logo
FA 9/2023 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie pożegnania

Akademickie pożegnania 1

Rys. Sławomir Makal

Dzisiaj problemem ogólniejszym jest dziedzictwo mentalne czasów słusznie minionych, które ujawnia się w zachowaniach niektórych władz, w tym władz uczelnianych. Krótko rzecz ujmując: niektóre wychodzą z założenia, że skoro są władzą, to mają uprawnienia do rządzenia, które w ich przekonaniu służy uczelni oraz pracownikom, których uznają za przydatnych.

Pożegnania osób, które w środowisku akademickim funkcjonowały przez lata, nie zawsze przybiegają bez emocjonalnych napięć. Wiele zależy nie tylko od tego, czym się te osoby zapisały w pamięci akademickiego otoczenia, ale także od przestrzegania i realizowania przez to otoczenie wypracowywanych i utrwalanych przez wieki obyczajów. Rzecz jasna różnie z tym bywa.

Pożegnania z klasą

Nawet w smutnych pożegnaniach, jakimi są pogrzeby, można wykazać się wysoką klasą, którą usatysfakcjonowana będzie rodzina żegnanej osoby oraz jej przyjaciele. Niejednokrotnie uroczystościom pogrzebowym towarzyszą wystąpienia wspomnieniowe władz rektorskich i współpracowników, którzy dobrze znali zmarłego. Rzecz jasna, przypomina się w nich to, co w jego akademickim życiu było najlepsze i najbardziej znaczące. Jeśli dodaje się coś z życia prywatnego, to fakty, które dobrze świadczą o nim jako człowieku. Nie powinno się jednak przesadzać, bowiem pochwały łatwo mogą się przerodzić we frazesy, których uczestnicy uroczystości nie potraktują poważnie. Podobnie zresztą jest w przypadku przemówień na żałobnych posiedzeniach rad wydziałów (obecnie dyscyplin), a także senatów. Niejednokrotnie brałem udział w takich spotkaniach i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że sztuka wykazywania wielkości zmarłego jednym wychodzi lepiej, innym gorzej. Zdarzały się spontaniczne wystąpienia, w których zabierający głos czuli się uprawnieni do powiedzenia o zmarłym czegoś zabawnego (bywało to przyjmowane z tzw. mieszanymi uczuciami).

Z założenia bardziej radosny charakter powinny mieć pożegnania uczonych odchodzących na emeryturę organizowane na uczelniach przez ich przyjaciół i współpracowników. Niejednokrotnie wręczane są przy takich okazjach tzw. księgi jubileuszowe, zawierające nie tylko prezentacje ich akademickich osiągnieć, ale także teksty, w których żegnana osoba występuje w znaczącej roli. Jeśli inicjatorzy i redaktorzy naukowi nie zadbają o przygotowanie takich ksiąg, mogą tym sprawić jubilatowi przykrość, bowiem może on to zrozumieć jako brak uznania dla jego naukowej pozycji. Rzecz jasna, łatwiej jest coś miłego powiedzieć na samej uroczystości pożegnalnej niż coś sensownego napisać do takiej księgi. Takie przemowy się oczywiście wygłasza. Z reguły najbardziej pochwalny charakter mają wystąpienia starych przyjaciół jubilata. Jego młodszym współpracownikom nawet nie wypada wygłaszać takich opinii, jakby go znali od wielu lat, a nawet byli z nim z zażyłych relacjach. Natomiast mile widziane są przypomnienia trudności, które pokonał on w swoim zawodowym życiu, rzecz jasna, bez podawania szczegółów, które mogłyby go wprawiać w zakłopotanie. Niejednokrotnie władze uczelni czują się zobowiązane do bezpośredniego udziału w takich uroczystościach, jeśli nawet nie w osobie głównego rektora, to przynajmniej delegowanego prorektora, który odczytuje rektorski list gratulacyjny. Ważne jest, aby w takim liście było coś więcej niż tylko przypomnienie powszechnie znanych osiągnięć żegnanego.

Szczególnie zasłużonym i cenionym uczonym pożegnalne spotkania organizowane są na szczeblu centralnym uczelni i mają bardziej uroczysty przebieg. Powagi wydarzeniu nadaje usytuowanie jubilata w eksponowanym miejscu, zwykle na okazałym fotelu. Za stołem prezydialnym zasiadają władze rektorskie i dziekańskie, natomiast w pierwszych rządach jego najbliższa rodzina. Nad sprawnym przebiegiem uroczystości zwykle czuwa któryś z młodszych współpracowników. Natomiast do wypowiedzi dopuszczani są uczestnicy według wcześniej ustalonego scenariusza, rzecz jasna ci, którzy o uczonym mogą powiedzieć coś dobrego. Wprawdzie zdarza się, że na zakończenie takiego spotkania jubilat oponuje wobec przypisywania mu aż tak wielu zasług, jednak to także mieści się w akademickiej obyczajowości. Przy okazji ma on również możliwość powiedzenia czegoś dobrego zarówno o swoich mistrzach i nauczycielach, jak i uczniach, zarówno biorących udział w uroczystościach, jak i nieobecnych. Im bardziej wypełniona jest sala, tym okazalej wypada uroczystość. Żegnanej osobie sporą satysfakcję może sprawiać długa kolejka pragnących złożyć życzenia, a czasami również powiedzieć coś miłego o jej osiągnięciach. Scenariusz uroczystych pożegnań może być i jest niejednokrotnie urozmaicany wystąpieniami osób, które chciałyby o jubilacie powiedzieć coś „od siebie”. Wiąże się to jednak z ryzykiem „zagadania” spotkania do tego stopnia, że uczestnicy zaczną się rozglądać za możliwością w miarę dyskretnego opuszczenia go przed zakończeniem. Mówię to na podstawie tzw. obserwacji uczestniczącej.

