Piotr Müldner-Nieckowski

Źródło: pixabay
Posługiwanie się pseudonauką nie jest niczym nowym, ale zawsze wprawia w zdumienie. Są tacy, których zachwyca, bo iście fantastyczną cechą jej jest to, że ktoś z manipulacji wiedzą, inteligencją i logiką może ciągnąć gigantyczne korzyści przyjemnościowe, a także materialne, finansowe.
Tak, podejrzewam, ma właśnie prezydent Rosji Putin wraz z przyległymi autorytetami. Bezpodstawnie twierdzi, że narodowość ukraińska została wymyślona, i to w celach antyrosyjskich, bo tak zwani Ukraińcy to szczep Rosjan i powinni być uważani za gorszych członków ich narodu, takich do fizycznego wytępienia. To samo jest z ich językiem, „podobno ukraińskim, a w rzeczywistości zepsutym rosyjskim”.
Przekręcić można wszystko, ale czy to się przyjmie, zależy od metod wdrażania danej bzdury, szczególnie zaś od opracowania i wymodelowania publiczności, do której idiotyzm ten jest adresowany. Nie wystarczy mieć świetnego pomysłu na sprawę, trzeba dysponować pomysłem na tłok, za pomocą którego będzie się to wdrażać, a ściśle – wciskać, ale przede wszystkim dysponować specyficznym charakterem manipulatora, który podaje się za naukowca albo twierdzi, że opiera się „na badaniach”, tylko że ani tych badań nie wymienia, ani nie podaje ich źródła. Bo nie istnieją.
Co ważne, w procesie wpuszczania do obrotu pseudonauki nie ma znaczenia, kim jest odbiorca, byleby był obrobiony. Może to być zarówno wybitny naukowiec, jak i prymitywny absolwent przedszkola. Ludzie są na to podatni wcale nie ze względu na wykształcenie, ale głównie z powodu nasilenia emocji, zwłaszcza negatywnych, i nacisków środowiskowych. Można to stwierdzić, przeglądając polską prasę codzienną. Tylu pseudonaukowych bzdur, jakie teraz widujemy w mediach, nie było jeszcze nigdy. A wszystko służy oczywiście polityce, chwilowej propagandzie.
Działa to nawet w zakresie Nagrody Nobla, ale zanim zaczęła być przyznawana, wielcy manipulatorzy przez wieki poczynali sobie całkiem dorzecznie – wiedzieli doskonale, że każda bzdura odpowiednio podana może zostać uznana za objawienie i wielką prawdę.
Tak było i nadal jest przecież z homeopatią. W 1796 roku wymyślił ją niemiecki lekarz Samuel Hahnemann, który cierpiał z powodu braku pacjentów. Podręczniki historii medycyny podają, że doktor szukał metody na przyciągnięcie klienteli i kierując się obserwacją świetnie prosperujących znachorów, wpadł na pomysł, żeby zacząć à rebours traktować leczenie w medycynie, która tradycyjnie stosuje allopatię („przeciwnym leczyć przeciwne”). Skoro „terapia naukowa” działa przeciwko przyczynom chorób, to należy zacząć twierdzić, że to błąd, ponieważ „chorobę można wyleczyć jedynie przez podawanie czynników jej objawy wywołujących”, tyle że stosowanych w ogromnym rozcieńczeniu. Dla wzmocnienia efektu należy preparat „zdynamizować”, to jest wielokrotnie wstrząsnąć.
Hahnemann ogłosił powyższą zasadę jako tak zwane „prawo przeciwieństw” i uruchomił szeptaną kampanię propagandową. Pacjenci pojawili się niemal natychmiast. Nie informował jednak, że już przy zalecanym rozcieńczeniu sześćdziesięciokrotnym (tzw. 60D) z substancji tych nic w roztworze nie zostaje. Dla przykładu lek zwany „oscillococcinum” (cukier spożywczy + cukier mleczny) ma rozcieńczenie czterystukrotne.
Następcy Hahnemanna przez wieki pododawali do tego systemu ogrom równie wyssanych z palca pomysłów i teorii i w ten sposób stworzyli „medycynę” zwaną homeopatia. Wielokrotne, wykonywane z gigantycznymi nakładami finansowymi przez najlepsze międzynarodowe zespoły naukowe, świetnie udokumentowane badania dowiodły całkowitej nieskuteczności homeopatii, ale to nie spowodowało jej zaniku w praktyce medycznej. Pieniądz to pieniądz. Nasza Naczelna Izba Lekarska uznaje praktykowanie homeopatii przez lekarzy i lekarzy dentystów za błąd w sztuce lekarskiej i kwalifikuje je jako niegodne etyki lekarskiej. Niestety niektórzy tego nie przestrzegają. Nawet Ministerstwo Zdrowia i nie tylko polskie. A przecież nieraz „leczenie” homeopatyczne prowadzi do nieszczęścia przez zaniechania leczenia prawdziwego a skutecznego…
Ludzkość chyba lubi być głupia. Metody nienaukowe, jałowe odkrycia i błędne wynalazki w medycynie, nawet zbrodnicze (sic!), bywały przecież nagradzane Nagrodą Nobla.
W 1926 r. Duńczyk Johannes Fibiger otrzymał ją za „odkrycie” rzekomej pasożytniczej przyczyny nowotworów. Potem próbowano przemodelować uzasadnienie wyróżnienia, ale się nie udało.
W 1996 roku Amerykanin Stanley Prusiner otrzymał tę Nagrodę za odkrycie białek zwanych prionami, które rzekomo mają być przyczyną niektórych chorób zakaźnych, takich jak scrapie (u owiec i bydła), choroba Creutzfeldta-Jakoba i kuru u człowieka. Do dziś nie wiadomo, czy priony tylko towarzyszą tym chorobom, czy są ich przyczyną, ale autor bezdowodowo twierdzi, że prawdą jest to drugie.
I w tym zestawieniu fakt przerażający. W 1949 roku Portugalczyk António Egas Moniz otrzymał Nagrodę Nobla za opracowanie i wdrożenie lobotomii, niszczenia płata czołowego mózgu, zbrodniczej chirurgicznej metody leczenia chorób psychicznych, w tym depresji, chorób neurologicznych takich jak padaczka, a nawet bólu głowy i homoseksualizmu. Jedną z najbardziej znanych ofiar tej brutalnej chirurgii była siostra prezydenta Johna Kennedy’ego – Rosemary, która po zabiegu wykonanym w wieku 23 lat została dożywotnio umieszczona w zakładzie opiekuńczym jako niepełnosprawna, z pooperacyjnym upośledzeniem chodzenia, mówienia i ze znacznie obniżonym poziomem inteligencji. W Polsce operacji tej po roku 1960 szczęśliwie nie wykonano ani razu.
e-mail: lpj@lpj.pl