Zbigniew Drozdowicz

Rys. Sławomir Makal
Wzniosłe idee zwykle z trudem dają się przełożyć na realia istniejącego świata. A gdy to się w jakiejś mierze udaje, wprowadzane są do nich różnego rodzaju korekty. Nie inaczej jest z humboldtowską ideą uniwersytetu. Dzisiaj jest ona przywoływana przy różnych akademickich okazjach. Jeśli nawet nie jest to jedynie retorycznym ozdobnikiem, to w niejednym punkcie rozmija się z realiami uniwersyteckiego życia.
Obecnie bracia Wilhelm i Aleksander Humboldtowie są patronami uniwersytetu założonego w 1810 r. w Berlinie przez króla Prus Fryderyka Wilhelma III. W międzyczasie zmieniał on nie tylko patrona (do 1949 r. był nim Fryderyk Wilhelm), ale także przechodził lepsze i gorsze lata kształcenia studentów i prowadzenia badań. W gronie jego absolwentów znajdują się m.in. tacy wpływowi politycy jak Otto von Bismarck. Natomiast do jego wykładowców należeli m.in. laureaci Nagrody Nobla Albert Einstein i Max Planck. W okresie hitlerowskiego nazizmu „kurację” ideową przechodziła nie tylko jego kadra badawcza i dydaktyczna, ale także kształceni w nim studenci. Podobnie było po znalezieniu się w radzieckiej strefie okupacyjnej. Wprawdzie władze NRD zaakceptowały obecnych patronów, jednak jego profil ideologiczny w istotnym stopniu odbiegał od idei uniwersytetu, którą sformułował i starał się wprowadzać w życie – jako dyrektor Sekcji Sztuki i Edukacji Publicznej – Wilhelm Humboldt. Tę urzędową funkcję pełnił on zaledwie przez 16 miesięcy. Jego rezygnacja stanowiła wyraz protestu przeciwko ingerencji władz politycznych w życie akademickie. Jeśli nawet była ona swoistą walką z wiatrakami, to jednak warto ją odnotować, a być może nawet poddać pod rozwagę tym ministrom edukacji publicznej i nauki, którzy uważają, iż ze swoich poczynań na tym urzędzie rozliczają się przede wszystkim przed politycznymi mocodawcami.
W dzisiejszych przywołaniach idei Humboldta niejednokrotnie sprowadza się ją do łączenia w uniwersyteckim życiu kształcenia studentów z prowadzeniem badań naukowych. Temu reformatorowi pruskich uczelni chodziło jednak o coś dużo więcej. Wskazywał na to m.in. Karol Saureland w swoim wykładzie zatytułowanym Idea uniwersytetu: aktualność tradycji Humboldta?, wygłoszonym w 2006 r. na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Zdaniem tego znawcy niemieckiej tradycji akademickiej: „Najważniejszą zasadą było dla Humboldta kształcenie młodego człowieka w szkole i na uczelni oraz wyrobienie specyficznych umiejętności, a nie jedynie przekazywanie wiedzy. Każdy powinien był stać się kimś, zyskać osobowość, i to niezależnie od pochodzenia. Daje się to osiągnąć tylko wtedy, kiedy nauczający ucząc traktuje ucznia – a przede wszystkim studenta – jako równorzędnego partnera. Jest to możliwe tylko wówczas, gdy istnieje coś, co łączy nauczającego z uczącym się. Tym elementem łączącym jest nauka! (…) Hasłowo mówi się o jedności nauki i nauczania (Einheit von Lehre und Wissenchaft). To założenie pociąga za sobą myśl, że badania nie mogą odbywać się w Akademii Nauk, gdzie uprawia się tylko naukę, lecz muszą być przeniesione na uczelnie i tam powinny być prowadzone. Ma to, zdaniem Humboldta, też ten dobry skutek, że nauka staje się bardziej niezależna od państwa, które lubi popierać doraźne potrzeby, nie interesując się zbytnio podstawami nauk, a tym samym ich rozwojem w odległej przyszłości”. W takiej wizji uniwersytetu „student właściwie nie potrzebuje wykładów, ich wybór z oferowanych możliwości jest raczej rzeczą przypadkową”. Natomiast podstawą życia naukowego uczonego jest „samotność, wolność i współdziałanie bez wyraźnego celu i przymusu. Nauka ma po prostu swój rytm, każdy zaś, kto ją uprawia, ma inne zdolności, a tych nie można rozwijać pod dyktando…”.
