziliśmy.

Tytuł to oczywiście nawiązanie do najnowszej książki prof. Ryszarda Koziołka, historyka literatury, rektora Uniwersytetu Śląskiego. Koziołek jak nikt inny potrafi wskazać pożytki z czytania: wzbogacanie własnego wewnętrznego świata, poszerzanie wyobraźni, ale i budowanie wspólnoty w społeczeństwie. Mogłoby się wydawać – nic oryginalnego, to samo słyszeliśmy w szkole. Jednak gdy słyszę pytania, jak poprawić znajomość języka obcego, aby móc pisać lepsze artykuły i książki naukowe, nie mam lepszej odpowiedzi: uważnie czytać to, co napisali ludzie, którzy danym językiem posługują się jeśli nie z maestrią, to przynajmniej z pełną swobodą.

W mojej karierze redaktora publikacji naukowych spotkałem wielu badaczy, którzy opanowali kilka języków obcych jakby bez wysiłku, gdzieś w tle, cały czas prowadząc intensywną działalność naukową. To chyba jedna z cech wybitnych umysłów. Sam jestem jej pozbawiony i dobre opanowanie i utrzymanie znajomości dwóch języków obcych mimo mieszkania w kraju, gdzie się nimi nie mówi, wymagało i wymaga ode mnie sporo czasu i wysiłku. Dlatego bez problemu jestem w stanie zrozumieć autorów, którzy z angielskim lub niemieckim radzą sobie gorzej, gdyż uprawianie nauki zajmuje im zbyt dużo czasu, aby mogli go wygospodarować na intensywniejszą naukę języków. Moim zdaniem nie sposób jednak opanować umiejętności naprawdę kompetentnego scientific writing, nawet tylko po angielsku i tylko w swojej dziedzinie, obcując jedynie z piśmiennictwem fachowym, przy bardzo przeciętnej znajomości angielskiego jako takiego. Z takiego przekonania bierze się pisanie za pomocą gotowych, podręcznikowych fraz. Tacy autorzy często gubią się, gdy muszą wyjść poza nie, dlatego najwięcej błędów redaktorzy ujawniają we wstępnej i końcowej części artykułu, gdzie najtrudniej jest wzorować się na innych tekstach. Warto też pamiętać, że zbyt schematyczny język może zarówno obniżyć szanse danego artykułu na publikację (przynajmniej w bardziej renomowanych czasopismach), jak i obniżyć rangę danego periodyku, jeśli artykułów sprawiających wrażenie napisanych przez automat jest w kolejnych zeszytach zbyt dużo (w skrajnych przypadkach może nawet dojść do wyrzucenia danego pisma z baz artykułów naukowych). Ubocznym skutkiem pisania za pomocą gotowych sformułowań może być wysoki współczynnik podobieństwa do opublikowanych już prac wykazywany przez programy antyplagiatowe – jeśli przekroczy on określoną wartość (np. 30%), artykuł trzeba będzie przerabiać jeszcze przed etapem peer review.

W języku trzeba się zanurzyć

Celem tego artykułu nie jest formułowanie porad, jak uczyć się języków, jakie metody są najskuteczniejsze i z jakich narzędzi korzystać. Nie jestem nauczycielem ani metodykiem nauczania żadnego języka i choć mam swoje sposoby poszerzania znajomości obcej mowy, mam świadomość, że nie są one ani doskonałe, ani dobre dla kogoś innego poza mną. Jest jednak jeden aspekt, który wydaje mi się uniwersalny i ma przełożenie także na tworzenie publikacji naukowych: w języku trzeba się zanurzyć. Jeśli jednak chcemy używać go do profesjonalnego pisania, samo przebywanie co jakiś czas w kraju, gdzie się w danym języku mówi, a nawet używanie go (bardziej fachowo) na konferencjach nie wystarczy. Do pisania artykułów naukowych potrzebna jest dobra znajomość wzorcowej (zwanej kiedyś także literacką) odmiany danego języka, a tę można opanować przede wszystkim poprzez czytanie. Zabrzmię teraz jak belfer, ale uważam, że u większości ludzi ani osłuchanie z potoczną odmianą danego języka, ani żadne aplikacje czy inne elektroniczne wspomaganie (ani też seriale na Netfliksie) tego nie zastąpią.

Jeśli jesteśmy w stanie przeczytać ze zrozumieniem artykuł naukowy w języku obcym z dobrze znanej nam dziedziny, to nie świadczy jeszcze niestety, że dobrze znamy dany język – dzięki ustrukturyzowanej wiedzy wyłapujemy informacje, nie rozumiejąc często całych zdań. Po prostu wiemy, gdzie patrzeć. Jeżeli natomiast możemy na takiej samej zasadzie czytać obszerniejsze artykuły w opiniotwórczej prasie (niekoniecznie drukowanej) czy beletrystykę, to jest to dobry probierz przynajmniej biernej znajomości danego języka. Rozumienie filmów czy seriali nie jest aż tak dobrym sprawdzianem, połączenie dźwięku z obrazem powoduje, że więcej elementów wypowiedzi można zrozumieć z kontekstu, a ekranowe dialogi najczęściej bliższe są potocznej wymianie zdań niż spójnemu wywodowi (chyba że mówimy o ambitniejszych filmach dokumentalnych). Takie bierne rozumienie zawsze jest powiązane z czynną znajomością języka, pozwala poruszać się w bardziej złożonych konstrukcjach. Jeśli tylko nasza znajomość słownictwa jest wystarczająca, będziemy w stanie z czasem sami budować takie większe całości. Poszerzy się też znajomość słownictwa niefachowego i dany język będzie się dla nas stawał tworzywem w różnych sytuacjach komunikacyjnych.