Pożegnania „klasowe”

W czasach PRL-u tytułowe określenie odnosiło się m.in. do pożegnań osób, które czymś się zasłużyły w trwającej (ponoć) walce klas robotniczej i chłopskiej z wrogami ludu. Ze szczególną pompą żegnano tych, których ów lud (ponoć) wybrał na swoich przywódców. Takie uroczystości miały z reguły charakter centralny, a jeśli już pojawiały się na lokalnym „podwórku”, jakimi były uczelnie, to m.in. przy okazji nadania im imienia zmarłego przywódcy. W 1955 r. podjęto próbę nadania mojej uczelni (UAM) imienia Józefa Stalina. Jednak bez powodzenia. Senat skłonił się bowiem do przyjęcia zgłoszonej przez ówczesnego dziekana Wydziału Historycznego (późniejszego promotora mojej pracy magisterskiej), prof. Janusza Pajewskiego, propozycji nadania imienia Adama Mickiewicza. Nie wszystkim uczelniom obrona przed politycznym patronem się udała. Być może na niektórych nie była ona nawet podejmowana. W każdym razie Uniwersytet Wrocławski po przyjęciu w 1952 r. za patrona Bolesława Bieruta (zmarł w 1956 r.) zachowywał go aż do przełomu 1989 r.

W czasach PRL-u były również pożegnania „klasowe”, które wiązały się albo z zamknięciem uczelnianych bram dla kandydatów na studia, którym przy rekrutacji zabrakło kilku punktów za pochodzenie robotnicze lub chłopskie, albo też na studiach nie przetrwali, bowiem ujawnili niewłaściwy stosunek do „jedynie słusznej” ideologii i uprawnionych do jej upowszechniania na uczelniach mandatariuszy. Dzisiaj trudno jest określić liczbę takich pożegnań. Można jednak generalnie powiedzieć, że relegowanych z uczelni za wystąpienia przeciwko ówczesnym władzom było stosunkowo niewielu (nawet po wystąpieniach studenckich 1968 r.). Podobnie zresztą było z częścią kadry akademickiej, która została z tego względu pozbawiona prawa wykładnia na uczelniach. Można jednak podać nazwiska profesorów, których odsunięcie od zajęć ze studentami za niewłaściwy światopogląd miało być ostrzeżeniem dla innych śmiałków (przykładem może być profesor Uniwersytetu Warszawskiego, filozof Władysław Tatarkiewicz).

Po 1989 r. sporo zmieniło się w naszym kraju, w tym na polskich uczelniach. Rzecz nawet nie tyle w tym, że generalnie pożegnano obrońców marksistowskiej ideologii, bowiem niektórzy z nich skorygowali swoje błędy, a inni po prostu uznali, że nie stało się nic takiego, by musieli pożegnać się z uczelnią. Rzecz natomiast w tym, że do głosu doszły opcje ideowe, które już wcześniej były na uczelniach obecne. Jednak przynajmniej na uczelniach publicznych były one skrywane albo wyrażane tak nieśmiało, że były słyszalne głównie w wąskim gronie zaufanych osób.

Inaczej to wyglądało na uczelniach niepublicznych (nazywanych potocznie prywatnymi). Należały i należą do nich m.in. uczelnie kościelne. Największą z nich jest założony w 1918 r. Katolicki Uniwersytet Lubelski. Zarówno w przeszłości, jak i obecnie przynajmniej formalnie stosują one klucz wyznaniowy, jeśli tak można powiedzieć o deklaracji wiary w to, co głosi patronujący im Urząd Nauczycielski Kościoła. Niewiele mogę powiedzieć o tym, jak on był realizowany w praktyce przed 1989 r. Znam jednak kilku absolwentów KUL-u, którzy po opuszczeniu jego murów znaleźli sobie miejsce na świeckich uczelniach. Na tyle dobrze sobie później radzili, że doszli do profesorskich tytułów.

