Piotr Hübner

Galeria Sztuki Socrealistycznej, Muzeum im.Zamojskich w Kozłówce Fot. Stefan Ciechan
Rodzina mojej Matki nie miała przed wojną stałego miejsca zamieszkania. Dziadek, Leopold Badzian, był dyrektorem znanych liceów – kolejno w Zamościu, Zduńskiej Woli i Kaliszu. Na rok przed wojną został wizytatorem kuratorium w Warszawie. Po wojnie władze komunistyczne zezwoliły mu tylko nauczać języka rosyjskiego – był absolwentem Imperatorskiego Uniwersytetu Warszawskiego w zakresie filologii klasycznej. Przetłumaczył pierwszą część Historii starożytnego Rzymu Nikołaja Aleksandrowicza Maszkina (1953). Czytałem tomidło pod koniec szkoły podstawowej. Z historii Rzymu przypisałem sobie etos ostatniego – po Aecjuszu – Rzymianina oraz zamiar oddziaływania na sprawy publiczne. Przedstawię tę właśnie kwestię w cyklu „Pro publico bono”.
Podziwiałem gabinet domowy Dziadka, taki był, jak się okazało, początek mojej drogi do profesury. Według Dziadka tą drogą miał jednak pójść Janek, mój brat cioteczny – nosił od dziecka okulary i często bywał zamyślony. Ja biegałem po okolicy, wymyśliłem dla kolegów olimpiady sportowe. Szkoły nie lubiłem, choć dziadkowie i babcie z obu stron byli pedagogami. Podczas nauki religii otrzymywałem nagrody za zainteresowanie historią Kościoła. Jednak nie znalazło aprobaty przeora dominikanów czytanie Biblii, odziedziczonej po Ojcu.
Poglądy ustrojowe uformowałem zgodnie z rodzinną tradycją. W okupacyjnej walce Armii Krajowej tkwiły obie rodziny. Rodzice poznali się w konspiracji. Ojciec, jako oficer wywiadu, znalazł się w okresie Powstania Warszawskiego w niewoli z fałszywą tożsamością. Zamęczony, zmarł w Mauthausen-Gusen w końcu 1944 roku – miałem wtedy pół roku. Ciocia Tala z Badzianów, po mężu Grot-Gisges, została zamęczona na Pawiaku po tym, jak wyrzuciła podczas łapanki na moście Poniatowskiego walizkę z tajnymi dokumentami. Dopiero ćwierć wieku po wojnie wujek Henio ujawnił, że był szefem kontrwywiadu AK (mjr Trojańczyk, o pseudonimie „D-1”). A to on zastępował Ojca w mojej edukacji patriotycznej. Edukacja ta była sumą przeżyć bohaterów „Trylogii” Sienkiewicza i tradycji powstań narodowych. Ustrój komunistyczny programowo zwalczał tradycje niepodległościowe. Zachowałem zeszyty z podstawówki pełne indoktrynacji stalinowskiej. Metodę przetrwania wypracowałem z czasem dzięki czytanym codziennie książkom, zainteresowaniom kolekcjonerskim oraz turystyce górskiej. Narastało samotnictwo i wzorce wzięte z westernów. Mimo to nie rezygnowałem z chęci „zmiany świata”. Zawsze byłem indywidualistą. Nigdy nie pociągało mnie działanie w grupie.
O śmierci i ceremoniach pogrzebowych Stalina, a następnie Bieruta, powiadomił wszystkich obywateli mój ojczym, Tadeusz Bukowski. Jako zasłużony lektor Polskiego Radia miał odpowiednie doświadczenie i tembr głosu. Od niego przejąłem zainteresowania wiedzą słownikowo-encyklopedyczną. W szczególności dotyczyło to repertuaru wyrazów obcego pochodzenia, geopolityki oraz historii współczesnej. Przeglądałem codzienną prasę i tygodniki. Tym samym uformowałem kanon wiedzy pozaszkolnej. Do wszystkiego stosowałem dystans poznawczy, rezygnując stopniowo z koncepcji „własnego świata”.