Poza dyskusją jest to, że humboldtowska idea uniwersytetu za swój punkt odniesienia miała stosunkowo nieduże uczelnie, posiadające nieliczną kadrę i kształcące niewielką liczbę studentów. W końcu XVIII w. we wszystkich krajach niemieckich było ok. 30 uniwersytetów kształcących w jednym roku akademickim ok. 8 tys. studentów. W pierwszych dziesięcioleciach następnego stulecia było ich jeszcze mniej, bowiem niektóre uczelnie albo uległy likwidacji, albo też się połączyły. Dzisiaj na świecie istnieje ponad 20 tys. uczelni. W krajach niemieckich jest ich ok. 350. Kształci się na nich ponad 2 mln studentów. Rzecz jasna, liczba studentów nie może być i nie jest jedynym wskaźnikiem wielkości uniwersytetów. W środowisku akademickim sporym prestiżem cieszy się ranking szanghajski. Oparty jest on m.in. na takich wskaźnikach jakościowych jak uzyskanie przez absolwentów ocenianego uniwersytetu oraz jego pracowników znaczących wyróżnień, jak Nagroda Nobla czy Medal Fieldsa (nadawany za wybitne osiągnięcia w matematyce). Uwzględnianych jest w tym rankingu 1000 najlepszych uczelni. Od lat na pierwszych miejscach sytuują się w nim uczelnie amerykańskie. W pierwszej dziesiątce jest ich 8, a dwa pozostałe miejsca zajmują najstarsze uniwersytety angielskie, tj. Cambridge (w najnowszym rankingu znalazł się na 4 miejscu) oraz Oksford (zajął w nim 7 miejsce). W Wielkiej Brytanii jest dzisiaj ponad 160 uczelni, w tym są takie, które – jak np. stanowiący federację Uniwersytet Londyński – imponują nie tylko liczbą studentów (w jednym roku akademickim kształci się na nim grubo ponad 100 tys.), ale także liczbą kadry akademickiej i uzyskiwanymi przez niektóre jego jednostki wynikami badawczymi (wchodzący w jego skład University College London w najnowszym rankingu szanghajskim znalazł się na 17 miejscu). Generalnie jednak uczelnie w tym kraju są zróżnicowane zarówno pod względem profilu kształcenia, jak i kierunków prowadzonych badań oraz sposobu ich organizowania i zarządzania akademickim życiem. Jedna z istotniejszych linii podziału przebiega między kultywującymi długie tradycje starymi uniwersytetami oraz nowymi, w większym stopniu skłonnymi do przyjmowania innowacyjnych rozwiązań.