Dzisiaj problemem ogólniejszym jest dziedzictwo mentalne czasów słusznie minionych, które ujawnia się w zachowaniach niektórych władz, w tym władz uczelnianych. Krótko rzecz ujmując: niektóre wychodzą z założenia, że skoro są władzą, to mają uprawnienia do rządzenia, które w ich przekonaniu służy uczelni oraz pracownikom, których uznają za przydatnych. Natomiast tych, którzy nie mieszczą się w ich wizji władzy i potrzeb uczelni, żegnają bez żadnych ceremoniałów. W mediach nagłaśniana jest sprawa zwolnień części kadry akademickiej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Była ona przedstawiana zarówno w prasie lokalnej, jak i w mediach centralnych. Jedynie krótko zatem przypomnę, że w gronie zwolnionych znalazł się m.in. poprzedni rektor. Z jego relacji wynika, że zwolniony został listem poleconym, który odebrała jego żona. W pierwszej fazie zwolnień z uczelnią pożegnało się stosunkowo wielu filozofów, w tym rozpoznawalni w skali ogólnopolskiej. W kolejnych żegnani byli i są również przedstawiciele innych dyscyplin. Swoje racje przedstawiły zarówno władze uczelni, jak i ci, którzy sposób pożegnania zgłosili do sądu, a ten uznał, że ich zwolnienie nastąpiło z naruszeniem obowiązujących regulacji prawnych. Nie widzę potrzeby przywoływania nazwisk tak pożegnanych uczonych ani szczegółów związanych z ich zwolnieniami. Znajduję jednak spore analogie z czasami, w których sprawujący władzę uważali, iż tylko oni wiedzą, co jest dobre dla uczelni, a jeśli ktoś się nie zgadza, to „fora ze dwora”. Może zastanawiać, że mało daje im do myślenia to, jak skończyła tak myśląca i postępująca władza w czasach PRL-u. Być może jednak żyją one w przekonaniu, że liczą się jedynie chwile, w których są u władzy.

„Moja klasa”

Określenia „moja klasa” używam tutaj w dwóch różnych znaczeniach. W pierwszym oznacza ono rocznik studiów, z którym się je rozpoczynało i ewentualnie kończyło. W akademickiej tradycji takie pożegnania z koleżankami i kolegami związane są z uroczystym udzieleniem absolutorium, składającym się m.in. z gratulacji dziekańskich i podziękowań studenckich, a kończą się tradycyjnym rzucaniem w górę studenckich biretów. W pożegnaniach tych nie brałem udziału jako absolwent uczelni, bowiem studia magisterskie ukończyłem rok przed terminem i nie zostałem zaproszony do udziału w absolutorium rocznika, z którym je zaczynałem. Brałem w nich natomiast udział wielokrotnie jako urzędujący dziekan. Z koleżankami i kolegami ze studiów żegnałem się później na spotkaniach koleżeńskich „po latach”. Natomiast dwóch moich kolegów ze studiów zostało pracownikami tej samej jednostki uczelnianej, w której byłem zatrudniony przez kilkadziesiąt lat, tj. Instytutu Filozofii UAM. Pożegnali się z nią w różnym czasie z różnych powodów. W jednym przypadku (bardziej dramatycznym) z uwagi na niewywiązanie się w terminie z napisania i obronienia doktoratu. Natomiast w drugim z uwagi na niedocenianie w jednostce jej osiągnięć naukowych i dydaktycznych. Osoba ta znalazła dla siebie miejsce na innym wydziale mojej uczelni. Podobnie zresztą wyglądały okoliczności mojego pożegnania się z instytutem. O rozstanie się z nim nie mam jednak dzisiaj wielkich pretensji do nikogo, a nawet mogę powiedzieć, że dobrze na nim wyszedłem.

W drugim znaczeniu określenie „moja klasa” oznacza grupę pracowników uczelni, którzy mimo osiągnięcia wieku emerytalnego nadal są w niej zatrudnieni (w większości na części etatu). Do tej „klasy” należę od kilku lat. Z informacji podanej przez panią rektor UAM na spotkaniu z pracownikami mojego wydziału wynika, że jest ich stosunkowo wielu i stanowi to problem finansowy dla uczelni. Rzecz jasna, można się pożegnać z nimi w różny sposób. Być może jednak przed podjęciem decyzji warto zapoznać się z ich aktualną aktywnością naukową i znajdującym się w uczelnianej Bazie Wiedzy wykazem osiągnięć. Pokazują one, że aktywność tej „klasy” osób jest mocno zróżnicowana. Mam nadzieję, że w dobrze rozumianym interesie uczelni władze rektorskie nie pozbędą się lekką ręką mających ponadprzeciętne wyniki. Kolejna parametryzacja dyscyplin naukowych zbliża się nieuchronnie i może się okazać, że ktoś z nich nie uzyska wysokiej kategorii, bowiem nie było możliwości uwzględnienia osiągnięć naukowych emeryta jeszcze aktywnego naukowo.

Czas pokaże, jak „odchudzanie” tej „klasy” będzie realizowane w praktyce oraz jakie będzie ono miało następstwa dla uczelni. Dla tych, którzy mimo dużej aktywności naukowej nie znajdą uznania u uczelnianych władz, nie musi to jednak oznaczać dramatu. Są przecież możliwości realizowania naukowych pasji również poza murami uczelni, rzecz jasna już tylko na własny rachunek i dla osobistej satysfakcji.

Wróć