Piotr Müldner-Nieckowski
Z konieczności, zbierając piśmiennictwo do pewnego artykułu na tematy frazeologiczne, sięgam do prac z ostatniego dziesięciolecia i w większości znajduję zwietrzałą wiedzę. Pomijam już efekt szkodliwego działania w latach osiemdziesiątych pewnej grupy badaczy, którzy aby sobie ułatwić życie, okroili frazeologię do idiomów, zlekceważyli klasyfikację semantyczną wielowyrazowców języka polskiego, a te jednostki języka, które nie są metaforyczne, zostawili samopas. Zaniechanie badania i godnej poprawnościowej uwagi ogromnej grupy frazeologizmów polskich ma swoje widoczne skutki. Tysiące młodych polonistów uczą się, że to nie jest frazeologia. Biorący się z tej rzeszy nowi nauczyciele nie wiedzą więc, że przecież te jednostki języka są ważnymi półproduktami, które są na co dzień i przy każdej okazji używane jako zawiązki zdań, albo lepiej: mikropojemniki gotowych treści, które do zdań się dostają i je budują. Należy zatem dbać o ich kształt i poprawne użycie. Niestety ten fakt wciąż jest w nauczaniu języka polskiego (bo już nie angielskiego) solidnie pomijany. Bardzo też przeszkadza reklama, ta tak zwana żywa (czyli radiowo-telewizyjna), która zaburzenia poprawności albo nawet wprost błędy językowe rękami copywriterów pakuje do spotów, aby lepiej zwracały na siebie uwagę, co doskonale ćwiczy dzieci w nauce złej mowy.
Ale już nie tylko telewizornia, dom rodzinny i szkoła maltretują nasz język żywy, bo także uniwersytet. Ze zgrozą czytam kolejny nowy skrypt (a właściwie podręcznik, gdyż to dziełko jest dość pulchne) dla nowego pokolenia polonistów, czyli studentów mniej więcej trzeciego roku.
W dziele tym, jak w dziesiątkach innych, pojawia się klasyfikacja frazeologizmów Stanisława Skorupki (tekst jej jest we Wstępie do jego Słownika frazeologicznego języka polskiego z 1967, tom 1). Została zresztą żywcem przepisana do owego skryptu z niezbyt udanego Słownika wiedzy o języku Danieli Podlawskiej i Iwony Płóciennik z 2004 r. (książka ta ma układ, który bardzo utrudnia znalezienie czegokolwiek, ale i błędów naukowych nazbierała sporo).
Klasyfikacji Skorupki należało zaniechać już w 1969 roku, kiedy przejechał się po niej naukowym walcem Andrzej Maria Lewicki w „Języku Polskim” 1969, nr 4, s. 310-315. W kolejnych wydaniach słownika Skorupki należało to zmienić, aby przez dziesiątki lat nie zatruwać umysłów tekstem intuicyjnym, nienaukowym, wprowadzającym w błąd nawet samego jego twórcę. Zastosowany bowiem przez prof. Skorupkę podział wielowyrazowców opiera się na ocenie ich kształtu formalnego, a nie – jak w wypadku wyrazów – funkcji, którą pełnią w zdaniu. Na skutek tego wyrażenia typu „ni przypiął, ni przyłatał” są zaliczane do form czasownikowych, mimo że ani wyraz „przypiął”, ani „przyłatał”, ani też całe to wyrażenie funkcji czasownika jako żywo nie pełnią, bo są tu określeniami (przymiotnikowo-przysłówkowymi). W klasyfikacji tej powstał też worek na odpady. Autor nazwał go „wyrażenia” i wrzucił do niego wszystko, co spotkał w tekstach jako utrwalone frazeologizmy, ale których właściwości nie potrafił określić, gdyż w owym czasie jeszcze brakowało dobrych narzędzi ich opisu. Profesor Skorupka na podstawie swej wadliwej klasyfikacji opracował dziwaczną kolejność podawania materiału w gniazdach leksykalnych słownika. Z tego powodu (i na skutek braku indeksu) nic w nim nie można znaleźć bez przeczytania czasem nawet kilku łamów gęstego druku. Dlatego słownik ten stoi na półkach przy biurkach pisarskich – nietknięty. Jest i tyle.
Wspomniany Andrzej Maria Lewicki, mistrz frazeologii, opracował w 1983 r. logiczną klasyfikację, która wszystko porządkuje tak, że nagle zaczynamy rozumieć, jak ten nasz język w ogóle działa.
Otóż frazeologizmy z punktu widzenia ich funkcji w zdaniu dzielą się na 1) frazy (kompletne zdania typu „Wyszło szydło z worka”, „Bomba wybuchła”, „I to by było wszystko”), 2) zwroty (formy czasownikowe, którym trzeba dodać podmiot, aby się stały zdaniami, np. „Zarobić na życie”, „Nie zasypiać gruszek w popiele”, „Pełnić funkcję”, „Grać na nerwach”), 3) wyrażenia rzeczownikowe (np. „Czarna owca”, „Jabłko Adama”, „Dwa grzyby w barszcz”), 4) wyrażenia określające (np. „Biały jak marmur”, „Ni z gruszki, ni z pietruszki”, „Z całej siły”, „W lot”), wreszcie 5) wyrażenia funkcyjne (które biorą udział w budowaniu zdań: wielowyrazowe spójniki, przyimki, partykuły, np. „mimo że”, „i to”, „o tyle…, o ile…”, „rzecz jasna”, „na pewno”, „w stronę”, „bez mała”).
Z punktu widzenia semantyki frazeologizmy dzielą się na 1) idiomy (których sens nie wynika ze znaczenia ich składników; np. „Czarny koń”, „Stawać na głowie”, „Grać na fałszywą nutę”, „Mieć plecy”), 2) frazemy (których znaczenie wynika z jednego ze składników i jest zmodyfikowane przez składniki pozostałe, np. „Ładna historia”, „Składać podanie”, „Brać się do roboty”, „Równe jak stół”, „Dobrze wychowany”), 3) pogranicze frazeologii (różne sztucznie tworzone wielowyrazowce przydatne w polityce, nauce, życiu społecznym itd.).
Funkcjonują jeszcze dwie inne klasyfikacje, ale już mocno specjalistyczne, dla badaczy. Warto jednak je poznać i zrozumieć, bo otwierają oczy, naprawdę. Kładą nacisk na to, że nasz język ma niecałe pół miliona słów, ale dysponuje gigantyczną frazeologią (kilka milionów jednostek) i fenomenalnym słowotwórstwem, niezwykle pomysłowym i produktywnym, a zarazem łatwym do opanowania. Kto chce i potrafi, może stworzyć sobie nowe polskie słówko, które w dodatku wszyscy w lot zrozumieją. Bo tu chodzi właśnie o zrozumstwo.
e-mail: lpj@lpj.pl