Tak uformowany, trafiłem do tradycyjnego Liceum Tadeusza Reytana, był to ostatni rocznik bez koedukacji. Powtarzałem pierwszą i drugą klasę licealną. Mogło to być usprawiedliwiane następstwami zdrowotnymi po wypadku (przechodząc koło trybuny przed Pałacem im. Józefa Stalina, zostałem najechany przez motocyklistę). Gdy wróciłem do nauki, podczas lekcji języka rosyjskiego, zauważyłem, że portret Lenina został „ostrzelany” z plujek – rurek długopisowych wypełnianych „pociskami” z papieru toaletowego. Nauczycielka kazała mi zdjąć portret do oczyszczenia. Wspiąłem się, by zdjąć Lenina, brakowało paru centymetrów… i upadłem tracąc przytomność. Obudziłem się z omdlenia wśród szkła z rozbitego portretu. Czy była w tym zdarzeniu jakaś wartość symboliczna? Po powrocie ze szpitala, pamiętam, że pewnego majowego dnia, zamiast do tramwaju, poszedłem na łąki pod wiślaną skarpą. Do chodzenia po łąkach i polach mokotowskich wdrażała mnie od dzieciństwa babcia Jadwiga.
Bunt wobec „nauki szkolnej” nie zakończył się, gdy trafiłem do Liceum im. Antoniego Dobiszewskiego. Było ulokowane w pobliżu Belwederu, w rejonie zamieszkanym przez nomenklaturę z okresu stalinowskiego, ówcześnie przechodzącą na status dysydentów. W szkole rządzili nauczyciele z komunistyczną przeszłością. Polonistka zareagowała wystawieniem „ndst” za wypracowanie o roli teatru. Pisałem, że teatr ukazuje daleką od prawdy rzeczywistość, że widzowie chodzą „do teatru”, a nie na wybraną sztukę, oglądają grę i osobę aktora, a nie bohatera sztuki. Pobyt w teatrze był ceremoniałem. Z kolei praktykant polonistyczny oczekiwał komentarza do wiersza Broniewskiego Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego. Gdy w dyskusji odrzuciłem możliwość rozmyślań ideologicznych podczas śmiertelnych cierpień, praktykant złożył donos do dyrektorki szkoły. Wezwana Mama usłyszała, że w życiu niewiele osiągnę i będę musiał zarabiać jako budowlaniec.
Pokolenie resortowych uczniów było nastawione negatywnie do mas partyjnych, znało mechanizmy politycznego awansu, korzystało z pozycji rodziców. W takich realiach otrzymałem polecenie przygotowania szkolnej gazetki. Z pomocą kolegi i materiałów propagandowych od Sławka Petelickiego, syna ochroniarza Edwarda Ochaba, przygotowywaliśmy gazetkę „Nasz Kołchoz”. Pod portretami kołchoźników i kołchoźniczek nakleiliśmy imiona z „Elementarza”, przewodniczącemu przypadło miano „As”. Do portretów doszły fragmenty stenograficzne cytatów z lekcji niektórych nauczycieli. Najbardziej szokowały wypowiedzi historyczki z awansu, Reginy Cieśli: „rewolucjo musi być naumiana”, „Innocenty III wykoncypował szpas”. Z fizyki dowiadywaliśmy się, że „krajanke buraczanom zalewamy wodom”. Do tego, uczennice usłyszały: „mniej wymyślności we fryzure, a więcej w nauke”. Po wywieszeniu gazetki zbiegła się „cała szkoła”, wszyscy ryczeli ze śmiechu. Zdjęto gazetkę po godzinie. Finałem była uchwała Rady Pedagogicznej: trzech uczniów otrzymało z zachowania oceny dostateczne. Wniosek organizacji partyjnej wobec mnie był surowszy. Oczekiwano niedopuszczenia do matury, ale ostatecznie nie wystawiono do protokołów „ndst”. Byłby to ewenement jak na rok 1964.