Co zatem czytać? To samo, co lubimy w ojczystym języku, tyle że teraz w obcym. Zdarza się, że ktoś pyta mnie, jakie gazety i czasopisma czytam, chcąc wysondować mój profil ideowy. Na ogół taka próba kończy się jednak umiarkowanym powodzeniem, gdyż lista jest długa: „The Guardian”, „Daily Telegraph”, „New York Times”, „Washington Post”, „The New Yorker”, „Time”, „Der Spiegel”, „Die Welt”, „Die Zeit”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, serwis internetowy „Deutsche Welle”… Rzecz jasna nie zapoznaję się z tymi pismami od deski do deski, gdyż musiałbym nie robić nic innego – czytam pojedyncze artykuły, także dlatego, że nie byłoby mnie stać na subskrybowanie wielu tych serwisów jednocześnie. Niektóre gazety i czasopisma umożliwiają bezpłatny dostęp do wybranych materiałów albo do kilku artykułów miesięcznie; inne umożliwiają bezpłatne czytanie niektórych tekstów ze starszych numerów (a przecież wiele artykułów problemowych potrafi nie dezaktualizować się przez lata). Ważne, by się do niczego nie przymuszać, ani ideowo, ani tematycznie, gdyż możemy wybierać spośród pism o nachyleniu od mocno liberalnego do wyraźnie konserwatywnego, a ich poziom będzie podobnie wysoki. W USA i Wielkiej Brytanii (a także w krajach Europy Zachodniej) jakościowe dziennikarstwo prasowe wciąż ma się dobrze, szczególnie pod względem językowym. Nie znajdziemy tu raczej rozwlekłego i pretensjonalnego stylu, za to dowiemy się, jak dany język potrafi być precyzyjny i elegancki. Jednocześnie zaś poznamy realia, które ten czy inny język kształtują i które on kształtuje (w myśl Wittgensteinowskich granic mojego języka, które wyznaczają granice mojego świata). Czasem kupuję papierowe wydanie którejś z ulubionych obcojęzycznych gazet i gdy czytam je gdzieś w miejscu publicznym, mam wrażenie, że gdy spojrzę znad zadrukowanych stron, znajdę się nagle na ławce w Central Parku albo Parku Tempelhof w Berlinie.

Dać się wciągnąć tekstowi

Podobnie jest z książkami, wystarczy czytać w oryginale albo anglojęzycznym (lub innym) tłumaczeniu to, co wybralibyśmy do lektury po polsku. Jeśli tylko czytamy na czytniku lub tablecie, możemy właściwie w dowolnym momencie wejść w posiadanie dowolnej książki (przynajmniej po angielsku), jeśli tylko została wydana jako ebook. Z drukowanymi książkami jest trudniej, problemem może być zaporowa cena, ale warto poszukać, gdyż istnieją polskie księgarnie wysyłkowe oferujące książki w językach obcych sprowadzane od zagranicznych dystrybutorów za pół ceny (np. końcówki nakładów); wówczas koszt może być niewiele wyższy od ceny egzemplarza po polsku. Dostępność książek elektronicznych sprawiła też, że w dużej mierze wyrównała się dostępność fikcji i literatury faktu oraz książek popularnonaukowych. Gdy jedyną opcją były wydania papierowe, w rozsądnych cenach można było w Polsce dostać przede wszystkim klasykę literatury pięknej.