Do tych pierwszych należy m.in. Uniwersytet Oksfordzki. Obecnie w jego skład wchodzi 39 kolegiów, z których 38 prowadzi kształcenie studentów na różnych poziomach, przy czym w jednych z nich jest to kształcenie jedynie na poziomie licencjatu, natomiast w innych na poziomie magisterskim lub doktorskim. Wyjątkiem jest All Souls College, którego kadra akademicka w zakresie swoich obowiązków ma jedynie prowadzenie badań. W latach 1966–1967 oraz w 1973 r. zatrudniony był w nim Andrzej Walicki. We wspomnieniach z tego pobytu napisał, że obowiązywał tam „ideał gentlemana, tj. człowieka niespieszącego się, mającego na wszystko czas, pewnego własnej wartości, a więc gardzącego tytułomanią i niepopisującego się erudycją w przypisach do swych prac”. Natomiast o kształceniu w innych kolegiach napisał, że realizowany w nich „model nauczania (…) nie mógł polegać na formalnych wykładach w przepełnionych salach, o treści uzgodnionej z ogólnouniwersytecką administracją. Nauczanie odbywało się w kolegiach, często w pokojach przylegających do mieszkania akademickiego opiekuna studenckiej grupy, polegało zaś przede wszystkim na pisaniu esejów na tematy indywidualnie wybrane i omawiane z nauczycielem akademickim. Napisanie wyróżniającego się eseju było wydarzeniem, które obie strony – zarówno student, jak i kierujący pracą naukowiec – traktowały jako coś godnego zapamiętania i przypomnienia w odpowiednim czasie” („Przegląd Filozoficzny” nr 1/2014). Można w tym znaleźć zarówno kontynuację modelu humboldtowskiego, jak i wprowadzone do niego korekty, które miały je dostosować do współczesnych potrzeb i oczekiwań studentów.
Jeśli nawet opór stawiany przez stare uczelnie angielskie i szkockie brukselskim innowatorom miał jakiś wpływ na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, to zapewne nie był on decydujący. Jakkolwiek to jednak oceniać, poza dyskusją jest to, że unijni programiści i planiści ds. kształcenia na różnych poziomach, w tym uniwersyteckim, nie tylko formułują różne programy i dyrektywy, ale także oczekują, że będą one realizowane w krajach członkowskich UE. Od początku naszego stulecia są one realizowane pod hasłem Europejskiej przestrzeni szkolnictwa wyższego lub też – co w gruncie rzeczy na to samo wychodzi – procesu bolońskiego. Chodzi w nim o maksymalne ujednolicenie tego, co na uczelniach państw członkowskich różnicuje zarówno kształcenie studentów, jak i ocenianie uzyskiwanych przez nich wyników. Sygnatariusze podpisanej 19 czerwca 1999 r. Deklaracji Bolońskiej stwierdzają, że wymaga to: 1) „przyjęcia systemu łatwo czytelnych i porównywalnych systemów oceniania”. 2) „systemu uznawania wyników z innych uczelni, takiego jak ECTS” oraz 3) „współpracy europejskiej w zakresie zapewnienia jakości” kształcenia. Za tym idą zarówno głosy poparcia, jak i sprzeciwu uczonych. W tych pierwszych wskazuje się m.in. na poszerzanie zakresu wolności poprzez przekraczanie granic jednego kraju i realizowanie części programu edukacyjnego w innym kraju unijnym. Realizowane to jest w ramach unijnego międzynarodowego programu wymiany studentów Erasmus+ (wcześniej występującego pod nazwą Erasmus). W projekcie Epikur głównym celem jest integrowanie uczelni we wspólnym prowadzeniu studiów oraz badań naukowych, z wykorzystaniem m.in. platform e-learningowych. Natomiast celem Międzynarodowego Programu Oceny Umiejętności (Programme for International Student Assesment) jest nie tylko zebranie informacji o efektach kształcenia na różnych szczeblach w różnych krajach unijnych, ale także wypracowanie wspólnych dla tych krajów kryteriów oceny efektów.