Na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego zdałem z najlepszą oceną spośród około trzystu przyjętych. Gdy zacząłem studia, po egzaminach na pierwszym roku, uznano mnie za jednego z najlepszych studentów na Wydziale Prawa UW. Dostałem stypendium naukowe u prof. Bogusława Leśnodorskiego. Wobec tego prosta wydawała się droga do asystentury. Zwłaszcza, że Profesor mawiał, że odnalazł we mnie prawdziwego ucznia. Los to potwierdził: urodziliśmy się 27 maja (1914, 1944). Jeszcze na pierwszym roku poprosił trzy wybrane osoby, żeby wygłosiły krótkie, dziesięciominutowe wykłady akademickie na temat przyczyn upadku Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Gdy minął mój czas i chciałem kończyć, zachęcił mnie, bym mówił dalej, do końca wykładu. To był wykład wobec około trzystu osób w Audytorium Maximum. Byłem przygotowany do tego wykładu. Po tej próbie Profesor uznał, że mam duże zdolności syntetyczne, czyli nie tylko ‘dłubię’, tworząc przyczynki historyczne, ale potrafię szerzej coś pokazać. Była to orientacja socjologiczna, którą preferował we własnych publikacjach z historii ustroju.
Od początku studiów widziałem swoją przyszłość na uczelni, a stypendium naukowe mi to nawet gwarantowało. Byłem wiceprzewodniczącym Koła Naukowego Prawników. Chciano mnie wciągnąć do Zrzeszenia Studentów Polskich, gdyż koła naukowe były pod opieką ZSP. Spędzałem czas w bibliotekach i w domu. Gromadziłem już wtedy księgozbiór. Tak jak w szkole średniej, zatapiałem się w książkach, wtedy głównie beletrystyce, na studiach czytałem książki różne, głównie naukowe, w tym socjologiczne. Koledzy dziwili się, że nie bywam w kawiarniach i nie uczestniczę w ich wypadach turystycznych. Takim miejscem spotkań była wtedy Harenda, duża kawiarnia naprzeciw Pałacu Staszica. Uważano mnie za kogoś innego, ‘nienormalnego’, bo nie bywałem tam, gdzie chadzali wszyscy. Autorytet przyniosły mi wyniki studiów, ale i wypowiedzi na forum Koła Naukowego Prawników. Partyjnego opiekuna Koła, dr. Andrzeja Murzynowskiego, pytałem, jak członek PZPR radzi sobie z „bagażem” stalinizmu. Dr Janina Zakrzewska, liderka dysydentów, nie umiała (czy nie chciała) wyjaśnić, dlaczego „wybory” nie zawierają choćby alternatywy, by swą nazwę uzasadnić. W prawniczych konkursach krasomówczych wypadałem najlepiej w drugim etapie, polegającym na improwizacji. Konferencje ogólnopolskie kół studenckich były okazją do wyróżnień, najdziwniejszą była nagroda Komendanta Wojewódzkiego MO w Łodzi „za podjęcie najtrudniejszego tematu” – mówiłem o strukturalizmie w naukach społecznych. Jako nagrodę dostałem dwa ogromne albumy przedstawiające sukcesy Polski Ludowej. W druku pojawił się mój pierwszy artykuł. Podjąłem dodatkowe studia w Instytucie Historycznym UW. Stypendium naukowe pozwalało mi pokrywać samodzielnie podstawowe wydatki, dorabiałem też korepetycjami, przygotowując maturzystów do egzaminów na Wydział Prawa.
PS. Układ materiałów przygotowanych do Encyklopedii Polskiej Nauki Akademickiej, które publikowaliśmy od lat w cyklu „Kartki z dziejów nauki w Polsce”, się wyczerpał. Encyklopedia ukaże się w tym roku w Wydawnictwie UMK. Ma liczyć 201 artykułów-haseł, łącznie około dwa tysiące stron. „Pro publico bono”, wspomnienia prof. Piotra Hübnera, których publikację rozpoczynamy, układają się chronologicznie i obejmują jego działalność publiczną w nauce. Mieszczą się one w formule „historii pamięci”, czyli poruszają istotne problemy z bliskiej przeszłości nauki polskiej, przedstawiane poprzez osobistą relację. Dotyczą znanych wydarzeń, ale zarazem nieznanych kontekstów.
Wróć