Podczas czytania nie należy skupiać się na tym, aby rozumieć każde słowo. Jeśli będziemy sprawdzać każde niezrozumiałe sformułowanie, tempo lektury spadnie do tego stopnia, że szybko się zniechęcimy (a ponadto takiej liczby słówek i tak nie zapamiętamy za jednym razem). Lepiej dać się wciągnąć tekstowi, a sprawdzać albo jedno słowo/wyrażenie na stronę, albo te sformułowania, których zrozumienie jest niezbędne do uchwycenia sensu np. całego akapitu, ale wówczas warto zanotować to, co sprawdziliśmy, aby wspomóc zapamiętywanie. Jeśli nie będziemy przerywać lektury co kilka zdań, zaczniemy chwytać nie tylko znaczenie poszczególnych słów, ale frazę danego języka, schematy składniowe, charakterystyczne wyrażenia używane do wprowadzania kolejnych argumentów, zaznaczania sprzeczności itd. Jeśli oglądamy filmy w oryginale, warto zadbać o wersję z napisami dla niesłyszących i z niej spisywać to, czego nie rozumiemy; jeśli film jest w języku, którego nie znamy, niektóre serwisy streamingowe umożliwiają włączenie napisów po angielsku, a czasem również w innych językach (ja sam mogłem obejrzeć szereg ciekawych filmów w mniej znanych językach (np. afrikaans), gdyż udawało mi się zdobyć wersje z napisami po niemiecku). Może się też okazać, że dzięki znajomości języków będziemy mieli dostęp do publikacji nie tylko naukowych, ale także stricte rozrywkowych szybciej niż pojawią się w polskim tłumaczeniu, albo do takich, które po polsku nigdy nie wyszły (szereg cenionych współczesnych powieści fantastycznonaukowych mogłem przeczytać tylko po angielsku). Ciekawym doświadczeniem może być wreszcie lektura tłumaczeń książek, które znamy po polsku, na inne języki. Odnoszę wrażenie, że niektóre powieści Stanisława Lema (Solaris, Głos Pana, Kongres futurologiczny) czy Olgi Tokarczuk (Biegunów, Prowadź swój pług przez kości umarłych) tak naprawdę zrozumiałem dopiero po przeczytaniu His Master’s Voice, Der futurologische Kongreß, Flights i Svůj vůz i pluh veď přes kosti mrtvých.

Jeśli chodzi o literaturę piękną, przy dobieraniu lektur warto pamiętać o jednym: jeśli nie znamy danego języka naprawdę dobrze, na początek lepiej unikać utworów starszych lub wyraźnie stylizowanych – specyficzny język nie będzie aż tak pomocny w nauce, a w dodatku trudności w zrozumieniu mogą nas zniechęcić. Dobrym przykładem jest amerykański klasyk horroru, H.P. Lovecraft. Jego opowiadania powstały w okresie międzywojennym, ale stylizacja na angielszczyznę XVII– czy XVIII-wieczną oraz rozwlekła fraza sprawiają, że jego proza, choć znakomita, może nie być najlepszym wyborem do rozpoczęcia przygody z czytaniem w oryginale. Nie sposób jest wskazać żadnego „punktu odcięcia” w historii literatury, od którego angielski, niemiecki czy inne języki stają się zrozumiałe; powieści Dickensa (połowa XIX wieku) postrzegam jako niestawiające większego oporu, ale już pochodzące z tego samego okresu (1847 rok) Wichrowe wzgórza Emily Brontë wymagały większego skupienia. Na początek lepiej unikać też utworów, których autorzy eksperymentowali z językiem lub technikami narracyjnymi, dlatego np. z wybitną przecież twórczością Virginii Woolf (Do latarni morskiej, Pani Dalloway) dobrze jest zmierzyć się w drugiej kolejności.

Narracja i metafora

Nie każdy jednak ma czas i chęć obcować z ambitną literaturą i nie ma w tym nic złego; w obcy język można się zanurzyć także poprzez wysokiej jakości twórczość gatunkową. Wśród autorów kryminałów, thrillerów, horrorów czy powieści fantastycznonaukowych i fantasy było i jest wielu mistrzów języka angielskiego; zajmowali się też nią i zajmują znakomici tłumacze. Na obszarze języka angielskiego klasykami są zarówno Agatha Christie czy Erle Stanley Gardner (twórca postaci adwokata Perry’ego Masona), jak i mistrzowie czarnego kryminału (Raymond Chandler, Dashiell Hammett, Cornell Woolrich, James M. Cain, John D. MacDonald) oraz psychologicznej powieści kryminalnej (Patricia Highsmith i cykl o Tomie Ripleyu). Wśród żyjących pisarzy wybitnym stylistą jest Stephen King; wzorcowym i pięknym American English posługiwali się też jednak lub posługują Peter Straub (If You Could See Me Now, Julia, Floating Dragon), Frank Herbert (cykl Diuna), Dan Simmons (cykl Hyperion), Philip K. Dick (Ubik, The Man in the High Castle, VALIS), Isaac Asimov (cykl Fundacja) czy Robert Jordan (cykl fantasy The Wheel of Time). Jeśli ktoś jest fanem Władcy pierścieni, Opowieści z Narnii czy cyklu o Harrym Potterze, a jeszcze nie czytał w oryginale, to właśnie jest dobry moment; znając fabułę, taki czytelnik będzie mógł bardziej skupić się na warstwie językowej.

W Czytać, dużo czytać! Koziołek pisze: „Nie powinniśmy utożsamiać literatury z książką. Literatura jest wszędzie tam, gdzie są narracja i metafora. Nie ma sfery współczesnego życia, do której literatura by się nie wtrącała. I wydaje mi się, że czyni to mądrzej niż wiele innych dyskursów”. Gdy nie będziemy traktować języka obcego tylko jako użytecznego narzędzia, stanie się on bardziej nasz na różnych poziomach, a wtedy tym bardziej język giętki wypowie wszystko, co pomyśli głowa, a nasze książki i artykuły staną się jeszcze bardziej komunikatywne i eleganckie.

Wróć