Zwolennicy i propagatorzy unijnych programów edukacyjnych jak Torsten Husén (nazywani merytokratami) są przekonani, że ich realizacja przyczyni się nie tylko do podniesienia poziomu wykształcenia różnych grup społecznych, ale także do stopniowego ograniczenia nierówności społecznych w zakresie dostępu do edukacji, a co za tym idzie również stanowisk pracy i wynagrodzeń. Ich krytycy, nazywani kredencjalistami, uważają, że realizacja tych programów nie tylko nie doprowadzi do zniesienia nierówności społecznych, ale wręcz przyczyni się do pogłębienia już istniejących, bowiem dyplomy edukacyjne (tzw. kredencjały) będą wykorzystywane jako instrument selekcji społecznej, a same dyplomy (również uniwersyteckie) staną się tak powszechne, że ich wartość rynkowa ulegnie inflacji. Na te i inne jeszcze negatywne następstwa prowadzonej przez UE polityki edukacyjnej wskazują również polscy uczeni (tacy m.in. jak Zbyszko Melosik). Zarówno merytokraci, jak i kredencjonaliści wprowadzają istotne korekty do humboltowskiego modelu uniwersytetu. Różnica między nimi polega na tym, że ci pierwsi ani nie obawiają się wpływu polityków na jego przystosowywanie do wymagań gospodarki rynkowej, ani też nie mają nic przeciwko temu, aby uniwersytety w UE upodobniły się do siebie w takim stopniu, że będą przypominały w swoim funkcjonowaniu przedsiębiorstwa produkcyjne lub firmy handlowe. Natomiast kredencjonaliści przynajmniej ostrzegają przed taką inflacją nie tylko uniwersyteckiego kształcenia, ale także mierzenia jego efektów.

Uniwersytet Humboldtów w Berlinie Źródło: Wkipedia / z zasobów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych
W sytuacji gdy w polityce głośno mówi się o rozbieżności interesów Polski i Niemiec, już samo przywołanie humboldtowskiej idei uniwersytetu może stanowić swoisty dysonans. Wyraźnie słyszalny jest również głos tych, którzy uważają, że jeśli nawet wejście Polski do UE w 2004 r. nie było totalnym błędem, to przynajmniej przyniosło ze sobą niejedno realne zagrożenie dla tego, co polskie. Narracje polityczne mają to do siebie, że jednak zmieniają się razem ze zmianą sytuacji na różnych szczeblach politycznej władzy, a uczelnie, które są nimi nie tylko z nazwy, ale także ze względu na poziom kształcenia oraz prowadzonych w nich badań naukowych, są w stanie przetrwać niejedną z nich. Problem w tym, że w naszym kraju mamy wprawdzie wiele uczelni, ale żadna z nich nie może się równać swoim poziomem już nie tylko z pierwszą, ale także z drugą czy nawet trzecią setką uczelni w rankingu szanghajskim. Rzecz jasna, można znaleźć krajowe rankingi, w których te uczelnie wypadają znakomicie. Być może poprawiają one samopoczucie ich władzom i niektórym pracownikom. Jednak mogą dawać złudne przekonanie, że jeśli nawet nie zbliżają się do światowej czołówki akademickiej, to przynajmniej do europejskiej. Warto zapoznać się z tym, co mają do powiedzenia na temat rankingów Jerzy Brzeziński („Humaniora” nr 2/2023) i Leszek Pacholski („Wszystko co Najważniejsze”, sierpień 2023). Nie pozostawiają oni wątpliwości, że polskich uczonych czeka jeszcze sporo pracy, aby zbliżyć się do najlepszych w kształceniu studentów i prowadzeniu badań naukowych.
Jeśli miałbym na koniec sformułować generalizującą sugestię, to powiedziałbym, że jeśli nie będziemy wytrwale podnosić swoich akademickich kwalifikacji, to nie pomoże nam żaden zagraniczny ani też krajowy polityk. Sugerowałbym raczej zachowanie wobec takiej „pomocnej dłoni” sporego krytycyzmu, nawet jeśli towarzyszą jej tzw. wzniosłe deklaracje, dobre chęci czy obietnice stania się w stosunkowo niedługim czasie pełnoprawnym Europejczykiem. Czy ma to coś wspólnego z korygowaniem Humboldta? W moim przekonaniu tak. Mimo wszystko warto jego wizję uniwersytetu przypominać, bowiem można w niej znaleźć niejedną ważną wskazówkę. Jednak do niej również należałoby podchodzić krytycznie, a przynajmniej nie traktować jej jako „klucza”, który pasuje do każdych akademickich drzwi.
Wróć